Ten post miał zostać opublikowany pewnie gdzieś 18 lipca. W ferworze walki zapomniałam kliknąć i został w wersjach roboczych.
W sobotę jedziemy na wakacje!!! Na 10 dni do Chorwacji oczywiście. Chyba wszyscy w tym roku postanowili jechać do Chorwacji, bo z kimkolwiek nie rozmawiam to każdy się tam wybiera. Pragnę tych wakacji jak przysłowiowa kania dżdżu. Jestem mocno zestresowana jak będzie tam na miejscu, jakie warunki, jak dzieci, w szczególności Chłopczyś poradzi sobie z nowym miejscem i licznym towarzystwem, ale przede wszystkim boję się podróży. To 1600 km w samochodzie. Postanowiliśmy wyjechać na wieczór, około 19, tak żeby dzieciaki zasnęły i jechać póki sił starczy, najlepiej na raz. Jeżeli nie damy rady to poszukamy noclegu gdzieś po drodze. Brzmi jakby to była zupełnie prosta sprawa, ale wiadomo, że z małymi dziećmi nic nie jest proste. Obawiam się co to będzie jak opadniemy z sił nad ranem, dzieci się obudzą i zamiast odsypiać trzeba będzie się nimi zaopiekować. Wtedy pewnie Myszkin pójdzie spać, a ja będę zajmować się dzieckami. Tak czy inaczej będzie ciężko, jednak byłoby najlepiej gdyby udało się trzasnąć tę trasę za jednym zamachem. Żeby nie było za łatwo, dzień wcześniej wybieramy się na ślub i poślubną imprezę siostry Myszkina, więc raczej w sobotę nie będziemy specjalnie wypoczęci... :( Szaleństwo jakieś, jak pragnę zdrowia.
Jeszcze nie wyjechałam na ten urlop, a już jestem przerażona tym, co będzie jak wrócę. W dotychczasowych pracach było tak, że wzajemnie z moimi współpracownikami dbaliśmy o to by po urlopie nie zastawać na biurku miliarda piętrzących się spraw. Teraz niestety wiem, że właśnie takie coś zastanę po powrocie. Urlop zaczynam już w piątek, więc zostały dwa dni, a ja mam huk roboty. I jestem przekonana, czuję po prostu, że na sam koniec koleżanka wrzuci mi jakąś bombę. Taką, żebym musiała siedzieć w nocy z czwartku na piątek by wyrobić się z robotą. Założę się, że tak właśnie będzie.
Tymczasem mamy jeszcze masę spraw do załatwienia - odebrać dziecków dowody osobiste, karty EKUZ (podobno w NFZcie są mega kolejki), zrobić zakupy na poczet wakacji itd. Naprawdę nie wiem kiedy mamy to wszystko zrobić. Z drugiej strony w Chorwacji i po drodze też, pewnie będą jakieś sklepy, tak w razie "W" - gdybyśmy się nie wyrobili z tym kupowaniem :) Najważniejsze, że załatwiliśmy lekarza przed wyjazdem i jesteśmy uzbrojeni w torbę leków na każdą okazję, w tym również antybiotyków.
środa, 7 sierpnia 2013
No i po wakacjach
Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Próbowałam wzbudzić w mym mężu pozytywne nastawienie, uświadamiałam mu co chwilkę, że wakacje z dziećmi to nie to samo co bez dzieci, ale że damy radę, budowałam przyjazną atmosferę, prosiłam o to, byśmy traktowali się po partnersku i wszystko o kant tyłka potłuc. Myszkin, po zapoznaniu się z wyglądem Chorwacji, doznał zachwytu, a jednocześnie frustracji, że nie może korzystać z jej uroków tak jakby sobie tego życzył. No i postanowił dać wyraz tej frustracji i okazać niezadowolenie, że przyjechał w tak piękne miejsce z cholerną rodziną, która uniemożliwia mu czerpanie z wyjazdu pełnymi garściami. Nie zajmował się Chłopcem w ogóle, na moje prośby/polecenia żeby wykonał przy nim jakieś czynności odwarkiwał, generalnie cały czas grał rolę ciężko pokrzywdzonego.
Ale mnie to wyprowadziło z równowagi. Zmarnował mi pierwszy urlop od 3 lat!! Jak tak można??!!! Powiedziałam mu to wszystko chyba w 3 dniu naszego wyjazdu, trochę gadaliśmy no i było lepiej, zaczął się bardziej angażować w opiekę nad Chłopczykiem, ale gdy proponowałam byśmy pojechali na jakieś krajoznawcze wycieczki zaznaczał od razu, że on będzie robić zdjęcia i nie ma zamiaru zwracać uwagi na dzieci. Zajebiście. W związku z tym, w Dubrowniku przez cały dzień sama nosiłam Pupiantego w piekielnym upale bo szanowny mąż wyżywał się artystycznie. I jeszcze miał pretensje, że gorąco i że te dzieci, które we wszystkim nam przeszkadzają. Nie był zadowolony. Poważnie zaczęłam rozważać rozstanie. Powiedziałam mu, że skoro to są 3 nasze wspólne wakacje wyjazdowe (oprócz tego 3 razy byliśmy na małych, 5-6 dniowych wakacjach w Pl) i 3 w zasadzie nieudane, to problem nie leży w gorącu czy dzieciach, tylko w nas, naszych relacjach. I że ja chcę spędzać czas z moimi dziećmi i pokazywać im świat. Chcę jeździć do pięknych miejsc i ładnej pogody i godzę się na to, że obecność dzieci nie pozwoli mi na robienie dokładnie tego, na co mam ochotę. Powiedziałam, że jeżeli nasze małżeństwo ma trwać dalej powinniśmy udać się na terapię rodzinną.
Obiecał, że dowie się gdzie, od kolegi, który korzystał z takiej pomocy. No i chyba się wybierzemy bo inaczej tego nie widzę. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że nie łączy nas już prawie nic poza dziećmi i wspólnym gospodarstwem. Emocjonalnie czuję obojętność. To jak zachowywał się na wakacjach było tak beznadziejne, że żal dupę ściska.
A teraz wesoły powrót do pracy! Mam ochotę stąd uciec, nie jestem na swoim miejscu, ciągle się nie odnajduję. Czuję, że co chwilę popełniam jakieś błędy w układaniu relacji międzyludzkich. To zupełnie nie działa, tak jak sobie wyobrażałam, że będzie działało.
Ale mnie to wyprowadziło z równowagi. Zmarnował mi pierwszy urlop od 3 lat!! Jak tak można??!!! Powiedziałam mu to wszystko chyba w 3 dniu naszego wyjazdu, trochę gadaliśmy no i było lepiej, zaczął się bardziej angażować w opiekę nad Chłopczykiem, ale gdy proponowałam byśmy pojechali na jakieś krajoznawcze wycieczki zaznaczał od razu, że on będzie robić zdjęcia i nie ma zamiaru zwracać uwagi na dzieci. Zajebiście. W związku z tym, w Dubrowniku przez cały dzień sama nosiłam Pupiantego w piekielnym upale bo szanowny mąż wyżywał się artystycznie. I jeszcze miał pretensje, że gorąco i że te dzieci, które we wszystkim nam przeszkadzają. Nie był zadowolony. Poważnie zaczęłam rozważać rozstanie. Powiedziałam mu, że skoro to są 3 nasze wspólne wakacje wyjazdowe (oprócz tego 3 razy byliśmy na małych, 5-6 dniowych wakacjach w Pl) i 3 w zasadzie nieudane, to problem nie leży w gorącu czy dzieciach, tylko w nas, naszych relacjach. I że ja chcę spędzać czas z moimi dziećmi i pokazywać im świat. Chcę jeździć do pięknych miejsc i ładnej pogody i godzę się na to, że obecność dzieci nie pozwoli mi na robienie dokładnie tego, na co mam ochotę. Powiedziałam, że jeżeli nasze małżeństwo ma trwać dalej powinniśmy udać się na terapię rodzinną.
Obiecał, że dowie się gdzie, od kolegi, który korzystał z takiej pomocy. No i chyba się wybierzemy bo inaczej tego nie widzę. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że nie łączy nas już prawie nic poza dziećmi i wspólnym gospodarstwem. Emocjonalnie czuję obojętność. To jak zachowywał się na wakacjach było tak beznadziejne, że żal dupę ściska.
A teraz wesoły powrót do pracy! Mam ochotę stąd uciec, nie jestem na swoim miejscu, ciągle się nie odnajduję. Czuję, że co chwilę popełniam jakieś błędy w układaniu relacji międzyludzkich. To zupełnie nie działa, tak jak sobie wyobrażałam, że będzie działało.
czwartek, 4 lipca 2013
Chłopczyś ma roczek!
To dziś!! Dzisiaj jest ten dzień! Dzień, w którym przyszedł na świat człowiek doprowadzający mnie na skraj psychicznej wytrzymałości, kiedy to nie mogłam uwierzyć, że z powodu czterokilogramowego bobasa można się czuć tak, jakby ktoś cały dzień jeździł po mnie czołgiem, a na koniec jeszcze napluł w pysk. Może kiedyś zapomnę tę mordęgę w dzień i w nocy, mleko tryskające po ścianach i ciągły płacz. Może zapomnę, ale na razie jeszcze doskonale to wszystko pamiętam i mam ochotę przyznać sobie medal, że wytrzymałam ;)
Ten wstęp może nie brzmi zbyt obiecująco, ale Wy przecież doskonale wiecie, że te ekstremalnie trudne początki to nic. Nic w porównaniu z tym, ile słodkości wniósł w nasze życie Chłopcu.
Chłopcu przez rok swego życia stał się właścicielem czterech uroczych zębów, a w ciągu ostatniego miesiąca nauczył się raczkować i stawać przy meblach. Jest coraz bardziej ciekawy świata, kontaktowy, ale nadal niesłychanie wrażliwy i delikatny. Zupełnie inny niż Mysia. Ją można było odstawić do babci na cały weekend i ona była zadowolona i wyluzowana. Chłopcuś, gdy w ostatni weekend pojechaliśmy na wesele, płakał praktycznie przez cały czas. Pamiętam, że jak Mysia kończyła rok, to stawała się dla mnie powoli dziewczynką, a Chłopcu nadal jest w moich oczach dzidziusiem. Może dlatego, że jest malutki, mniejszy niż Mysia...
Z przykrych rzeczy - padł mi samochód. Totalna awaria. Mam nadzieję, że silnik chociaż ocalony. Konkluzja jest następująca: gdy wyjeżdżasz z warsztatu po kompleksowym przeglądzie lepiej od razu sprawdź poziom oleju silnikowego. Ja oczywiście tego nie uczyniłam (czy komukolwiek przyszłoby coś takiego do głowy??) i teraz żałuję, bo gdybym sprawdziła, dowiedziałabym się, że było go co najmniej o 1,5 raza za dużo, co grozi powstaniem samozapłonu i jazdą bez trzymanki. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Ten wstęp może nie brzmi zbyt obiecująco, ale Wy przecież doskonale wiecie, że te ekstremalnie trudne początki to nic. Nic w porównaniu z tym, ile słodkości wniósł w nasze życie Chłopcu.
Chłopcu przez rok swego życia stał się właścicielem czterech uroczych zębów, a w ciągu ostatniego miesiąca nauczył się raczkować i stawać przy meblach. Jest coraz bardziej ciekawy świata, kontaktowy, ale nadal niesłychanie wrażliwy i delikatny. Zupełnie inny niż Mysia. Ją można było odstawić do babci na cały weekend i ona była zadowolona i wyluzowana. Chłopcuś, gdy w ostatni weekend pojechaliśmy na wesele, płakał praktycznie przez cały czas. Pamiętam, że jak Mysia kończyła rok, to stawała się dla mnie powoli dziewczynką, a Chłopcu nadal jest w moich oczach dzidziusiem. Może dlatego, że jest malutki, mniejszy niż Mysia...
Z przykrych rzeczy - padł mi samochód. Totalna awaria. Mam nadzieję, że silnik chociaż ocalony. Konkluzja jest następująca: gdy wyjeżdżasz z warsztatu po kompleksowym przeglądzie lepiej od razu sprawdź poziom oleju silnikowego. Ja oczywiście tego nie uczyniłam (czy komukolwiek przyszłoby coś takiego do głowy??) i teraz żałuję, bo gdybym sprawdziła, dowiedziałabym się, że było go co najmniej o 1,5 raza za dużo, co grozi powstaniem samozapłonu i jazdą bez trzymanki. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
środa, 12 czerwca 2013
Pupu raczkuje i inne atrakcje
Pupu zaczął raczkować w ubiegły piątek ;)) Niania zadzwoniła do mnie z tą radosną nowiną, nagrała filmik celem udokumentowania, bo ja oczywiście siedziałam w pracy do późna. No i rzeczywiście - Pupu potrafi raczkować. Nie korzysta jednak z tej umiejętności szczególnie intensywnie. Ewidentnie jest typem raczej statycznym. Tak czy owak kamień spadł mi z serca, bo naprawdę zaczynałam się niepokoić. Jutro idziemy na (prawdopodobnie) ostatnie zajęcia z rehabilitacji. Teraz w ogóle jest super - Chłopcuszek siada, przemieszcza się, generalnie urzęduje na podłodze i przepięknie zajmuje swoimi sprawami.
W zeszłym tygodniu cała moja rodzina się pochorowała, Chłopcu do tej pory nie wyzdrowiał, dzisiaj włączyłam mu antybiotyk bo mimo stosowania rozmaitych leków nie było poprawy, wręcz przeciwnie - do kataru dołączył kaszel i zaczynało to wyglądać naprawdę nieciekawie.
Oprócz tego moje życie wypełnia głównie praca. Mimo upływu prawie dwóch miesięcy, nadal nie do końca się tu zaaklimatyzowałam. Może to z powodu bardziej licznej struktury, czy co? W każdym razie jeszcze wciąż nie czuję się całkiem pewnie. W najbliższym czasie do zespołu ma dołączyć kolejna osoba mająca takie same uprawnienia jak ja, ale z mniejszym stażem pracy. Mimo to, jak ją wyguglałam, to odniosłam wrażenie, że jest daleko bardziej doświadczona niż ja. Może dlatego, że w przeciwieństwie do mnie pracowała w renomowanych firmach? Prawda jest taka, że w poprzedniej pracy wydawało mi się, że jestem strasznie zajebista w tym co robię, a tutaj nie mam już takiej pewności. No i chyba nie do końca jeszcze rozumiem pewne mechanizmy postępowania z klientami, a dziś dodatkowo otrzymałam mini-zjebkę za zbyt casualowy strój. Dodam, że miałam na sobie spodnie w kant (co prawda czerwone, ale kant to kant), gładki, granatowy t-shirt i czarne, lakierowane baleriny. Nie sądziłam, że to może zbyt casualowo na zwyczajny dzień.
Wracam do domu między 18 a 19, zamieszanie z dziećmi, obiadokolacja, dzieci do spania i zabieram się za prywatne zlecenia. Albo za ćwiczenia na brzuch! Wyobraźcie sobie, że uprawiam aerobiczną szóstkę Weidera na mój brzuch wystający niczym ciążowy. Już trzeci tydzień realizuję trening, co prawda z pewnymi odstępstwami (powinno być codziennie, a ja czasem odpuszczam), ale konsekwentnie trwam w postanowieniu. A co najważniejsze - widzę pierwsze efekty! Myszkin zrobił mi zdjęcie brzucha na początku i po dwóch tygodniach, no i kurde, wygląda to już dużo lepiej! On też ćwiczył przez 1,5 tygodnia, ale później był chory, a następnie stwierdził, że to chyba już nie ma sensu i przestał. Cienias! Ćwiczenia są jedna naprawdę absolutnie masakryczne.
Dobra, kończę, dzisiaj mam szansę być w chacie przed 18!
W zeszłym tygodniu cała moja rodzina się pochorowała, Chłopcu do tej pory nie wyzdrowiał, dzisiaj włączyłam mu antybiotyk bo mimo stosowania rozmaitych leków nie było poprawy, wręcz przeciwnie - do kataru dołączył kaszel i zaczynało to wyglądać naprawdę nieciekawie.
Oprócz tego moje życie wypełnia głównie praca. Mimo upływu prawie dwóch miesięcy, nadal nie do końca się tu zaaklimatyzowałam. Może to z powodu bardziej licznej struktury, czy co? W każdym razie jeszcze wciąż nie czuję się całkiem pewnie. W najbliższym czasie do zespołu ma dołączyć kolejna osoba mająca takie same uprawnienia jak ja, ale z mniejszym stażem pracy. Mimo to, jak ją wyguglałam, to odniosłam wrażenie, że jest daleko bardziej doświadczona niż ja. Może dlatego, że w przeciwieństwie do mnie pracowała w renomowanych firmach? Prawda jest taka, że w poprzedniej pracy wydawało mi się, że jestem strasznie zajebista w tym co robię, a tutaj nie mam już takiej pewności. No i chyba nie do końca jeszcze rozumiem pewne mechanizmy postępowania z klientami, a dziś dodatkowo otrzymałam mini-zjebkę za zbyt casualowy strój. Dodam, że miałam na sobie spodnie w kant (co prawda czerwone, ale kant to kant), gładki, granatowy t-shirt i czarne, lakierowane baleriny. Nie sądziłam, że to może zbyt casualowo na zwyczajny dzień.
Wracam do domu między 18 a 19, zamieszanie z dziećmi, obiadokolacja, dzieci do spania i zabieram się za prywatne zlecenia. Albo za ćwiczenia na brzuch! Wyobraźcie sobie, że uprawiam aerobiczną szóstkę Weidera na mój brzuch wystający niczym ciążowy. Już trzeci tydzień realizuję trening, co prawda z pewnymi odstępstwami (powinno być codziennie, a ja czasem odpuszczam), ale konsekwentnie trwam w postanowieniu. A co najważniejsze - widzę pierwsze efekty! Myszkin zrobił mi zdjęcie brzucha na początku i po dwóch tygodniach, no i kurde, wygląda to już dużo lepiej! On też ćwiczył przez 1,5 tygodnia, ale później był chory, a następnie stwierdził, że to chyba już nie ma sensu i przestał. Cienias! Ćwiczenia są jedna naprawdę absolutnie masakryczne.
Dobra, kończę, dzisiaj mam szansę być w chacie przed 18!
środa, 29 maja 2013
Zęby, zęby
Byłam wczoraj u dentysty ze sobą i z Mysią. Dobra wiadomość jest taka, że obie nie mamy żadnych ubytków. Konsekwentne przestrzeganie zasady, że zęby muszą być myte co najmniej 2 razy dziennie bez jakichkolwiek wyjątków przynosi rezultaty. Nie godzę się na ŻADNE odstępstwa w tym zakresie, żadne "dni dziecka" itp.
Zła wiadomość jest taka, że ja mam paradontozę, a Mysia przemieszczoną żuchwę, dlatego wygląda jakby miała krzywy zgryz. Zgryz najprawdopodobniej jest prosty, tylko szczęka górna z dolną się rozjeżdżają przez tę żuchwę. 13 czerwca mamy umówioną wizytę u ortodonty i zobaczymy co powie. Natomiast moja paradontoza to sprawa poważna. Dolne zęby już się trochę ruszają, pani dentystka ze współczuciem skomentowała, że "szkoda byłoby w takim młodym wieku stracić zdrowe zęby". Szkoda??!! Kurwa mać!!! Przed 40 mam stracić zęby?? Przecież można się załamać!! Jezu, dobrze, że istnieje coś takiego jak implanty, w razie czego wezmę kredyt i zorganizuję sobie piękne, śnieżnobiałe implanty, bo przecież nie sztuczną szczękę.
Paradontozę najprawdopodobniej otrzymałam w genach po Tacie, który przed 50 miał już "szufladę". Dzieła dopełniło długotrwałe noszenie aparatu ortodontycznego. Nosiłam go jako dziecko przez 6, czy 7 lat. Wiecie, taki na noc, z drucikami. Kiedyś nie było tych zakładanych na stałe. Dentystka mówi, że to mogło spowodować jakieś mikrouszkodzenia dziąseł no i taki jest efekt. Mam fantastyczny, prosty zgryz, ale za chwilę zostanę bezzębna. W każdym razie super, że przez ostatnie kilka lat zachwycałam otoczenie ładnym uśmiechem i równiutkimi zębami. Ten czas najwyraźniej dobiega końca.
Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - dlaczego do tej pory nikt nie zwrócił mi na to uwagi? No dobra, może nie chodzę do dentysty co przepisowe pół roku, ale jednak przerwy między wizytami nigdy nie trwają dłużej niż dwa lata. Ostatni raz byłam właśnie niecałe 2 lata temu. Czy paradontoza tak się rozszalała w ciągu tego czasu?
No cóż... pozostaje mi kupić odpowiednią pastę, płyn do płukania i liczyć na to, że moje zęby zechcą jednak zostać ze mną jeszcze przez jakiś czas.
Zła wiadomość jest taka, że ja mam paradontozę, a Mysia przemieszczoną żuchwę, dlatego wygląda jakby miała krzywy zgryz. Zgryz najprawdopodobniej jest prosty, tylko szczęka górna z dolną się rozjeżdżają przez tę żuchwę. 13 czerwca mamy umówioną wizytę u ortodonty i zobaczymy co powie. Natomiast moja paradontoza to sprawa poważna. Dolne zęby już się trochę ruszają, pani dentystka ze współczuciem skomentowała, że "szkoda byłoby w takim młodym wieku stracić zdrowe zęby". Szkoda??!! Kurwa mać!!! Przed 40 mam stracić zęby?? Przecież można się załamać!! Jezu, dobrze, że istnieje coś takiego jak implanty, w razie czego wezmę kredyt i zorganizuję sobie piękne, śnieżnobiałe implanty, bo przecież nie sztuczną szczękę.
Paradontozę najprawdopodobniej otrzymałam w genach po Tacie, który przed 50 miał już "szufladę". Dzieła dopełniło długotrwałe noszenie aparatu ortodontycznego. Nosiłam go jako dziecko przez 6, czy 7 lat. Wiecie, taki na noc, z drucikami. Kiedyś nie było tych zakładanych na stałe. Dentystka mówi, że to mogło spowodować jakieś mikrouszkodzenia dziąseł no i taki jest efekt. Mam fantastyczny, prosty zgryz, ale za chwilę zostanę bezzębna. W każdym razie super, że przez ostatnie kilka lat zachwycałam otoczenie ładnym uśmiechem i równiutkimi zębami. Ten czas najwyraźniej dobiega końca.
Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - dlaczego do tej pory nikt nie zwrócił mi na to uwagi? No dobra, może nie chodzę do dentysty co przepisowe pół roku, ale jednak przerwy między wizytami nigdy nie trwają dłużej niż dwa lata. Ostatni raz byłam właśnie niecałe 2 lata temu. Czy paradontoza tak się rozszalała w ciągu tego czasu?
No cóż... pozostaje mi kupić odpowiednią pastę, płyn do płukania i liczyć na to, że moje zęby zechcą jednak zostać ze mną jeszcze przez jakiś czas.
czwartek, 23 maja 2013
roller coaster
Jestem tak zarobiona, że nie mam czasu na pisanie. Pewnie już nikt tu nie zagląda, skoro zupełnie nic się nie dzieje... Nie wiem czy tak będzie przez cały czas, ale póki co mam bardzo intensywny okres w pracy. Wracam do domu o 18 lub po. Nigdy wcześniej. Po powrocie obiad, zabawa z dzieciakami, kąpiel i o ile nie mam nic służbowego do zrobienia to albo padam na twarz albo oglądam z Myszkinem odcinek Ally MacBeal i padam na twarz. W pracy czuję się już bardziej swojo, powoli zaczynam czuć się tam na miejscu. Wyzwań jest mnóstwo, aktualnie biorę udział w 3 dużych projektach, więc naprawdę się dzieje. Faktem jednak jest, że ostatnie dwa weekendy też upłynęły mi pod znakiem pracy. Pocieszam się, że trafiłam akurat na taki ciężki moment i staram się cieszyć (na ile starcza mi sił), że jednak np. wczoraj i dziś mogłam zostawić kompa w pracy. Oprócz tego zrobił się większy ruch w moich prywatnych zleceniach, więc akurat wszystko się skumulowało.
Nie pamiętam już czy wspominałam, że Pupu zamieszkał w pokoiku z siostrą? Chyba tak. Od tego czasu trochę się skiepściło z zasypianiem u niego. Porykuje, wierci się i nie może zasnąć czasem nawet do 21.30. Zastanawiam się w czym rzecz - cały dzień jest grzeczny jak anioł, przychodzi pora spania i gość zaczyna robić jazdy. Bywa, że wybudza się wieczorem po kilka razy, ale jak wreszcie zaśnie na dobre to na papu budzi się dopiero ok. 5-6 rano. No i zaczął wreszcie samodzielnie siadać!!! Ale do przodu nadal nie umie się ruszyć dlatego w najbliższy wtorek idziemy na rehabilitację. Nasza niania trochę się temu opierała (bo to ona docelowo będzie z nim tam jeździć i to w dodatku tramwajem), ale byłam nieugięta. Ćwiczenia na pewno mu nie zaszkodzą, mogą tylko pomóc. Musi iść na rehab i koniec.
Nie kojarzę również czy pisałam o tym, że Chłopcu ma za sobą pierwszą noc u babci, bez rodziców! Jak go zawieźliśmy po południu to po naszym wyjeździe był niespokojny, zestresowany, płakał jak tylko tracił babcię z pola widzenia, zwymiotował całą kolację z tych nerwów, ale spał jak zabity od 20.20 do 6.30 i następnego dnia był w świetnym nastroju :)
Dodam jeszcze, że przez ten kierat zaniedbałam kontakty z koleżankami no i w sumie z mężem też. Nie mam ani czasu ani sił. Jeszcze nie miałam takiej sytuacji w całym życiu, żeby nagle dojść do wniosku, że od dawien dawna z nikim się nie spotkałam, nie słyszałam... Dziwne uczucie.
Nie pamiętam już czy wspominałam, że Pupu zamieszkał w pokoiku z siostrą? Chyba tak. Od tego czasu trochę się skiepściło z zasypianiem u niego. Porykuje, wierci się i nie może zasnąć czasem nawet do 21.30. Zastanawiam się w czym rzecz - cały dzień jest grzeczny jak anioł, przychodzi pora spania i gość zaczyna robić jazdy. Bywa, że wybudza się wieczorem po kilka razy, ale jak wreszcie zaśnie na dobre to na papu budzi się dopiero ok. 5-6 rano. No i zaczął wreszcie samodzielnie siadać!!! Ale do przodu nadal nie umie się ruszyć dlatego w najbliższy wtorek idziemy na rehabilitację. Nasza niania trochę się temu opierała (bo to ona docelowo będzie z nim tam jeździć i to w dodatku tramwajem), ale byłam nieugięta. Ćwiczenia na pewno mu nie zaszkodzą, mogą tylko pomóc. Musi iść na rehab i koniec.
Nie kojarzę również czy pisałam o tym, że Chłopcu ma za sobą pierwszą noc u babci, bez rodziców! Jak go zawieźliśmy po południu to po naszym wyjeździe był niespokojny, zestresowany, płakał jak tylko tracił babcię z pola widzenia, zwymiotował całą kolację z tych nerwów, ale spał jak zabity od 20.20 do 6.30 i następnego dnia był w świetnym nastroju :)
Dodam jeszcze, że przez ten kierat zaniedbałam kontakty z koleżankami no i w sumie z mężem też. Nie mam ani czasu ani sił. Jeszcze nie miałam takiej sytuacji w całym życiu, żeby nagle dojść do wniosku, że od dawien dawna z nikim się nie spotkałam, nie słyszałam... Dziwne uczucie.
czwartek, 2 maja 2013
Ech, nie mam czasu
Nie mam czasu w ogóle. W nowej pracy nie jest łatwo, a przede wszystkim pracuję do 17, a najczęściej i tak wychodzę po. W domu ląduję w okolicach 18, zasuwanie przy dzieciach, a później padam na twarz. Oczywiście w pracy nie ma mowy o surfowaniu po internecie. Raz zdarzyło mi się zerknąć na wiadomości w czasie spożywania śniadania, a tak to cały czas walka i praca. Żadnych pogaduszek, żadnego sprawdzania co tam na fejsie, na allgro, słowem - w porównaniu do mojej starej pracy to bardzo duża zmiana ;)
Cały czas czuję się jeszcze nieco zagubiona, jest trochę chaotycznie, niekiedy nie bardzo wiem co i jak. Miałam "nauczać" dziewczyny, które siedzą ze mną w pokoju, tymczasem mam wrażenie, że to na razie ja mogę się uczyć od nich. Pracy jest dużo, sprawy nieco innego charakteru od tego, czym zajmowałam się do tej pory, ogólnie mam wrażenie, że tu wszystko jest inne i wszystkiego muszę się uczyć od nowa. Bardzo często towarzyszy mi poczucie, że jestem zupełnie zielona, co przecież nie może być prawdą! Jestem permanentnie zestresowana, ciągle się boję, że coś schrzanię, miałam już dwie sytuacje, które kosztowały mnie tyle nerwów, że dziwię się, iż jeszcze nie osiwiałam. Najbardziej irytujące są niedomagania sprzętowo-softowe. Przyszłam wcześniej niż planowaliśmy, więc przez pierwszy tydzień pracowałam na swoim kompie, który jest małym netbookiem z niepełną wersją worda. Praca na takim sprzęcie daleka jest od komfortu. Nie miałam również poczty służbowej, którą założono tydzień temu, ale coś poszło nie tak i nadal nie mogę wysyłać ani odbierać maili. Pocieszam się, że wkrótce będzie lepiej pod tym względem, w każdym razie służbowego kompa już mam :) Problem w tym, że z najnowszą wersją worda, której oczywiście nie ogarniam bo do tej pory pracowałam na wersji z 2003 roku.
Jeśli chodzi o ludzi to wydają się naprawdę okej. Relacje, zwłaszcza między pracownikami i współpracownikami a partnerami, są o wiele bardziej (nomen omen) partnerskie niż w mojej starej pracy. Przede wszystkim jesteśmy ze sobą na "ty". Szefowie mają też chyba zupełnie inne podejście do całego zespołu. Mam wrażenie, że są dużo bardziej elastyczni. Dość jasne są zasady relacji z klientami i mocno podkreślany aspekt rentowności pewnych działań. To wszystko znacząco odróżnia nowe miejsce mojej pracy od starego. Dziewczyny, z którymi jestem w pokoju, są strasznie zapracowane. Aż mi głupio, że przychodzę ostatnia (ok. 9) i wychodzę pierwsza (po 17), ale po prostu nie mogę być dłużej. Jeśli zajdzie potrzeba będę pracować w domu, ale tak na co dzień praca ponad 8 godzin w biurze nie wchodzi w rachubę ze względu na dzieci. Oczywiście to wszystko dodatkowo mnie stresuje - w porównaniu do nich moje zaangażowanie może wypadać dość blado.
Przede mną pierwsze duże zadanie. Naprawdę duże. Nie muszę wspominać, że doprowadza mnie to do zdenerwowania. A prócz tego prowadzę kilka spraw tak pobocznie, dla znajomych, więc długi weekend na razie upływa pod znakiem obowiązków zawodowych.
Mieliśmy jutro jechać na naszą działkę pogrillować, ale okazało się, że warunki tam panujące (po zakończeniu najmu tego miejsca pewnej osobie) żadną miarą nie pozwalają na zaproszenie gości i spędzenie miło czasu. Musimy całą chatę odmalować i gruntownie posprzątać, a następnie zorganizować jakieś sensowne wyposażenie. Myszkin aktualnie naprawia tam toaletę, a ja siedzę w domu z dziećmi, które doprowadzają mnie do szału. W ogóle odkąd mam tę nową pracę dzieci dużo szybciej doprowadzają mnie do irytacji. Zwłaszcza Mysia ze swoim ciągłym nadawaniem i domaganiem się soczku, słodysia, bajeczki, kolorowanki, hałasem itp.
Pupu osiągnął pozycję czworaczą, ale z miejsca nie rusza. Postoi chwilę na czterech, zrobi pompki (wspiera się na rękach i stopach) i pada na brzuszek. Pełza do tyłu tylko. Chyba coraz bardziej go to wszystko deprymuje bo szybciej uderza w płacz leżąc na podłodze. Zamierzam po majówce iść z nim do pediatry i poprosić o skierowanie na rehabilitację. Nadal nie siada i nawet nie próbuje. Posadzony potrafi siedzieć kilka minut i leci na bok albo do tyłu. Ma 10 miesięcy, więc to chyba nic dziwnego, że zaczynam się poważnie niepokoić? Neurolog mówi, że wszystko w porządku, ale komandosem to on raczej nie będzie.
Odzyskaliśmy sypialnię dla siebie, ja i Myszkin. Pupu od trzech nocy śpi w pokoju z Mysią. Jest średnio, dzieci budzą się wzajemnie. Tzn. tragedii nie było do tej pory, ale szału też nie ma. Pierwszej nocy było najgorzej - mały się obudził o 3.50, Mysia obudziła się z nim razem i zapaliła światło, on się rozbudził i nie chciał dalej spać, Mysia zaczęła ryczeć, że chce do tatusia/ Ostatecznie Mały zasnął o 4.30, ja w łóżku Mysi z nim w pokoju, a Mysia z tatą swym w naszej sypialni. Drugiej nocy było dużo lepiej - pobudka o 5.30 i koniec spania. Dzisiaj bajka - pobudka o 5.10, jedzenie i spanie do 7.30. Czyli, co? Wygląda na to, że idzie ku lepszemu!
Cały czas czuję się jeszcze nieco zagubiona, jest trochę chaotycznie, niekiedy nie bardzo wiem co i jak. Miałam "nauczać" dziewczyny, które siedzą ze mną w pokoju, tymczasem mam wrażenie, że to na razie ja mogę się uczyć od nich. Pracy jest dużo, sprawy nieco innego charakteru od tego, czym zajmowałam się do tej pory, ogólnie mam wrażenie, że tu wszystko jest inne i wszystkiego muszę się uczyć od nowa. Bardzo często towarzyszy mi poczucie, że jestem zupełnie zielona, co przecież nie może być prawdą! Jestem permanentnie zestresowana, ciągle się boję, że coś schrzanię, miałam już dwie sytuacje, które kosztowały mnie tyle nerwów, że dziwię się, iż jeszcze nie osiwiałam. Najbardziej irytujące są niedomagania sprzętowo-softowe. Przyszłam wcześniej niż planowaliśmy, więc przez pierwszy tydzień pracowałam na swoim kompie, który jest małym netbookiem z niepełną wersją worda. Praca na takim sprzęcie daleka jest od komfortu. Nie miałam również poczty służbowej, którą założono tydzień temu, ale coś poszło nie tak i nadal nie mogę wysyłać ani odbierać maili. Pocieszam się, że wkrótce będzie lepiej pod tym względem, w każdym razie służbowego kompa już mam :) Problem w tym, że z najnowszą wersją worda, której oczywiście nie ogarniam bo do tej pory pracowałam na wersji z 2003 roku.
Jeśli chodzi o ludzi to wydają się naprawdę okej. Relacje, zwłaszcza między pracownikami i współpracownikami a partnerami, są o wiele bardziej (nomen omen) partnerskie niż w mojej starej pracy. Przede wszystkim jesteśmy ze sobą na "ty". Szefowie mają też chyba zupełnie inne podejście do całego zespołu. Mam wrażenie, że są dużo bardziej elastyczni. Dość jasne są zasady relacji z klientami i mocno podkreślany aspekt rentowności pewnych działań. To wszystko znacząco odróżnia nowe miejsce mojej pracy od starego. Dziewczyny, z którymi jestem w pokoju, są strasznie zapracowane. Aż mi głupio, że przychodzę ostatnia (ok. 9) i wychodzę pierwsza (po 17), ale po prostu nie mogę być dłużej. Jeśli zajdzie potrzeba będę pracować w domu, ale tak na co dzień praca ponad 8 godzin w biurze nie wchodzi w rachubę ze względu na dzieci. Oczywiście to wszystko dodatkowo mnie stresuje - w porównaniu do nich moje zaangażowanie może wypadać dość blado.
Przede mną pierwsze duże zadanie. Naprawdę duże. Nie muszę wspominać, że doprowadza mnie to do zdenerwowania. A prócz tego prowadzę kilka spraw tak pobocznie, dla znajomych, więc długi weekend na razie upływa pod znakiem obowiązków zawodowych.
Mieliśmy jutro jechać na naszą działkę pogrillować, ale okazało się, że warunki tam panujące (po zakończeniu najmu tego miejsca pewnej osobie) żadną miarą nie pozwalają na zaproszenie gości i spędzenie miło czasu. Musimy całą chatę odmalować i gruntownie posprzątać, a następnie zorganizować jakieś sensowne wyposażenie. Myszkin aktualnie naprawia tam toaletę, a ja siedzę w domu z dziećmi, które doprowadzają mnie do szału. W ogóle odkąd mam tę nową pracę dzieci dużo szybciej doprowadzają mnie do irytacji. Zwłaszcza Mysia ze swoim ciągłym nadawaniem i domaganiem się soczku, słodysia, bajeczki, kolorowanki, hałasem itp.
Pupu osiągnął pozycję czworaczą, ale z miejsca nie rusza. Postoi chwilę na czterech, zrobi pompki (wspiera się na rękach i stopach) i pada na brzuszek. Pełza do tyłu tylko. Chyba coraz bardziej go to wszystko deprymuje bo szybciej uderza w płacz leżąc na podłodze. Zamierzam po majówce iść z nim do pediatry i poprosić o skierowanie na rehabilitację. Nadal nie siada i nawet nie próbuje. Posadzony potrafi siedzieć kilka minut i leci na bok albo do tyłu. Ma 10 miesięcy, więc to chyba nic dziwnego, że zaczynam się poważnie niepokoić? Neurolog mówi, że wszystko w porządku, ale komandosem to on raczej nie będzie.
Odzyskaliśmy sypialnię dla siebie, ja i Myszkin. Pupu od trzech nocy śpi w pokoju z Mysią. Jest średnio, dzieci budzą się wzajemnie. Tzn. tragedii nie było do tej pory, ale szału też nie ma. Pierwszej nocy było najgorzej - mały się obudził o 3.50, Mysia obudziła się z nim razem i zapaliła światło, on się rozbudził i nie chciał dalej spać, Mysia zaczęła ryczeć, że chce do tatusia/ Ostatecznie Mały zasnął o 4.30, ja w łóżku Mysi z nim w pokoju, a Mysia z tatą swym w naszej sypialni. Drugiej nocy było dużo lepiej - pobudka o 5.30 i koniec spania. Dzisiaj bajka - pobudka o 5.10, jedzenie i spanie do 7.30. Czyli, co? Wygląda na to, że idzie ku lepszemu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)