niedziela, 1 marca 2015
Klamka zapadla
W piatek powiedzialam wspolnikom jak sie sprawy maja i rozpetala sie prawdziwa burza. Zapewniono mnie o tym, ze nie bede juz wiecej musiala nigdzie jezdzic, zaproponowano niewielka, ale jednak, podwyzke i poproszono bym przemyslala sprawe i jednak zostala. Uslyszalam naprawde wiele cieplych slow pod swoim adresem i obietnice stworzenia mi maksymalnie komfortowych warunkow pracy, wiec znow popadlam w stan wahania i powaznego dylematu. Jednak po rozwazeniu wszystkich za i przeciw, podjelam decyzje, ze musze odejsc i sprobowac wybic sie ponad status szeregowego prawnika, na co w nowej pracy bede miala szanse. Napisalam maila w tej sprawie do wspolnikow i od dziewczyn otrzymalam wyrazy zrozumienia. Bede odchodzic z naprawde ciezkim sercem. Poza wyjazdami naprawde dobrze mi sie wspolpracowalo z ludzmi, nie moglam narzekac na atmosfere. W przeciwienstwie do opuszczania poprzedniej pracy, co wiazalo sie z radosnym oczekiwaniem, teraz patrze w przyszlosc z obawa i niepewnoscia, a w najglebszej glebi serca mam nadzieje, ze gdyby powinela mi sie noga, to bede miala dokad wracac.
wtorek, 24 lutego 2015
Przepraszam za brak polskich liter, ale pisze z tableta wiec wygodniej mi pomijac polskie znaki.
Ferie juz za nami. Bylo cudnie, pojezdzilam na nartach wiecej niz oczekiwalam, ponapawalam sie chwilami samotnosci na wyciagu i stoku oraz zapierajacymi dech w piersiach widokami. Mialam okazje ponownie, po 7 latach, zjesc najlepsza pizze na swiecie. Mysia nauczyla sie jezdzic na nartach i zasuwala jak przecinak, pod koniec wyjazdu juz po czerwonych, naprawde wymagajacych trasach. Pupu oczywiscie kontestowal rzeczywistosc, dwa razy przez caly wyjazd raczyl zjechac na sankach, a poza tym dralowal pod gore na nozkach tlumaczac mi, ze on woli "patsec na osoby". No i stal pozniej w polowie gorki gapiac sie na ludzi na wyciagu, a ja razem z nim ;)
Dziwnie bylo tam znow przyjechac po tylu latach. Za pierwszym razem nie bylismy nawet jeszcze malzenstwem, a teraz przybylismy z dwojka dzieci :) Jedynym problemem byla koszmarna, szesnastogodzinna podroz. Dzieciaki, podroznicy zaprawieni w bojach, spisaly sie wspaniale, ale mimo wszystko to jednak przesada. Chyba zaczne juz oszczedzac na samolot. No i oczywiscie spotkala nas nasza stala przypadlosc, czyli niedomykajacy sie budzet... :(
Tydzien ferii minal blyskawicznie i szybko wpadlam w szpony skrzeczacej rzeczywistosci. Jestem na wygnaniu (na dyzurze) i na dodatek okazalo sie, ze musze zostac dodatkowy dzien bo (oczywiscie bez pytania mnie o zdanie) zostalo zaplanowane spotkanie. To oznacza, ze 4 dni spedze poza domem. No i coz innego mi pozostaje jak napisac $#;÷/€&%÷ by nie uzywac wyrazow nieparlamentarnych...? Naprawde mam po dziurki w nosie dysponowania mna jak jakims niewolnikiem. Mam wrazenie, ze wszystko sie dzieje poza mna. Nieoficjalnie (jakzeby inaczej) dowiedzialam sie, ze plan jest taki, bym nadal jezdzila na dyzury w wymiarze raz w miesiacu na 3 dni. Taki podobno jest plan, nie zeby ktokolwiek sie mnie pytal czy wyrazam na to zgode. Kto tego nie przezyl, ten moze nie zrozumiec. Dla przyblizenia kolorytu nadmienie, ze wlasnie siedze w pensjonacie, za oknem, jak porabany, wyje i szczeka pies, zza sciany slysze wulgarne pogaduszki robotnikow, ktorzy licznie tu zjechali i sa juz chyba, sadzac po coraz bardziej belkotliwym sposobie mowienia, na niezlym rauszu, drzwi do mojego pokoju telepia sie gdy tylko ktos otwiera jakies inne drzwi i czuje, ze naprawde za chwile dostane szalu. Nawet przepyszny, wlasnej roboty paczek otrzymany dzis od jednej z pan pracujacych w firmie, w ktorej mam dyzury ("bo pani biedna tak daleko od domu"), nie byl w stanie oslodzic mi tej cholernej beznadziei.
Decyzje juz podjelam, ale nie wiem czy w nowym miejscu bedzie kolorowo. Na pewno nie bedzie wyjazdow wiec to jest olbrzymi plus. Niemniej jednak nie moge oprzec sie wrazeniu, ze oni tez traktuja mnie instrumentalnie. Czuje spora presje, a nie lubie tego czuc. Wielokrotnie tlumaczylam, ze chce uporzadkowac obecne tematy, a ciagle daja mi do zrozumienia, ze mam sie pospieszyc bo tak bardzo jestem im potrzebna. No coz, zobaczymy. Zmiany sa dobre, przynajmniej znowu sie czegos naucze.
Aktualnie najwieksze wyzwanie to powiedziec o tym wreszcie szefom bo jeszcze tego nie zrobilam. Nie moglam ich zastac w biurze, pozniej bylam na urlopie, teraz dyzur. Ciekawa jestem co sie bedzie dzialo i czy nastapi obraza majestatu.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Propozycja pracy i dylemat
Całkiem nieoczekiwanie otrzymałam wczoraj propozycję pracy. Bardzo ciekawą. No i teraz mam dylemat, bo w obecnym miejscu w sumie nie jest źle - mam blisko do p-kola, mogę pracować zdalnie, mam poczucie bycia docenioną, trzy razy w zeszłym roku dostałam premię, atmosfera jest ok, mam dobre relacje z szefami.
Natomiast ostatnio odmówiłam dalszej realizacji dyżurów. Jak wiecie, jeżdżę 400 km na dyżury do klienta co dwa tygodnie (a w praktyce co półtora) na 3 dni. 6 bitych dni w miesiącu nie ma mnie w domu, te dojazdy samochodem tyle kilometrów też są masakryczne, wstawanie w nocy, powrót po całym dniu pracy. Miałam tego już serdecznie dość i w związku z tym zakomunikowałam, że po roku przyszedł czas na wylogowanie się z tego tematu. Oczywiście reakcja nie była zbyt entuzjastyczna, natomiast mój szef przyjął to do wiadomości. Obawiam się jednak, że odmowa dyżurowania znacząco wpłynie na pogorszenie i moich relacji z szefami (bo mają teraz poważny problem kim obsadzić dyżury) i warunków finansowych.
Osobny rozdział to kultura pracy i współpracy - to jest kompletna partyzantka i powoduje u mnie duży dyskomfort. Mam wrażenie, że póki robiłam dyżury nie dotykało mnie to aż tak bardzo, ale teraz, będąc cały czas na miejscu, boję się doświadczyć niefajnych sytuacji bycia nagle wrzucaną w jakieś gówniane projekty.
Oczywiście nie wiem co będzie w tym potencjalnym nowym miejscu, ale znam dziewczynę, która prowadzi tę kancelarię, a mój brat zna ją jeszcze lepiej, wrażenia miałam bardzo pozytywne, a jej ogromnie zależy żebym do nich dołączyła. No i co tu zrobić??? Tam z pewnością nie mam mowy o żadnych dyżurach, co jest wielką zaletą. Mogłabym również pracować zdalnie. Do p-kola nie miałabym aż tak blisko, ale też niespecjalnie daleko. Wydaje się, że praca jest zorganizowana jakoś tak bardziej w przemyślany sposób. Z drugiej strony w ciągu dwóch lat trzeci raz zmieniłabym pracę, a chciałabym pozyskać wreszcie poczucie stabilności, a nie ciągle udowadniać, że się nadaję i nie zawiodę oczekiwań.
Doradźcie!
Natomiast ostatnio odmówiłam dalszej realizacji dyżurów. Jak wiecie, jeżdżę 400 km na dyżury do klienta co dwa tygodnie (a w praktyce co półtora) na 3 dni. 6 bitych dni w miesiącu nie ma mnie w domu, te dojazdy samochodem tyle kilometrów też są masakryczne, wstawanie w nocy, powrót po całym dniu pracy. Miałam tego już serdecznie dość i w związku z tym zakomunikowałam, że po roku przyszedł czas na wylogowanie się z tego tematu. Oczywiście reakcja nie była zbyt entuzjastyczna, natomiast mój szef przyjął to do wiadomości. Obawiam się jednak, że odmowa dyżurowania znacząco wpłynie na pogorszenie i moich relacji z szefami (bo mają teraz poważny problem kim obsadzić dyżury) i warunków finansowych.
Osobny rozdział to kultura pracy i współpracy - to jest kompletna partyzantka i powoduje u mnie duży dyskomfort. Mam wrażenie, że póki robiłam dyżury nie dotykało mnie to aż tak bardzo, ale teraz, będąc cały czas na miejscu, boję się doświadczyć niefajnych sytuacji bycia nagle wrzucaną w jakieś gówniane projekty.
Oczywiście nie wiem co będzie w tym potencjalnym nowym miejscu, ale znam dziewczynę, która prowadzi tę kancelarię, a mój brat zna ją jeszcze lepiej, wrażenia miałam bardzo pozytywne, a jej ogromnie zależy żebym do nich dołączyła. No i co tu zrobić??? Tam z pewnością nie mam mowy o żadnych dyżurach, co jest wielką zaletą. Mogłabym również pracować zdalnie. Do p-kola nie miałabym aż tak blisko, ale też niespecjalnie daleko. Wydaje się, że praca jest zorganizowana jakoś tak bardziej w przemyślany sposób. Z drugiej strony w ciągu dwóch lat trzeci raz zmieniłabym pracę, a chciałabym pozyskać wreszcie poczucie stabilności, a nie ciągle udowadniać, że się nadaję i nie zawiodę oczekiwań.
Doradźcie!
środa, 28 stycznia 2015
Pomór
Po tygodniu uczęszczania do przedszkola Pupu zaniemógł. Mysia zaniemogła również, a ja jestem tego bliska, chociaż w p-kolu dużo czasu nie spędzam :) Obydwoje mają wysoką gorączkę, zwłaszcza Pupu gorączkuje często (Mysia sporadycznie, za to nadrabia kaszlem starego gruźlika). Ja straciłam głos, a nochal rozrywa mi potężny katar. Jestem 400 km od domu i dzisiaj wracam po trzech dniach nieobecności.
Myszkin był wczoraj z dzieciakami u lekarza, otrzymał szczegółową rozpiskę miliarda leków, której niestety NIKT nie potrafi rozszyfrować. Prócz tego co na receptę, pani doktor zapisała stos leków bez recepty, których nazw nie potrafimy odczytać. Tak olbrzymia lista leków, nawet jak na dwoje dzieci, wydała mi się mocno podejrzana. Po co na przykład dla Tomka Aerius, Tobrex, Rhinacort i Nasivin - wszystkie celem złagodzenia kataru, przy czym Aerius to tak naprawdę lek antyalergiczny? Do tego oczywiście antybiotyk. Po co Claritine, Polcrom i Nasivin dla Mysi na katar, skoro Claritine to prawie to samo co Aerius (też przeciwalergiczne), a Polcrom to także lek przeciwalergiczny, a Mysia ma po prostu zapalenie oskrzeli i zawalony nos? Do tego również antybiotyk plus Pulmicort i Salbutamol. No i to wszystko, czego nazw nie zdołaliśmy odczytać :) Pachnie mi to bardzo grubą przesadą.
Samodzielnie zdecydowałam, że Mysia dostaje nebulizacje z Pulmicortu, Salbutamol i antybiotyk + Nasivin, a Pupu Tobrex, antybiotyk + Nasivin, w razie gorączki Ibum i osłonowo probiotyk. Patrzę na tę listę i mam wrażenie, że lekarka nie wiedziała co zapisać więc na wszelki wypadek zapisała wszystko co przyszło jej do głowy. Beznadzieja.
Pupu w przedszkolu radzi(ł) sobie świetnie. Było trochę płaczu w przypadku rozstania, gdy Mysia była jeszcze na zajęciach z zerówki, ale jak przychodziła do sali, można było zostawić maluszka bez większego problemu. Dzieci są do niego przyjaźnie nastawione, zwłaszcza dziewczynki zachwycają się jego słodkością :) Obawiałam się, że starsi chłopcy (to grupa mieszana wiekowo) będą się z niego wyśmiewać z powodu stosowania formy żeńskiej w mówieniu o sobie samym, ale nic takiego się nie dzieje. Gdy odbieram dzieci ze świetlicy Pupu jest naprawdę zadowolony, widzę, że ładnie i spokojnie się bawi. Bardzo mnie to cieszy. Tylko ta choroba tak szybko... Nic tego nie zapowiadało, w niedzielę do południa obydwoje byli zdrowi, po południu się posypało...
W związku z tym dwa tygodnie p-kola z głowy. Zapytałam mamę jakie ma plany na kolejny tydzień i czy mogłaby zostać z dziećmi 4 dni. Wykręcała się (jak zazwyczaj), a w końcu zadzwoniła wieczorem i tonem ostrym jakby odpierała jakiś atak zakomunikowała, że moich oczekiwań, by ona zajmowała się dziećmi, niestety nie jest w stanie spełnić, ponieważ ma swoje życie, swoje sprawy i nie da z siebie zrobić opiekunki (sic!!!). Dzieci są chore, to olbrzymia odpowiedzialność, żeby prawidłowo podać im leki, ona nie ma tyle siły żeby siedzieć z nimi dzień w dzień od rana, praktycznie do nocy (sic!!!) bo ma swoje sprawy i nie możemy od niej żądać żeby rzuciła wszystko i siedziała z naszymi dziećmi.
Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. Poczułam się jakby mi ktoś przyłożył ścierką prosto w pysk. Powiedziałam, że ja nie oczekiwałam tylko zadałam pytanie by wiedzieć jakie mam możliwości i jak się zorganizować. Powiedziałam by nie robiła z siebie ciężko pokrzywdzonej, bo to my jesteśmy w kłopocie. Powiedziałam, że za tydzień dzieci będą już zdrowe, wybiorą cały antybiotyk, ale do p-kola od razu nie mogą wrócić bo muszą zbudować trochę odporności przez kilka dni. Powiedziałam, że szkoda, iż o opiece nad swoimi wnukami wyraża się tak, jakby to była praca porównywalna do pracy w kamieniołomie. Co usłyszałam? Może jeden, góra dwa dni. Tyle jest w stanie znieść, o ile, rzecz jasna, nic jej nie wyskoczy.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy poprosić o stałą pomocy z jej strony. Nigdy nie było tak, nawet bezpośrednio po urodzeniu, kiedy to wiele babć przyjeżdża czy przychodzi do pomocy swoim córkom, które stały się świeżo upieczonymi matkami, bym chciała tego od niej. Zawsze radziliśmy sobie sami. Konieczność korzystania z pomocy niani nie budziła żadnych wątpliwości. Ale teraz nie mamy niani, chodziło o to by przez 4 dni posiedzieć z nimi przez kilka godzin. Nie od rana do nocy. Od 9 do 15-16. Bo my mamy robotę, a mama nie. Ona nie ma absolutnie żadnych obowiązków poza zwykłymi domowymi czynnościami, ewentualnie zakupami czy fryzjerem, no ale umówmy się - to nie są sprawy priorytetowe. Tymczasem uderzyła do mnie jakbym powzięła zamach na jej wolność, jakbym chciała przywiązać ją do dzieci, by ciężko przy nich tyrała (całe, kolosalne 4 dni), podczas gdy wspaniałe, bajkowe życie, które prowadzi, by jej w tym czasie bezpowrotnie uciekło.
No skoro tak, to muszę szukać innego rozwiązania, na co mama już w ogóle pojechała po bandzie, mówiąc, że ona się martwi o dzieci (sic!!!), że one ciągle zostają z kim innym i tak nie powinno być. Byłam w stanie odpowiedzieć tylko tyle, że Pupu raz został z nową opiekunką, a poza tym zostają z rodzicami albo z drugą babcią. Czyli najbliższymi. I żeby się nie wypowiadała na temat tego z kim zostają dzieci, skoro dla niej pozostanie z nimi to taka ciężka robota zdecydowanie ponad siły.
Wiadomo, że Myszkin dał ciała z tym, że tak się uparł na to by posłać Małego do p-kola od stycznia, gdy ja przecież nadal wyjeżdżam. Ja dałam ciała, że go od tego pomysłu nie odwiodłam, ale naprawdę sądziliśmy, że z pomocą rodziny jakoś damy radę, że będzie dobrze. I pewnie za jakiś czas będzie dobrze, na razie jednak trzeba przetrwać te nienajłatwiejsze chwile.
Byle do marca... Myślę, że w marcu będzie lepiej.
Myszkin był wczoraj z dzieciakami u lekarza, otrzymał szczegółową rozpiskę miliarda leków, której niestety NIKT nie potrafi rozszyfrować. Prócz tego co na receptę, pani doktor zapisała stos leków bez recepty, których nazw nie potrafimy odczytać. Tak olbrzymia lista leków, nawet jak na dwoje dzieci, wydała mi się mocno podejrzana. Po co na przykład dla Tomka Aerius, Tobrex, Rhinacort i Nasivin - wszystkie celem złagodzenia kataru, przy czym Aerius to tak naprawdę lek antyalergiczny? Do tego oczywiście antybiotyk. Po co Claritine, Polcrom i Nasivin dla Mysi na katar, skoro Claritine to prawie to samo co Aerius (też przeciwalergiczne), a Polcrom to także lek przeciwalergiczny, a Mysia ma po prostu zapalenie oskrzeli i zawalony nos? Do tego również antybiotyk plus Pulmicort i Salbutamol. No i to wszystko, czego nazw nie zdołaliśmy odczytać :) Pachnie mi to bardzo grubą przesadą.
Samodzielnie zdecydowałam, że Mysia dostaje nebulizacje z Pulmicortu, Salbutamol i antybiotyk + Nasivin, a Pupu Tobrex, antybiotyk + Nasivin, w razie gorączki Ibum i osłonowo probiotyk. Patrzę na tę listę i mam wrażenie, że lekarka nie wiedziała co zapisać więc na wszelki wypadek zapisała wszystko co przyszło jej do głowy. Beznadzieja.
Pupu w przedszkolu radzi(ł) sobie świetnie. Było trochę płaczu w przypadku rozstania, gdy Mysia była jeszcze na zajęciach z zerówki, ale jak przychodziła do sali, można było zostawić maluszka bez większego problemu. Dzieci są do niego przyjaźnie nastawione, zwłaszcza dziewczynki zachwycają się jego słodkością :) Obawiałam się, że starsi chłopcy (to grupa mieszana wiekowo) będą się z niego wyśmiewać z powodu stosowania formy żeńskiej w mówieniu o sobie samym, ale nic takiego się nie dzieje. Gdy odbieram dzieci ze świetlicy Pupu jest naprawdę zadowolony, widzę, że ładnie i spokojnie się bawi. Bardzo mnie to cieszy. Tylko ta choroba tak szybko... Nic tego nie zapowiadało, w niedzielę do południa obydwoje byli zdrowi, po południu się posypało...
W związku z tym dwa tygodnie p-kola z głowy. Zapytałam mamę jakie ma plany na kolejny tydzień i czy mogłaby zostać z dziećmi 4 dni. Wykręcała się (jak zazwyczaj), a w końcu zadzwoniła wieczorem i tonem ostrym jakby odpierała jakiś atak zakomunikowała, że moich oczekiwań, by ona zajmowała się dziećmi, niestety nie jest w stanie spełnić, ponieważ ma swoje życie, swoje sprawy i nie da z siebie zrobić opiekunki (sic!!!). Dzieci są chore, to olbrzymia odpowiedzialność, żeby prawidłowo podać im leki, ona nie ma tyle siły żeby siedzieć z nimi dzień w dzień od rana, praktycznie do nocy (sic!!!) bo ma swoje sprawy i nie możemy od niej żądać żeby rzuciła wszystko i siedziała z naszymi dziećmi.
Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. Poczułam się jakby mi ktoś przyłożył ścierką prosto w pysk. Powiedziałam, że ja nie oczekiwałam tylko zadałam pytanie by wiedzieć jakie mam możliwości i jak się zorganizować. Powiedziałam by nie robiła z siebie ciężko pokrzywdzonej, bo to my jesteśmy w kłopocie. Powiedziałam, że za tydzień dzieci będą już zdrowe, wybiorą cały antybiotyk, ale do p-kola od razu nie mogą wrócić bo muszą zbudować trochę odporności przez kilka dni. Powiedziałam, że szkoda, iż o opiece nad swoimi wnukami wyraża się tak, jakby to była praca porównywalna do pracy w kamieniołomie. Co usłyszałam? Może jeden, góra dwa dni. Tyle jest w stanie znieść, o ile, rzecz jasna, nic jej nie wyskoczy.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy poprosić o stałą pomocy z jej strony. Nigdy nie było tak, nawet bezpośrednio po urodzeniu, kiedy to wiele babć przyjeżdża czy przychodzi do pomocy swoim córkom, które stały się świeżo upieczonymi matkami, bym chciała tego od niej. Zawsze radziliśmy sobie sami. Konieczność korzystania z pomocy niani nie budziła żadnych wątpliwości. Ale teraz nie mamy niani, chodziło o to by przez 4 dni posiedzieć z nimi przez kilka godzin. Nie od rana do nocy. Od 9 do 15-16. Bo my mamy robotę, a mama nie. Ona nie ma absolutnie żadnych obowiązków poza zwykłymi domowymi czynnościami, ewentualnie zakupami czy fryzjerem, no ale umówmy się - to nie są sprawy priorytetowe. Tymczasem uderzyła do mnie jakbym powzięła zamach na jej wolność, jakbym chciała przywiązać ją do dzieci, by ciężko przy nich tyrała (całe, kolosalne 4 dni), podczas gdy wspaniałe, bajkowe życie, które prowadzi, by jej w tym czasie bezpowrotnie uciekło.
No skoro tak, to muszę szukać innego rozwiązania, na co mama już w ogóle pojechała po bandzie, mówiąc, że ona się martwi o dzieci (sic!!!), że one ciągle zostają z kim innym i tak nie powinno być. Byłam w stanie odpowiedzieć tylko tyle, że Pupu raz został z nową opiekunką, a poza tym zostają z rodzicami albo z drugą babcią. Czyli najbliższymi. I żeby się nie wypowiadała na temat tego z kim zostają dzieci, skoro dla niej pozostanie z nimi to taka ciężka robota zdecydowanie ponad siły.
Wiadomo, że Myszkin dał ciała z tym, że tak się uparł na to by posłać Małego do p-kola od stycznia, gdy ja przecież nadal wyjeżdżam. Ja dałam ciała, że go od tego pomysłu nie odwiodłam, ale naprawdę sądziliśmy, że z pomocą rodziny jakoś damy radę, że będzie dobrze. I pewnie za jakiś czas będzie dobrze, na razie jednak trzeba przetrwać te nienajłatwiejsze chwile.
Byle do marca... Myślę, że w marcu będzie lepiej.
środa, 7 stycznia 2015
słowniczek
W przeważającej mierze już nieaktualny, ale chcę zapisać, żeby móc wrócić i powspominać.
kiełbaska - kujbaska
telefon - telot
ciężarówka - ciandunda
dźwig - dzik
powiedzieć - podiedzieć
helikopter - opcili
kiełbaska - kujbaska
telefon - telot
ciężarówka - ciandunda
dźwig - dzik
powiedzieć - podiedzieć
helikopter - opcili
Pupu miał dzisiaj rozpocząć karierę przedszkolaka, ale nic z tego nie wyszło, gdyż rozchorował się zanim w ogóle zobaczył przedszkole. Noc była straszna - od smarkania począwszy, przez kaszel, wymioty na sraczce skończywszy. Przez to wszystko zaspałam i Mysia nie poszła na zajęcia zerówki. Najgorsze jest to, że nie mamy już niani, bo mój mąż chciał przyoszczędzić, był okropnie napalony na to, że od stycznia nie będziemy musieli płacić i nie chciał słyszeć o wydłużeniu umowy z nianią do marca. No i teraz jesteśmy w czarnej dupie bo Mały chory, a my, po dwutygodniowej przerwie, musimy przecież chodzić do pracy. Jak wyzdrowieje to też od razu, tak świeżo po chorobie, nie można puścić go do przedszkola. Skończy się pewnie na tym, że na gwałt będziemy poszukiwać niani dorywczej. Cholera...
Święta minęły spokojnie, chociaż było tyle spotkań z rodziną i przyjaciółmi, codziennie siedzenie do późna, wino, jedzenie, że raczej trudno powiedzieć żebym wypoczęła i się zregenerowała. Sylwester super, w gronie najbliższych przyjaciół. Po Sylwestrze coś strzeliło mi do głowy i postanowiłam obciąć włosy zapuszczane od 15 miesięcy. Jak patrzyłam na swoje zdjęcia w tej głupiej kitce, to nagle zapragnęłam mieć FRYZURĘ, a nie ledwo co odrośnięte włosy spięte klamrą w niedużą kitkę. Nie wiedziałam jakiej fryzury oczekuję, naiwnie sądziłam, że pani fryzjerka coś super mi zorganizuje na głowie. Niestety nie wzięłam pod uwagę, że pani, do której ostatnio chodziłam, nie jest tzw. stylistką fryzur, tylko zwyczajną, prostą fryzjerką. Jedyne moje zastrzeżenie brzmiało - ma być grzywka asymetryczna i gęsta. No to objechała mi ten łeb krzywo, niby że na boba, zrobiła rzadką grzywkę na półokrągło, a ja najbardziej na świecie nienawidzę rzadkich grzywek. Wyglądałam mniej więcej jak Matylda z "Leona Zawodowca" (lat 12). Po wyjściu od fryzjera jeszcze to jakoś wyglądało, ale po nocy - masakra. Po dwóch dniach postanowiłam odszukać mojego fryzjera, do którego chodziłam przez prawie 5 lat i przestałam gdy zaczęłam właśnie zapuszczać włosy, a on zmienił pracę i wyniósł się do centrum. Znalazłam go, trochę mnie uratował, ale widzę, że samej nie jest mi łatwo fajnie ułożyć te cholerne włosy. Znów zacznie się poranna walka z okrągłą szczotką i suszarką, a tak wygodnie było po prostu spiąć włosy klamrą... :(
No dobrze, wszystkiego najlepszego życzę Wam w Nowym Roku. Przede wszystkim dużo zdrowia i dystansu do otaczającej rzeczywistości.
Święta minęły spokojnie, chociaż było tyle spotkań z rodziną i przyjaciółmi, codziennie siedzenie do późna, wino, jedzenie, że raczej trudno powiedzieć żebym wypoczęła i się zregenerowała. Sylwester super, w gronie najbliższych przyjaciół. Po Sylwestrze coś strzeliło mi do głowy i postanowiłam obciąć włosy zapuszczane od 15 miesięcy. Jak patrzyłam na swoje zdjęcia w tej głupiej kitce, to nagle zapragnęłam mieć FRYZURĘ, a nie ledwo co odrośnięte włosy spięte klamrą w niedużą kitkę. Nie wiedziałam jakiej fryzury oczekuję, naiwnie sądziłam, że pani fryzjerka coś super mi zorganizuje na głowie. Niestety nie wzięłam pod uwagę, że pani, do której ostatnio chodziłam, nie jest tzw. stylistką fryzur, tylko zwyczajną, prostą fryzjerką. Jedyne moje zastrzeżenie brzmiało - ma być grzywka asymetryczna i gęsta. No to objechała mi ten łeb krzywo, niby że na boba, zrobiła rzadką grzywkę na półokrągło, a ja najbardziej na świecie nienawidzę rzadkich grzywek. Wyglądałam mniej więcej jak Matylda z "Leona Zawodowca" (lat 12). Po wyjściu od fryzjera jeszcze to jakoś wyglądało, ale po nocy - masakra. Po dwóch dniach postanowiłam odszukać mojego fryzjera, do którego chodziłam przez prawie 5 lat i przestałam gdy zaczęłam właśnie zapuszczać włosy, a on zmienił pracę i wyniósł się do centrum. Znalazłam go, trochę mnie uratował, ale widzę, że samej nie jest mi łatwo fajnie ułożyć te cholerne włosy. Znów zacznie się poranna walka z okrągłą szczotką i suszarką, a tak wygodnie było po prostu spiąć włosy klamrą... :(
No dobrze, wszystkiego najlepszego życzę Wam w Nowym Roku. Przede wszystkim dużo zdrowia i dystansu do otaczającej rzeczywistości.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Nie mam czasu pisać, niestety. Mam bardzo dużo pracy i ciągle jestem zmęczona. Jeśli nie jestem w pracy, nie pracuję w domu lub nie krzątam się ogarniając mieszkanie/dzieci/kuchnię/pranie to czytam prasę albo zasypiam. Czasem uda mi się wyrwać fragment "Matki feministki" Agnieszki Graff.
Ta książka zmieniła bardzo mocno mój punkt widzenia. Wydawało mi się do tej pory, że jestem superkobietą (o których Agnieszka pisze w swojej książce i które stają się adresatkami Kongresu Kobiet). To znaczy nie wydawało mi się, że jestem superkobietą, bo jestem - robota zawsze zrobiona, chata ogarnięta, ja w miarę też zadbana, ciąża nie ciąża, szpital nie szpital, zawsze na pełnych obrotach. Tylko czasu dla dzieci bardzo mało. A jak ten czas jest, to padam na pysk i nie spędzam go tak, jak one na to zasługują. Ale zaczynam dostrzegać bardzo wyraźnie, że bycie taką superkobietą to żaden powód do dumy. To jest wręcz żałosne, że można dać się wmanewrować w taki kierat i myśleć o swojej zajebistości, podczas gdy to jest zwyczajne frajerstwo.
Zastanawiam się czy to przez moją uległość, brak asertywności, przerost ambicji, poczucie odpowiedzialności? Pewnie wszystkie te cechy łącznie. Faktem jest, że nie tak dawno, gdy już wszyscy sobie poszli, płakałam ze zmęczenia, z bezsilności, z poczucia beznadziei i przeświadczenia, że nie warto, ale już tak daleko zabrnęłam, że nie bardzo mam jak się wymiksować z tego bałaganu. Płakałam z powodu pracy, co za gówno! Najgorsze jest to, że przecież doskonale wiem, iż mojego poświęcenia nikt nie doceni, co tylko zwiększa poczucie frustracji i bezsensu. Ciekawa jestem jak rozwiąże się kwestia mojego dyżuru, który przypada w Wigilię. Jeśli każą mi tam siedzieć dłużej niż do 12 w południe, to sorry, ale po prostu wyjdę o 12 choćby grozili mi zerwaniem umowy i Bóg wie czym jeszcze. Nie ma na tym świecie takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed ruszeniem w Wigilię o 12 w południe do domu, tak by zdążyć na wieczerzę o normalnej godzinie. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że po prostu nie jest człowiekiem.
Tymczasem Pupu od stycznia zaczyna karierę przedszkolaka. Aktualnie bierze udział w zajęciach w klubie malucha (jutro idzie drugi raz i na razie świetnie się odnajduje), ale jestem pełna obaw co to będzie. On nadal jest do mnie bardzo mocno przywiązany, łaknie bliskości, ciągle chce się przytulać i na "apka". Nie znaczy to, że nie potrafi zaangażować się w zabawę z dziećmi; nie przestaje mnie zaskakiwać jak świetnie odnajduje się w towarzystwie nawet sporo od siebie starszych, jaki potrafi być samodzielny i waleczny. Prawda jednak jest taka, że żeby podbijać świat musi naładować akumulatory spędzając odpowiednio dużo czasu w maminych ramionach :)
Kończę, muszę zbierać się do łóżka, bo wstałam dziś o 3.20. Pozdrawiam Was serdecznie!
Ta książka zmieniła bardzo mocno mój punkt widzenia. Wydawało mi się do tej pory, że jestem superkobietą (o których Agnieszka pisze w swojej książce i które stają się adresatkami Kongresu Kobiet). To znaczy nie wydawało mi się, że jestem superkobietą, bo jestem - robota zawsze zrobiona, chata ogarnięta, ja w miarę też zadbana, ciąża nie ciąża, szpital nie szpital, zawsze na pełnych obrotach. Tylko czasu dla dzieci bardzo mało. A jak ten czas jest, to padam na pysk i nie spędzam go tak, jak one na to zasługują. Ale zaczynam dostrzegać bardzo wyraźnie, że bycie taką superkobietą to żaden powód do dumy. To jest wręcz żałosne, że można dać się wmanewrować w taki kierat i myśleć o swojej zajebistości, podczas gdy to jest zwyczajne frajerstwo.
Zastanawiam się czy to przez moją uległość, brak asertywności, przerost ambicji, poczucie odpowiedzialności? Pewnie wszystkie te cechy łącznie. Faktem jest, że nie tak dawno, gdy już wszyscy sobie poszli, płakałam ze zmęczenia, z bezsilności, z poczucia beznadziei i przeświadczenia, że nie warto, ale już tak daleko zabrnęłam, że nie bardzo mam jak się wymiksować z tego bałaganu. Płakałam z powodu pracy, co za gówno! Najgorsze jest to, że przecież doskonale wiem, iż mojego poświęcenia nikt nie doceni, co tylko zwiększa poczucie frustracji i bezsensu. Ciekawa jestem jak rozwiąże się kwestia mojego dyżuru, który przypada w Wigilię. Jeśli każą mi tam siedzieć dłużej niż do 12 w południe, to sorry, ale po prostu wyjdę o 12 choćby grozili mi zerwaniem umowy i Bóg wie czym jeszcze. Nie ma na tym świecie takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed ruszeniem w Wigilię o 12 w południe do domu, tak by zdążyć na wieczerzę o normalnej godzinie. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że po prostu nie jest człowiekiem.
Tymczasem Pupu od stycznia zaczyna karierę przedszkolaka. Aktualnie bierze udział w zajęciach w klubie malucha (jutro idzie drugi raz i na razie świetnie się odnajduje), ale jestem pełna obaw co to będzie. On nadal jest do mnie bardzo mocno przywiązany, łaknie bliskości, ciągle chce się przytulać i na "apka". Nie znaczy to, że nie potrafi zaangażować się w zabawę z dziećmi; nie przestaje mnie zaskakiwać jak świetnie odnajduje się w towarzystwie nawet sporo od siebie starszych, jaki potrafi być samodzielny i waleczny. Prawda jednak jest taka, że żeby podbijać świat musi naładować akumulatory spędzając odpowiednio dużo czasu w maminych ramionach :)
Kończę, muszę zbierać się do łóżka, bo wstałam dziś o 3.20. Pozdrawiam Was serdecznie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)