poniedziałek, 20 stycznia 2014

Schody

Właśnie zauważyłam, przeglądając tak kontrolnie ogłoszenia w sprawie pracy, że moi (już) byli pracodawcy poszukują osoby na moje stanowisko. No i nie wiem co o tym myśleć,  bo  dogadaliśmy się, że zarówno oni jak i ja zakładamy dalszą stałą współpracę po moim odejściu. Wielokrotnie zapewniano mnie, że na pewno będą dla mnie zlecenia. Możliwe, że szukają kogoś zupełnie niezależnie, mam nadzieję, że tak jest, bo jeśli miałoby to oznaczać zakończenie współpracy to wróży mi raczej nieciekawie, gdyż póki co nie mam jeszcze żadnych stałych klientów. Z drugiej strony tych zleceń od nich jest...naprawdę mało. Dla nich pracuję średnio 2 godziny dziennie, a np. dzisiaj w ogóle nic nie zrobiłam. Patrząc z tego punktu widzenia, skoro i tak zatrudniają kogoś nowego, to pewnie taka osoba mogłaby spokojnie ogarnąć to co robię ja.

Boję się więc, że w mojej wspaniałej, samodzielnej działalności właśnie zaczynają się schody :(

środa, 15 stycznia 2014

Urodzinowo

Wczoraj skończyłam 34 lata. Niby nic takiego, a jednak ta rocznica wywołała, jak to się pisze, tzw. falę wspomnień. W szczególności przywołała wspomnienia urodzin sprzed 10 lat - 24 znaczy. Spędziłam je w Libanie, z tego co sobie przypominam było włóczenie się po Bejrucie, pewnie jakaś kolacja w knajpie... Czy to właśnie z okazji urodzin zwiedzałam groty Jeita? Ech, nie wnikając w szczegóły i abstrahując od tego z kim i w jakich okolicznościach oraz w jakim charakterze przebywałam w Libanie, cieszę się bardzo, że mogłam tam być.

Ale tutaj, po 10 latach, 14 stycznia 2014 - skrzecząca rzeczywistość. Nieudany początek dnia, brak życzeń od męża (bo się nie uśmiechałam, czym zniechęciłam go do miłych gestów - a jak tu się uśmiechać, skoro zaspałam godzinę, Chłopczyś dwa razy wymiotował i wszystko szło nie tak?), a później latanina by zorganizować urodzinowy prezent dla mamy (która urodziła się również 14 stycznia) i zlądowanie w robocie o godzinie 11. Jej "dzień dobry" (mówcie co chcecie, ale nigdy nie zrozumiem dlaczego rodzona matka wita mnie słowami "dzień dobry" zamiast "cześć') i zdawkowe podziękowanie za prezent oraz rozbrajające stwierdzenie przy okazji składania życzeń o treści jak zawsze, że ona "nie szarpnęła się" (cyt.) na prezent dla mnie. Pierwszy raz mama nie miała dla mnie nic na urodziny. Może to głupie, może dziecinne, ale naprawdę zrobiło mi się cholernie przykro.

W międzyczasie przeprosiny od męża, że z rana nie poradził sobie z urodzinowym tematem, ale co z tego, że przeprosił jak niesmak pozostał?? Po południu przywitał mnie wielkim bukietem kwiatów i winem, jednak zaznaczył, że prezent muszę sama sobie kupić, on zaś może mi na ten cel przekazać zadeklarowaną kwotę.No i znów poczułam się dziwnie, bo ja jego niedawne urodziny uczciłam jak trzeba, od początku do końca.

Ej, czy ja nie jestem przypadkiem zbyt wymagająca??? Bo już się trochę gubię. Czy oczekiwanie, że mąż w dzień moich zasranych urodzin powita mnie życzeniami i wręczy prezent jak człowiek jest wygórowane?? No dobra, kwiaty i wino trochę ratują sytuację, ale w moim odczuciu nie do końca.

Dzisiaj natomiast, w imię jasnego wyrażania swych emocji, zapytałam mamę dlaczego nie miała dla mnie prezentu na urodziny i zakomunikowałam, że sprawiło mi to przykrość. No i zaczęła się jazda bez trzymanki. Na moje nerwy to trochę zbyt wiele. Ale wracając do tematu - ona skwitowała moje pytanie śmiechem. Zapytałam czy uważa to za zabawne, na co mama odparła, że nie, ale chłopakom (moim braciom) też nic nie kupuje. "A czy spotykasz się z nimi w ich urodziny?" "No nie"."A czy dostajesz prezenty od nich?" "Nie." "No właśnie". "No to co chcesz na te urodziny? (ej, teraz uwaga...) Rajstopy?" Rajstopy - wymarzony prezent dla każdej kobiety. Pamiętam jak mama przy większości okazji kupowała rajstopy swej pierwszej synowej "bo nie wiem co jej kupić, a rajstopy zawsze się przydadzą". Nie mam nic przeciwko rajtkom, dobre rajtki są zupełnie okej, ale w tym konkretnym przypadku to pytanie było jak chlaśnięcie ścierką prosto w pysk. "Nie, nie chcę rajstop". "No widzisz! To co chcesz?? Książkę?!" "Może być książka..."

Co za koszmar... te rajstopy będą mi się po nocach śniły. Jak mogła, no jak??? Niezależnie od urodzin i rajstop, funkcjonujemy teraz w jednym biurze i to jest naprawdę ciężki temat. Powoli zaczynają wychodzić różne potencjalne zarzewia konfliktów. Począwszy od wizji tego jak całe zaplanowane przedsięwzięcie ma być prowadzone, po ciągłe wyrzuty, że co myśmy najlepszego zrobili sprzedając te stare graty, które tam zalegały i że bałagan i ona się nie spodziewała itd. Zaczyna się również zarysowywać także poważny konflikt na tle finansowym. Bo chyba nie dogadałyśmy kilku istotnych szczegółów. Tzn. ja chyba nie zrozumiałam jak ona sobie wyobraża moje tam funkcjonowanie. Do tej pory ciągle słyszałam, że skoro mam taką szansę - możliwość korzystania z całkowicie wyposażonego lokalu w centrum miasta, to powinnam z tej szansy skorzystać, bo to ogromne ułatwienie itd. No racja. Naiwnie sądziłam, że pomoże mi w pierwszych, ciężkich miesiącach "na swoim", nie oczekując płacenia za lokal. Ale mama chyba jednak oczekuje, że to korzystanie będzie się odbywać na zasadach raczej rynkowych. A na to mnie na razie nie stać i żadna to dla mnie okazja płacić własnej matce nie wiadomo ile za wynajem prawie stumetrowego biura, które - bądźmy szczerzy - jest mi potrzebne jak dziura w moście. Mnie wystarcza jeden pokój. W pozostałych pomieszczeniach miało być biuro coworkingowe - sądziłam, że po prostu wchodzimy w to razem - ona daje lokal i ponosi częściowe ryzyko związane z tym, że koncepcja nie wypali, a ja inwestuję w marketing (strona www, reklamy itd.) oraz angażuję czas i siły w kwestie organizacyjne (remont, przemeblowania, opracowanie dokumentów, zawieranie umów, pilnowanie interesu). Gdybym wiedziała, że jednak ona nie tak to sobie wyobraża, to sama podnajęłabym biurko u kogoś, np. u mojego byłego szefa.

piątek, 10 stycznia 2014

Słowniczek

Nasz półtoraroczny Chłopczyś rozgadał się ostatnio - na pamiątkę poniżej jego słowniczek:

- batom - balon
- taji - kotek
- padada - pada deszcz
- banam - banan
- goko - gorące
- kaka - kaszka
- jajo - jajko
- ghra - piłka
- tam - krem
- tapa - czapka
- babi - bawić
- baja - bajka
- bapa - babcia
- papupi - paputki
- tata - lampa i tata
- oko - oko i okno

Oprócz tego mówi: mama, buty, pupa. Na Mysię mówi "Jaja" :) Nauczył się również słowa "Ola" (Oula), "Bartek" (Barti) "kubek" i "tutaj" oraz "inne". Rozkręca się z tym mówieniem, codziennie poszerza zasób słów, to naprawdę niesamowite. W przeciwieństwie do Mysi, która zaczęła mówić wcześniej, mówiła więcej, ale początkowo trudno było się domyślić co ona właściwie gada, Pupu słowa raczej wymawia poprawnie lub z niewielkimi zniekształceniami. Umie też ślicznie tańczyć i śpiewać "lalala". No i wreszcie zaczyna samodzielnie chodzić! Jeszcze nie jest to dla niego naturalny sposób przemieszczania, ale coraz częściej można zaobserwować go na dwóch nóżkach.

wtorek, 7 stycznia 2014

Pozdrowienia z (prawie) własnego biura!

Hej, hej! Siedzę za biurkiem w swoim nowym biurze i jest bardzo super! Na razie urządziliśmy tylko jeden pokój - jedyny, który tak naprawdę jest mi potrzebny do prowadzenia mojej własnej działalności. Wygląda naprawdę super! Niestety w pozostałej części lokalu, gdzie od stycznia miał ruszyć kolejny "projekt", panuje totalna rozpierducha. Moja mama wyjechała sobie na urlop zaraz po świętach i dała tzw. wolną rękę w urządzaniu się. Nie przyszło jej jednak do głowy by wcześniej jakoś posegregować swoje rzeczy, zostawiła wszystko jak stało (a raczej jak leżało) przez lata w związku z tym musieliśmy to po prostu zrzucić na jedną stertę. Nie uwierzylibyście ile ohydnych szpargałów i gównianych papierów można zgromadzić. Na oko jakiś miliard ton!!! Nie mam pojęcia co z tym wszystkim zrobić. A papiery i szpargały to nie wszystko - są wątpliwej urody elementy wystroju wnętrza, okropne obrazy, jakieś ciuchy, szlafrok, ba! nawet deska do prasowania. Na szczęście stare meble, które tutaj stały udało nam się bardzo szybko sprzedać na portalu tablica.pl - za bezcen oczywiście. Głównie chodziło nam o to, by ktoś te rzeczy zabrał, dlatego poszły za symboliczne kwoty. Niestety okazuje się teraz, że tak się zapamiętaliśmy w tym sprzedawaniu, że nie mamy nic, w co można by schować te wszystkie papierzyska. Trzeba też będzie zrobić malowanie w dwóch pokojach. Póki co stacjonuję w tym jednym, gotowym, udało mi się nawet ustalić hasło do wifi, a także ogarnąć kwestię parkingu! Mam już wykupiony abonament na cały miesiąc :)

Ach! Czuję się cudownie!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przedświątecznie :)

Trochę tracę kontakt z moim blogiem, bo nie mam czasu na pisanie. Ale wkrótce się to zmieni! Tak przynajmniej podejrzewam.

Natomiast do rzeczy!

Jak pewnie pamiętacie, od stycznia idę "na swoje". Wszystko jest w kompletnym proszku, nie mam strony, nie mam maila, w biurze jeden pokój do pomalowania stoi odłogiem, wszędzie zalegają jakieś gówniane meble do niczego mi niepotrzebne i naprawdę nie wygląda tam, jakby od stycznia miało się to stać mym nowym miejscem pracy. W aktualnej pracy, mniej więcej od drugiej dekady grudnia zaczęłam odczuwać dosyć silne rozluźnienie atmosfery, pracy jakoś mniej i stresu też mniej, a więcej spokoju.

Co więcej, moi szefowie nagle zaczęli wysyłać mi wyraźne sygnały, że szkoda iż tak to się potoczyło. Jeden z nich kilkukrotnie pytał mnie czy nie zmieniłam decyzji i czy jestem pewna, że nie powinnam tu jednak zostać. I że jeżeli czuję się zbyt obciążona pracą mogłam zatrudnić sobie ludzi, którzy by za mnie wszystko robili, a ja bym nimi tylko zarządzała. W trakcie służbowej Wigilii miałam wręcz wrażenie, że chyba zostałam pracownikiem roku nic o tym nie wiedząc. Sądziłam, że się nie nadaję, że jestem beznadziejna, a okazało się, że jestem zajebista i po prostu wymiatam! Oczywiście tak naprawdę wcale tak nie jest. To znaczy pewnie rzeczywiście zastosowałam wobec siebie zbyt surową miarę, ale to co mówił szef, że najlepiej sobie radzę z zarządzaniem zespołem i że zrobiłam furorę wśród klientów, zostało powiedziane chyba z nadmierną ekscytacją i niezbyt obiektywnym oglądem sytuacji. Tak czy inaczej, wszyscy zapowiedzieli się, że czekają na parapetówkę w moim nowym biurze.

Nie wiem co o tym myśleć, dziwnie się czuję. Tak jakbym naprawdę była członkiem tego zespołu, chociaż przez cały okres mojego funkcjonowania tutaj ani przez chwilę nie miałam takiego wrażenia.

W domu atmosfera choinkowo-świąteczna. Mysia przez całą sobotę produkowała kilometry łańcucha, który wczoraj przepięknie przyozdobił nasze drzewko. Pupu co chwilę załamywał się kompletnie, nie mogąc dostać do łapek bombek. Teraz zastanawiamy się jak zabezpieczyć choinkę przed jego eksploracją. Chłopczyś nadal nie chodzi samodzielnie, a ma już prawie półtora roku. Dzisiaj był u neurologa, ale lekarz nie stwierdził niczego niepokojącego. Ot, po prostu ma stracha więc jest ostrożny. Natomiast wspinanie się na wszystko wychodzi mu świetnie, chociaż ryzyko upadku jest w mojej ocenie daleko większe niż przy chodzeniu na nóżkach.

Ja siedzę w pracy, ale jak widzicie, zamiast pracować piszę :). Mam jednak jeszcze sporo do zrobienia, a dziś wychodzę wcześniej, bo muszę zorganizować karpia, kilka prezentów i parę innych rzeczy. Dlatego kończę już życząc Wam z całego serca WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Grudniowo...

Już grudzień, ech jak ten czas szybko leci! Od stycznia mam ruszyć z moją nową firmą, a jestem w lesie kompletnym. Trzeba pomalować jeden pokój w naszym lokalu, zorganizować meble (w tym część kupić), od dwóch tygodni mam napisać teksty na stronę www i zupełnie nie mam na to wszystko czasu. Myszkin ma urodziny w sobotę, więc muszę mu kupić prezent, w tym samym dniu jest kiermasz w p-kolu, zapisałam się na sprzątanie po kiermaszu, więc naprawdę nie wiem kiedy mam się zająć przyszłą robotą. Do sporządzenia biznesplanu nawet jeszcze nie usiadłam, a moja Mama, która udostępnia mi lokal, zażyczyła sobie takiego poglądowego biznesplanu.

Straszne to jest, że w tym codziennym pędzie naprawdę nie mam kiedy zająć się jakimikolwiek dodatkowymi sprawami. Czuję się jak chomik w takim kółeczku, w którym cały czas się kręci. Dodatkowo grudzień napawa mnie lękiem z finansowego punktu widzenia - spłata trzeciej raty zaległości w podatku vat, prezent na Myszkina 40 (40 to w końcu nie w kij dmuchał!) i prezenty dla kilku innych bliskich osób, które w grudniu obchodzą urodziny, no i Gwiazdka! Do obdarowania 10 osób. Później Sylwester, który my organizujemy. Jak to ogarnąć? Co roku robimy sobie listę prezentów, o których marzymy. Obdarowujący ma wówczas ułatwioną sytuację, bo ma z czego wybierać i nie musi kupować na siłę. Z powodu nienajłatwiejszej sytuacji finansowej, zainspirowana również artykułem, który przeczytałam w "Twoim Stylu", zaproponowałam naszej rodzinnej "paczce" by może w gronie dorosłych nie kupować każdy każdemu, tylko zrobić losowanie. Propozycja nie spotkała się z pozytywnym odzewem, a od szwagierki przeczytałam (bo to było mailem), że w gwiazdkowych prezentach chodzi o gest i pamięć, ale jeżeli chcę to oczywiście mogę wywalić wszystkie oszczędności na prezent dla jednej osoby bo przecież nikt się nie obrazi, nie będziemy się wszak rozliczać. Zrobiło mi się tak przykro, że aż łzy stanęły mi w oczach (chociaż byłam w pracy). Przecież zupełnie nie o to mi chodziło! Wiadomo jednak, że jeżeli na prezentowych listach wpisywane są konkretne podarki, to głupio kupować drobiazgi (jako wyraz tej świątecznej pamięci) za przysłowiowe 5 złotych. Była to luźna propozycja, a zostałam odebrana jak jakaś skąpa suka bez serca.

Chciałam też napisać o tym, że ostatnio męczyło mnie silne przeświadczenie, że jestem złą matką. W sensie, że moje własne dzieciaki momentami (ostatnio coraz częściej) okropnie mnie wkurzają i naprawdę marze o tym, żeby chociaż na weekend się ich pozbyć. Odkąd urodził się Mały (czyli 17 miesięcy temu) nie było takiej sytuacji żebym nie miała pod opieką dzieci lub jednego z nich. Jestem spragniona samotności. 

środa, 13 listopada 2013

Zawiść

Czy dopada Was czasami zawiść? Mnie dopadła wczoraj. Rozmawiałam z koleżanką, którą naprawdę bardzo, bardzo lubię. Pochwaliła się, że właśnie wybiera się do Aten ze swoimi kumpelami, ot tak, żeby się trochę wyluzować. Dodam, że ona nie pracuje zawodowo. Dzieci ma w przedszkolu, pomaga mężowi przy obsłudze jego strony internetowej i zajmuje się domem. Doskonale wiem, że zajmowanie się domem to nie jest łatwa robota, ale ja... też zajmuję się domem, a oprócz tego bardzo ciężko pracuję. I nie jadę do Aten. Nigdzie nie jadę. A jeszcze jak porzucę stałą współpracę na rzecz bycia wolnym strzelcem to z pewnością czeka nas głęboki finansowy dół. Chciałam, marzyłam, byłam PRZEKONANA, że w tym roku już na bank, na dwa banki, pojedziemy na narty, ale powoli godzę się z tym, że nic z tego nie wyjdzie, tak jak przez ostatnich pięć lat.

Ja nie wiem jak to się dzieje, że ciągle balansujemy w okolicach zera. W sensie, że nie mamy żadnych oszczędności, żyjemy od przysłowiowego 1 do 1, przy czym pod koniec miesiąca zdecydowanie brak swobody finansowej i nie myślę tu o jakichś nie wiadomo jakich zachciankach. Mnóstwo kasy pochłania opieka nad dziećmi, w szczególności niania, ale tego nie przeskoczymy. Nie wiem gdzie szukać oszczędności, bo na siebie nie wydaję już prawie nic. Pewnie musielibyśmy ograniczyć życie towarzyskie, bo wiadomo jak to jest - praktycznie w każdym tygodniu ktoś nas odwiedza, no to trzeba postarać się o jakiś poczęstunek i wino (nie jedno :). Ale z drugiej strony to takie miłe, że mamy tylu znajomych i przyjaciół. Jednak pewnie trzeba będzie trochę przystopować.
A Wy macie jakieś sposoby na oszczędzanie?