Wszystko wskazuje na to, że będę mieć nową pracę!!!!!!!
HOWGH!!!!!!!!!
Po 8 latach będę mieć nową pracę.
Dziękuję Wam za emocjonalne wsparcie :)))))))))) Najlepsze jest to, że dwa ostatnie dni jak głupia powtarzałam te słówka, czytałam ważniejsze ustawy, bo rozmowa miała mieć charakter bardziej merytoryczny, co postrzegałam jako swego rodzaju egzamin. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Rozmawiałam z partnerami, było strasznie wesoło i żartobliwie. Niestety nie będę pracować za taką kasę jaką proponowałam, w porównaniu do obecnej pracy będzie jednak znacząco gorzej (porównując z wynagrodzeniem, jakie otrzymywałam gdy pracowałam w pełnym wymiarze, a pracuję, jak wiecie, w niepełnym), ale mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie będzie to dla mnie słuszna decyzja.
Teraz muszę tylko pogadać z szefem... Jezu, a jak on mnie w afekcie zatłucze?
piątek, 15 marca 2013
środa, 13 marca 2013
Drogie Panie (i Panowie, jeśli jacyś czytają), w piątek idę na drugą rozmowę rekrutacyjną, zatem Wasze wsparcie przyniosło wymierny skutek :). Proszę więc o jeszcze, zwłaszcza w piątek około godziny 10.30. Ta rozmowa ma być bardziej merytoryczna, mam też obawę, że trzeba będzie wypowiadać się w języku obcym, w związku z tym już odgrzebałam moje notatki i powtarzam branżowe słownictwo.
Poza tym jestem trochę chora, jakieś dolegliwości pokarmowe, skręca mnie brzuch, a na dodatek koszmarnie boli głowa. Liczę na to, że do piątku wydobrzeję. Chłopcu też jest trochę niewyraźny pod tym względem, już dwa razy dzisiaj wymiotował, a oprócz tego ulewa bardziej niż zwykle. Siadać (ani siedzieć) nadal nie potrafi chociaż ma już 8 miesięcy i tydzień. Trochę mnie to niepokoi, za miesiąc idziemy do neurologa i zapytam co on na to i czy przypadkiem nie trzeba było by go troszkę przećwiczyć. Staram się pokazywać Małemu jakie ma możliwości, ale raczej tego nie łapie, nie potrafi przejść do pozycji czworaczej - albo podnosi się na rączkach albo unosi pupę, ale nie umie zrobić tych dwóch rzeczy jednocześnie.
Mysia znowu kaszle. Z uwagi na to oraz moje niedomaganie do końca tygodnia jesteśmy w domu. Prawdopodobnie trzeba będzie pooglądać się z lekarzem, niestety, bo inhalacje pulmicortem nie przynoszą efektu.
Poza tym jestem trochę chora, jakieś dolegliwości pokarmowe, skręca mnie brzuch, a na dodatek koszmarnie boli głowa. Liczę na to, że do piątku wydobrzeję. Chłopcu też jest trochę niewyraźny pod tym względem, już dwa razy dzisiaj wymiotował, a oprócz tego ulewa bardziej niż zwykle. Siadać (ani siedzieć) nadal nie potrafi chociaż ma już 8 miesięcy i tydzień. Trochę mnie to niepokoi, za miesiąc idziemy do neurologa i zapytam co on na to i czy przypadkiem nie trzeba było by go troszkę przećwiczyć. Staram się pokazywać Małemu jakie ma możliwości, ale raczej tego nie łapie, nie potrafi przejść do pozycji czworaczej - albo podnosi się na rączkach albo unosi pupę, ale nie umie zrobić tych dwóch rzeczy jednocześnie.
Mysia znowu kaszle. Z uwagi na to oraz moje niedomaganie do końca tygodnia jesteśmy w domu. Prawdopodobnie trzeba będzie pooglądać się z lekarzem, niestety, bo inhalacje pulmicortem nie przynoszą efektu.
poniedziałek, 11 marca 2013
Mam dość tej cholernej zimy!!!
Mam dość!! Co to ma w ogóle znaczyć, że w dniu 11 marca nie mogę dojechać do pracy bo ulice są BIAŁE. Pełne śniegu! Co się tutaj w ogóle dzieje?!!!
Jestem zniechęcona zimnem, jestem zniechęcona tym, że nie mogę znaleźć pracy i ciągle tkwię w tym samym miejscu już od 8 lat i słyszę w kółko to samo, jestem zniechęcona gadaniem koleżanek z pracy o dzieciach, zakupach itp., jestem zniechęcona tymi wszystkimi herbatkami, śniadankami, pierdami. Po dziurki w nosie mam tego!!!!!!!!
Jestem też zmartwiona brakiem cierpliwości do Mysi. Codziennie rano zawożę ją do przedszkola i wściekam się sto razy na jej powolne jedzenie śniadania, powolne ubieranie. A tak naprawdę nawet gdyby ona była gotowa na czas, to wiem, że ja bym nie była. Nie wyrabiam się rano z ogarnięciem Mysi, Chłopca, siebie, ścieleniem łóżek, zmywaniem naczyń, przygotowywaniem śniadania itd. Wkurza mnie to!!!!!!!! I wyżywam się na dziecku. Jestem beznadziejna... Ciągle mam poczucie irytacji swoją córeczką. Ona jest teraz w takim wieku, że głośno się bawi, bywa pyskata, męcząca, domaga się czegoś co chwileczkę, a ja sobie z tym nie radzę. Mam poczucie irytacji i jednoczesne poczucie winy z tego powodu.
Co robić? Jak się wyluzować?
Jestem zniechęcona zimnem, jestem zniechęcona tym, że nie mogę znaleźć pracy i ciągle tkwię w tym samym miejscu już od 8 lat i słyszę w kółko to samo, jestem zniechęcona gadaniem koleżanek z pracy o dzieciach, zakupach itp., jestem zniechęcona tymi wszystkimi herbatkami, śniadankami, pierdami. Po dziurki w nosie mam tego!!!!!!!!
Jestem też zmartwiona brakiem cierpliwości do Mysi. Codziennie rano zawożę ją do przedszkola i wściekam się sto razy na jej powolne jedzenie śniadania, powolne ubieranie. A tak naprawdę nawet gdyby ona była gotowa na czas, to wiem, że ja bym nie była. Nie wyrabiam się rano z ogarnięciem Mysi, Chłopca, siebie, ścieleniem łóżek, zmywaniem naczyń, przygotowywaniem śniadania itd. Wkurza mnie to!!!!!!!! I wyżywam się na dziecku. Jestem beznadziejna... Ciągle mam poczucie irytacji swoją córeczką. Ona jest teraz w takim wieku, że głośno się bawi, bywa pyskata, męcząca, domaga się czegoś co chwileczkę, a ja sobie z tym nie radzę. Mam poczucie irytacji i jednoczesne poczucie winy z tego powodu.
Co robić? Jak się wyluzować?
czwartek, 7 marca 2013
Kolejna rozmowa
kwalifikacyjna za mną. To była już czwarta. Jak zorientowałam się gdzie się mieści kancelaria, do której miałam pojechać, stwierdziłam, że gdybym wcześniej sprawdziła gdzie to jest i skonstatowała, że na końcu świata, to w ogóle nie złożyłabym tam papierów. Ale złożyłam więc musiałam pojechać. Jadąc, jadąc i jadąc by w efekcie dojechać do ładnego biurowca posadowionego pośród obdrapanych bloków w kompletnie beznadziejnej okolicy, zyskiwałam pewność, że ta rozmowa raczej nie ma sensu. Na dodatek średnio było z parkowaniem. Gdy już zaparkowałam zadzwoniłam do Myszkina i powiedziałam mu, że nie ma opcji bym pracowała w TAKIM miejscu.
Gdy weszłam do biurowca, a później do kancelarii, stwierdziłam, że w środku jest jakieś sto razy lepiej niż na zewnątrz. Dziewczyny (bo nie sposób powiedzieć, że panie), które miały ze mną rozmawiać, również wpłynęły bardzo pozytywnie na moje postrzeganie całej tej sytuacji. Ta rozmowa udała mi się najlepiej. Nie chcę zapeszać, więc nie napiszę nic więcej, poproszę Was tylko bardzo gorąco:
TRZYMAJCIE KCIUKI ŻEBY ZAPROSILI MNIE NA KOLEJNY ETAP!!!! NO I ŻEBYM OSTATECZNIE DOSTAŁA TĘ ROBOTĘ!!!
Gdy weszłam do biurowca, a później do kancelarii, stwierdziłam, że w środku jest jakieś sto razy lepiej niż na zewnątrz. Dziewczyny (bo nie sposób powiedzieć, że panie), które miały ze mną rozmawiać, również wpłynęły bardzo pozytywnie na moje postrzeganie całej tej sytuacji. Ta rozmowa udała mi się najlepiej. Nie chcę zapeszać, więc nie napiszę nic więcej, poproszę Was tylko bardzo gorąco:
TRZYMAJCIE KCIUKI ŻEBY ZAPROSILI MNIE NA KOLEJNY ETAP!!!! NO I ŻEBYM OSTATECZNIE DOSTAŁA TĘ ROBOTĘ!!!
poniedziałek, 4 marca 2013
Byłam w sobotę z wizytą u fryzjera i tam w oczekiwaniu na swoją kolej oddałam się przez chwilę odmóżdżającej lekturze kolorowej prasy w postaci magazynu "Party", który zachęcał Edytą Górniak na okładce. Swoją rubrykę prowadzi tam tzw. Perfekcyjna Pani Domu vel Małgorzata Rozenek (chyba). Nie widziałam tej pani nigdy w akcji, ale sporo wiem na jej temat z tzw. doniesień medialnych. Pani ta zaczęła swój felieton informując głodne wiedzy czytelniczki, że nader interesuje ją tematyka relacji międzyludzkich (jakież to na czasie!) i z chęcią im właśnie poświęciłaby swój gazetowy kącik, ale że nie może, czy coś. Więc w zamian napisze garść praktycznych porad dotyczących jajek. Jak chcemy żeby się łatwiej obierało to dosypujemy soli do wody, a jak wlejemy octu do wody to się nie rozleje nawet jak popęka. Jak pomięszają się gotowane z surowymi to dowiemy się które są które jak nimi zakręcimy bo jedne się kręcą, a drugie nie. I tak dalej, i tym podobne.
Następnie pomyślałam sobie, że Perfekcyjna Pani Domu ma w sumie całkiem klawo, że zarabia masę kapuchy m.in. za pisanie takich bredni. Ale później pomyślałam, że gdyby zżerało mnie wewnętrzne pragnienie by rozkładać na czynniki pierwsze skomplikowane relacje międzyludzkie, a musiałabym pisać o gotowaniu jajek, to pewnie poziom frustracji byłby taki, że bliski ochoty strzelenia sobie w łeb.
Tymczasem wybieram się dziś na kolejną (już trzecią) rozmowę kwalifikacyjną. Druga odbyła się w piątek w miłej atmosferze, ale nic z tego nie będzie, gdyż warunkiem sine qua non jest pozostawanie do dyspozycji pracodawcy do godziny 17, ja zaś muszę odebrać Mysię z p-kola do 16.30. Jakie to beznadziejne, że taka prozaiczna przyczyna blokuje mi błyskotliwą karierę!! Okazuje się więc, że to prawda, iż posiadanie dziecków nie idzie w parze z karierą zawodową, przynajmniej jeśli pracuje się dla kogoś. I jestem już teraz pełna obaw, że te dwa pozostałe do porozmawiania miejsca, które potencjalnie mogłyby zostać moimi nowymi pracami, będą ode mnie wymagać bym spędzała w nich czas do 16.30 lub do 17.
Nie ma to jak uprawiać wolny zawód.... hue, hue, hue...
Poza tym dowiedziałam się, że super mam CV (ale nie chodzi o to nieszczęsne zdjęcie, tylko treść, tak, tak ;) i na rozmowie też wypadam czarująco, ale że jestem "masakrycznie droga". Może to było tylko takie zagranie negocjacyjne? No bo jeśli nie, to ja nie wiem co będzie...
Następnie pomyślałam sobie, że Perfekcyjna Pani Domu ma w sumie całkiem klawo, że zarabia masę kapuchy m.in. za pisanie takich bredni. Ale później pomyślałam, że gdyby zżerało mnie wewnętrzne pragnienie by rozkładać na czynniki pierwsze skomplikowane relacje międzyludzkie, a musiałabym pisać o gotowaniu jajek, to pewnie poziom frustracji byłby taki, że bliski ochoty strzelenia sobie w łeb.
Tymczasem wybieram się dziś na kolejną (już trzecią) rozmowę kwalifikacyjną. Druga odbyła się w piątek w miłej atmosferze, ale nic z tego nie będzie, gdyż warunkiem sine qua non jest pozostawanie do dyspozycji pracodawcy do godziny 17, ja zaś muszę odebrać Mysię z p-kola do 16.30. Jakie to beznadziejne, że taka prozaiczna przyczyna blokuje mi błyskotliwą karierę!! Okazuje się więc, że to prawda, iż posiadanie dziecków nie idzie w parze z karierą zawodową, przynajmniej jeśli pracuje się dla kogoś. I jestem już teraz pełna obaw, że te dwa pozostałe do porozmawiania miejsca, które potencjalnie mogłyby zostać moimi nowymi pracami, będą ode mnie wymagać bym spędzała w nich czas do 16.30 lub do 17.
Nie ma to jak uprawiać wolny zawód.... hue, hue, hue...
Poza tym dowiedziałam się, że super mam CV (ale nie chodzi o to nieszczęsne zdjęcie, tylko treść, tak, tak ;) i na rozmowie też wypadam czarująco, ale że jestem "masakrycznie droga". Może to było tylko takie zagranie negocjacyjne? No bo jeśli nie, to ja nie wiem co będzie...
czwartek, 28 lutego 2013
Niania
Jak wiecie, od dwóch miesięcy jest z nami, w szczególności z Chłopcem, niania - młoda dziewczyna, o której kiedyś tu wspominałam na etapie poszukiwań opieki dla Małego. Niania jest bardzo sympatyczną osobą i ogólnie jestem zadowolona ze współpracy z nią, ale jednak mam kilka zastrzeżeń.
Po pierwsze - dosyć często słyszymy o różnych jej dolegliwościach - przeziębieniach, bolącym kręgosłupie, migrenie. Najgorsze jest to, że z tych napomknięć można odnieść wrażenie, iż niania wiąże występujące u niej niedomagania z opieką sprawowaną nad Pupiantym. Na takiej zasadzie: "przeziębiłam się przez te spacery z małym", "odkąd przychodzę do Chłopca kręgosłup strasznie mi się pogorszył", "lekarka mówi, że choruję bo jestem przemęczona i że powinnam więcej odpoczywać". No i ja czasami mam takie niemiłe poczucie jakbyśmy byli sprawcami wyzysku człowieka przez człowieka. Niania jest u nas przez 7,5 godziny dziennie, oprócz opieki nad Małym rozkłada pranie i wiesza następne, a raz w tygodniu odkurza podłogę, ściera kurze z mebli i myje podłogę (za to dodatkowo płacimy). Nie wydaje mi się, żeby to były jakieś ciężkie roboty, ale zapytałam ostatnio czy na pewno chce się zajmować pracami porządkowymi, bo może to pogarsza stan jej kręgosłupa (a stan ten,zdaniem fizjoterapeuty, do którego niania chodzi, rzeczywiście jest kiepski). Zapewniła mnie jednak, że wszystko jest w porządku i nie ma problemu.
Mimo to dziwnie się czuję jak raz po raz słyszę jak źle się ma jej kręgosłup, wywołuje to we mnie poczucie winy.
Po drugie - zaznaczałam na rozmowie, że zależy mi na tym, żeby jak wracam z pracy, sprzęty, naczynia itp. używane do obsługi Małego były umyte i panował względny porządek. No i butelki są zawsze umyte, ale już miseczka, łyżeczka i fartuch od obiadku najczęściej nie (chociaż tak naprawdę wystarczy umieścić to w zmywarce). Miska od prania zostaje w pokoju gdzie stoi suszarka, kombinezon Chłopcuszka też nie zawsze jest schowany na miejsce, smoczka czasem znajduję np. w pokoju Mysi, krem zamiast na przewijaku znajduje się w kuchni. To nic wielkiego, ale trochę denerwuje mnie, że po pracy muszę się jeszcze zakrzątnąć i powstawiać wszystko na miejsce, a jakoś nie potrafię zwrócić jej na to uwagi, taka dupowata jestem.
Najgorsze jednak jest to, że mam silne wrażenie, iż niania nie jest fanką spacerów. Chodzi na nie z poczucia obowiązku i wykorzystuje każdy pretekst by nie pójść. Rozumiem, że aktualna pora roku nie sprzyja pieszym wędrówkom, ale uważam, że dla dobrostanu maluszków ważne jest by były porządnie przewietrzane. A w tym tygodniu Pupianty był na spacerze tylko we wtorek i środę, w poniedziałek nie, bo jakoś się nie złożyło, a dziś i jutro też nie pójdzie bo niania czuje się podziębiona i zapowiedziała, że w związku z tym spacerów nie będzie. Trochę mi szkoda tego mojego synka kiszącego się w domu, zwłaszcza, że ma niefajny katar, a przecież akurat na katar spacery są super, bo chłodne powietrze obkurcza śluzówkę i nawilża ją. Po pracy nie mam jak z nim pójść, bo trzeba się zabrać za obiad, poza tym Mysia, po dniu w p-kolu i długiej zabawie w przedszkolnym ogródku, nie ma już ochoty spacerować.
Ech... Czasem z lekką nostalgią wspominam nianię Mysi, która co prawda miała różne wady, ale spacerowała z nią jak szalona, niezależnie od pogody, czy śnieg, deszcz, mróz, whatever, spacer MUSIAŁ być i to taki co najmniej 1,5 godzinny (chyba, że było naprawdę zimno). Wiosną i wczesną jesienią na dworze spędzała z Myśką niemal cały dzień, a jak były upały to spacerowała dwa razy dziennie - zaraz po moim wyjściu do pracy i po południu, gdy słońce już tak nie paliło. Jak wracałam z pracy w kuchni zawsze panował idealny porządek, wszystko schowane na miejsce, nawet naczynia umyte (jeśli zdarzało mi się rano jakieś zostawić, a dbałam żeby nie zostawiać bo wiedziałam, że niania będzie je myła, a nie umawiałyśmy się na to). Dodatkowo, z własnej inicjatywy, cerowała mysiowe podarte rajstopki i skarpetki i doszywała sznureczki do rękawiczek i czapek. No i mimo, że była po 60 w ciągu dwóch lat była chora może ze dwa razy, a kilka razy poinformowała mnie (z dużym wyprzedzeniem) o zaplanowanej wizycie u lekarza, bym mogła to uwzględnić w swoich planach.
Po pierwsze - dosyć często słyszymy o różnych jej dolegliwościach - przeziębieniach, bolącym kręgosłupie, migrenie. Najgorsze jest to, że z tych napomknięć można odnieść wrażenie, iż niania wiąże występujące u niej niedomagania z opieką sprawowaną nad Pupiantym. Na takiej zasadzie: "przeziębiłam się przez te spacery z małym", "odkąd przychodzę do Chłopca kręgosłup strasznie mi się pogorszył", "lekarka mówi, że choruję bo jestem przemęczona i że powinnam więcej odpoczywać". No i ja czasami mam takie niemiłe poczucie jakbyśmy byli sprawcami wyzysku człowieka przez człowieka. Niania jest u nas przez 7,5 godziny dziennie, oprócz opieki nad Małym rozkłada pranie i wiesza następne, a raz w tygodniu odkurza podłogę, ściera kurze z mebli i myje podłogę (za to dodatkowo płacimy). Nie wydaje mi się, żeby to były jakieś ciężkie roboty, ale zapytałam ostatnio czy na pewno chce się zajmować pracami porządkowymi, bo może to pogarsza stan jej kręgosłupa (a stan ten,zdaniem fizjoterapeuty, do którego niania chodzi, rzeczywiście jest kiepski). Zapewniła mnie jednak, że wszystko jest w porządku i nie ma problemu.
Mimo to dziwnie się czuję jak raz po raz słyszę jak źle się ma jej kręgosłup, wywołuje to we mnie poczucie winy.
Po drugie - zaznaczałam na rozmowie, że zależy mi na tym, żeby jak wracam z pracy, sprzęty, naczynia itp. używane do obsługi Małego były umyte i panował względny porządek. No i butelki są zawsze umyte, ale już miseczka, łyżeczka i fartuch od obiadku najczęściej nie (chociaż tak naprawdę wystarczy umieścić to w zmywarce). Miska od prania zostaje w pokoju gdzie stoi suszarka, kombinezon Chłopcuszka też nie zawsze jest schowany na miejsce, smoczka czasem znajduję np. w pokoju Mysi, krem zamiast na przewijaku znajduje się w kuchni. To nic wielkiego, ale trochę denerwuje mnie, że po pracy muszę się jeszcze zakrzątnąć i powstawiać wszystko na miejsce, a jakoś nie potrafię zwrócić jej na to uwagi, taka dupowata jestem.
Najgorsze jednak jest to, że mam silne wrażenie, iż niania nie jest fanką spacerów. Chodzi na nie z poczucia obowiązku i wykorzystuje każdy pretekst by nie pójść. Rozumiem, że aktualna pora roku nie sprzyja pieszym wędrówkom, ale uważam, że dla dobrostanu maluszków ważne jest by były porządnie przewietrzane. A w tym tygodniu Pupianty był na spacerze tylko we wtorek i środę, w poniedziałek nie, bo jakoś się nie złożyło, a dziś i jutro też nie pójdzie bo niania czuje się podziębiona i zapowiedziała, że w związku z tym spacerów nie będzie. Trochę mi szkoda tego mojego synka kiszącego się w domu, zwłaszcza, że ma niefajny katar, a przecież akurat na katar spacery są super, bo chłodne powietrze obkurcza śluzówkę i nawilża ją. Po pracy nie mam jak z nim pójść, bo trzeba się zabrać za obiad, poza tym Mysia, po dniu w p-kolu i długiej zabawie w przedszkolnym ogródku, nie ma już ochoty spacerować.
Ech... Czasem z lekką nostalgią wspominam nianię Mysi, która co prawda miała różne wady, ale spacerowała z nią jak szalona, niezależnie od pogody, czy śnieg, deszcz, mróz, whatever, spacer MUSIAŁ być i to taki co najmniej 1,5 godzinny (chyba, że było naprawdę zimno). Wiosną i wczesną jesienią na dworze spędzała z Myśką niemal cały dzień, a jak były upały to spacerowała dwa razy dziennie - zaraz po moim wyjściu do pracy i po południu, gdy słońce już tak nie paliło. Jak wracałam z pracy w kuchni zawsze panował idealny porządek, wszystko schowane na miejsce, nawet naczynia umyte (jeśli zdarzało mi się rano jakieś zostawić, a dbałam żeby nie zostawiać bo wiedziałam, że niania będzie je myła, a nie umawiałyśmy się na to). Dodatkowo, z własnej inicjatywy, cerowała mysiowe podarte rajstopki i skarpetki i doszywała sznureczki do rękawiczek i czapek. No i mimo, że była po 60 w ciągu dwóch lat była chora może ze dwa razy, a kilka razy poinformowała mnie (z dużym wyprzedzeniem) o zaplanowanej wizycie u lekarza, bym mogła to uwzględnić w swoich planach.
wtorek, 26 lutego 2013
Zęby
Chłopcu posiada dwa zupełnie nowe, eleganckie zęby. Nadal chyba jest zaskoczony tym, że coś mu w paszczy wyrosło. Wygląda ślicznie i od zeszłego tygodnia jest uroczy jak nigdy wcześniej. Po prostu sama słodycz! Opromienia wszystkich swoimi radosnymi uśmieszkami, nadaje jak nakręcony "tatatatatatata", pokrzykuje radośnie i ogólnie jest niemożliwie wręcz słodki. Nastąpił też przełom w leżeniu na brzuszku i teraz Malutek najczęściej urzęduje na podłodze, a na brzuszku potrafi wytrzymać jednorazowo nawet 20 minut. Zaczyna też powoli rozpracowywać o co chodzi z przewracaniem się z brzuszka na plecki.
Noce są duuużo lepsze. Wczoraj np. obudził się tylko raz. Ja jestem leniuch i jak Mały się obudzi ok. 24-1 to biorę go do łóżka bo nie chce mi się stać nad łóżeczkiem i go poklepywać i głaskać żeby usnął, ale jak tata go ogarnia to nie ma zmiłuj i Młody śpi w łóżeczku od wieczora do rana, no chyba że wystąpi jakaś większa awaria. Nadal jest tak, że łóżeczko stoi w naszej sypialni, teraz śpimy z nim na zmianę - raz ja, raz Myszkin. Myślę, że już swobodnie moglibyśmy spać razem, a Mały obok w łóżeczku, ale pewnie Mysia poczytałaby to za rażącą niesprawiedliwość, że my we trójkę, a ona sama jak palec. Zresztą jak Myszkin jest na miejscu to ona łazi do niego w nocy na kanapę (lub do mnie, jeśli to akurat ja śpię na kanapie). Skomplikowany stał się ten układ ze spaniem i trochę mnie to wszystko przeraża. Może pora przeflancować Małego do Mysi? Taki był plan od początku, że dzieci będą mieć pokój wspólny. Ale z drugiej strony, póki on się w nocy jeszcze wybudza to łatwiej jest go ogarnąć jak się ma pod ręką, a nie jeszcze biec do pokoju obok.
Musimy przemyśleć tę sprawę.
Zaczynam eliminować nocne jedzenie i aktualnie daję mu "cienkie" mleko, tzn. 1-2 miarki mleka na 150-180 ml wody. Jak już zęby wyrastają to nie ma żartów ;) Dzisiaj też wybiorę się wreszcie po szczoteczkę do zębów dla Chłopcuszka.
Noce są duuużo lepsze. Wczoraj np. obudził się tylko raz. Ja jestem leniuch i jak Mały się obudzi ok. 24-1 to biorę go do łóżka bo nie chce mi się stać nad łóżeczkiem i go poklepywać i głaskać żeby usnął, ale jak tata go ogarnia to nie ma zmiłuj i Młody śpi w łóżeczku od wieczora do rana, no chyba że wystąpi jakaś większa awaria. Nadal jest tak, że łóżeczko stoi w naszej sypialni, teraz śpimy z nim na zmianę - raz ja, raz Myszkin. Myślę, że już swobodnie moglibyśmy spać razem, a Mały obok w łóżeczku, ale pewnie Mysia poczytałaby to za rażącą niesprawiedliwość, że my we trójkę, a ona sama jak palec. Zresztą jak Myszkin jest na miejscu to ona łazi do niego w nocy na kanapę (lub do mnie, jeśli to akurat ja śpię na kanapie). Skomplikowany stał się ten układ ze spaniem i trochę mnie to wszystko przeraża. Może pora przeflancować Małego do Mysi? Taki był plan od początku, że dzieci będą mieć pokój wspólny. Ale z drugiej strony, póki on się w nocy jeszcze wybudza to łatwiej jest go ogarnąć jak się ma pod ręką, a nie jeszcze biec do pokoju obok.
Musimy przemyśleć tę sprawę.
Zaczynam eliminować nocne jedzenie i aktualnie daję mu "cienkie" mleko, tzn. 1-2 miarki mleka na 150-180 ml wody. Jak już zęby wyrastają to nie ma żartów ;) Dzisiaj też wybiorę się wreszcie po szczoteczkę do zębów dla Chłopcuszka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)