Nie wiem od czego zacząć, może najpierw od pozytywów :)
Zaczęłam ćwiczyć programy Ewy Chodakowskiej. Zmobilizował mnie mąż, który po pierwsze - codziennie wykonuje siedmiominutowy, ale bardzo intensywny zestaw ćwiczeń, a po drugie - regularnie biega, przebiegł półmaraton, a teraz przygotowuje się do maratonu. Wziął się chłop za siebie, naprawdę. No i głupio mi się zrobiło, że ja porzuciłam usportowienie, dlatego pomyślałam, że spróbuję z Chodakowską, żeby nie wyrzucić w błoto pieniędzy na jakieś karnety siłowniane, z których później i tak nie będę korzystać. Muszę Wam powiedzieć, że mocno się wkręciłam. Staram się ćwiczyć 3 razy w tygodniu, czasem wychodzi 2, ogólnie od dwóch miesięcy "jadę z tematem" :) I to działa! Jestem żywym dowodem. Zmieniłam też sposób odżywiania, ale to przyszło jakoś tak naturalnie, po prostu jestem silnie zmotywowana i szkoda mi niszczyć efekty tych treningów, które naprawdę nie są łatwe. Raz się wyłamałam i obżarłam wieczorem podstarzałymi czipsami z sosem czosnkowym. Przez kolejne 4 dni cierpiałam na ostre dolegliwości pokarmowe, więc odechciało mi się takich szaleństw. Nie mam żadnej konkretnej diety, po prostu jem mniejsze porcje, ograniczyłam pieczywo, mięso i ziemniaki. Dużo rzadziej piję też alkohol, już raczej nie zdarza się lampka wina czy szklanka piwa do filmu wieczorem, a co za tym idzie, przestałam jeść przekąski, które zwykle się zjada w takich alkoholowych sytuacjach. Efekt jest taki, że obwody ud zjechały po ok. 2,5 cm, obwody łydek po ok. 1,5 cm, talia 5 cm, biodra też chyba z 5 cm. Mieszczę się w spodnie, które nosiłam w czasach pociążowej chudości, a później zawsze już były na mnie za małe. Oby wytrwać w tej pozytywnej sytuacji.
Niestety poza wypracowaniem "nowej figury" mam gorszy okres w życiu. Jestem zdołowana, zniechęcona i apatyczna. Nie lubię swojej pracy. Doszłam do wniosku, że to nie jest tak, że inne miejsce pracy by cokolwiek zmieniło, ja po prostu nie czuję się dobrze w swoim zawodzie. Kolega zdiagnozował mnie ostatnio i uświadomił, że źródłem moich niepokojów zawodowych jest niskie poczucie własnej wartości. Ja dlatego nie lubię swojej pracy, bo ta robota mnie cholernie stresuje, a stresuje mnie cholernie dlatego, że ciągle się boję, że popełnię (lub już popełniłam, co dopiero za jakiś czas wyjdzie na jaw) jakiś straszliwy fuck up, a zważywszy, że zajmuję się wyłącznie dużymi tematami, strach ma naprawdę wielkie oczy. Nie wierzę w swoje umiejętności, w swoją wiedzę. Prawda jest taka, że cały czas mam wrażenie, że nic sobą nie reprezentuję, a to, że jestem tu gdzie jestem, to jakieś niesamowite i zupełnie przypadkowe zrządzenie losu.
Moje małżeństwo też się sypie. Tak źle chyba jeszcze nie było. Jesteśmy jak współlokatorzy, skazani na siebie, staramy się w miarę zgodnie funkcjonować, ale nie ma w tym ani grama serdeczności, czułości, nie ma niczego (jak powiadał klasyk). Rację miał Jean Paul Sartre, że każdy człowiek jest samotna wyspą. Ja tak właśnie się czuję na świecie. Czytałam też ostatnio artykuł w "Twoim Stylu" o osobach, które dążą do tego by niszczyć związki i skąd się takie działania biorą. Jedną z przyczyn jest syndrom DDA. Jak pewnie wspominałam, mój ojciec był alkoholikiem. Myślałam, że te wszystkie historie o DDA mnie nie dotyczą, że jestem silnie opancerzona i ze wszystkim daję sobie radę. Teraz poczułam jakąś wewnętrzną psychiczną rozsypkę w związku z tym ojcem moim i ciężar całego tego syfu, którego była świadkiem lata temu. Zaczęłam mieć podejrzenie, że jednak możliwe, iż mam ostro "zryty beret", jak to się mówi młodzieżowo.
Główną przyczyną ostatnich niepowodzeń w małżeńskim życiu jest ciągłe poczucie głębokiego rozczarowania postawą mojego męża. On nie jest typem, który występuje z jakąś inicjatywą do czegokolwiek .Wszystko wymyślam, organizuję, rozkręcam ja. I już zaczynam być tym cholernie zmęczona i wkurwiona. Do szału mnie doprowadza ta jego inercja. Nie wykona żadnego ruchu jeśli nie wskażę mu co i jak ma wykonać. Ostatnio czara goryczy się przebrała, gdy po dwumiesięcznym marudzeniu musiałam sama zabrać się za organizowanie wymiany tarasu na działce. Uznałam, że to jest bardzo, ale to bardzo słabe, że ja muszę nawet takimi tematami się zajmować. Natomiast gdy powstała kwestia zakupu jego wymarzonego samochodu w 3 dni miał ogarnięty temat, łącznie z załatwionym kredytem. No i właśnie - mieliśmy oszczędzać, ale to wszystko poszło w kąt jak wynikła sprawa samochodu. Egoista. Wiem, że tak ogólnie jest typem dobrego męża, super potrafi zająć się dzieciakami, chociaż prawda jest taka, że odkąd kupił ten swój samochód to praktycznie nie wypuszcza z dłoni telefonu, bo ciągle albo siedzi na forum albo esemesuje z kolesiem, od którego kupił tę brykę. To też mnie doprowadza do szewskiej pasji. Często mam takie uczucie, że ręce mi opadają nad jego bezmyślnością, przestaję go szanować. Może to właśnie przejaw tego dążenia do zniszczenia związku? Bo może powinnam odpuścić, wyluzować, skupić się na jego zaletach, a nie oczekiwać, że nagle wykrzesa z siebie jakąś inicjatywę, skoro nigdy tego nie potrafił? Z drugiej strony wiem, że gdyby nie ja, to tkwilibyśmy nadal w tym samym miejscu, w którym byliśmy 6 czy 7 lat temu i w naszym życiu nic by się nie działo i nie zmieniało. To mnie bardzo obciąża.
W ciągu ostatnich kilku dni nawet chciałam z nim pogadać, tak na poważnie, o tym co dalej, ale za każdym razem czymś tak głęboko wyprowadzał mnie z równowagi, że nie było mowy o żadnej konstruktywnej rozmowie.
Konkluzja całej tej historii jest taka, że postanowiłam iść do psychologa. Do 3 razy sztuka.
czwartek, 28 maja 2015
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Córeczka
Mam coraz większy problem z moją relacją z Mysią. Jestem dla niej zbyt surowa, ciągle ją opieprzam, czepiam się, zwracam uwagę, mało ma ode mnie dobroci, a o wiele za dużo upominania. Codziennie obiecuję sobie, że się opanuję, że coś z tym zrobię, ale nic z tego nie wychodzi. Mysia jest najwspanialszą dziewczynką na świecie, ale potrafi doprowadzić do białej gorączki. Moje oczekiwania wobec niej są chyba zbyt wygórowane. Może dlatego, że do około 4 roku życia ona była po prostu idealnym dzieckiem. A teraz bywa nadzwyczajnie upierdliwa, marudna i roszczeniowa. Ma kompletnego fioła na punkcie zakupów, ciągle oczekuje żeby jej coś kupować, obojętnie co, byle była do tego dołączona badziewna zabawka. Potrafi zrobić straszną aferę z powodu odmowy, poryczeć się w głos. Trudno ją zadowolić, bo zawsze, w każdej sytuacji znajdzie się coś, co jej się nie spodoba, a to z kolei sprawia, że człowiekowi odechciewa się organizować jej atrakcje. Ostatnio zaplanowaliśmy weekend pełen wycieczek, spotkań ze znajomymi, wyjazdów itd. Ona to uwielbia. Ale w sobotę rano, gdy dowiedziała się, że zanim pojedziemy do zoo, musimy jeszcze podjechać po tatę, który coś tam kombinował z samochodem, była kompletna załamka, niezadowolenie, zgrzytanie zębami. To nic, że zaraz miała odbyć wycieczkę do zoo, a w kolejce czekała moc dalszych atrakcji. Liczyło się tylko to, że jeszcze coś wcześniej musimy załatwić. Mnie to oczywiście doprowadza do szału.
Wieczną kością niezgody jest też porządek w pokoju, a raczej jego brak. Mysia ma olbrzymią skłonność do kolekcjonowania wszelkiego śmiecia i składowania go na tej niewielkiej powierzchni. Kategorycznie odmawia utylizacji swoich wiekopomnych dzieł plastycznych, które produkuje na kopy (czasem robię to po kryjomu), z olbrzymim zaangażowaniem zbiera sznurki, kawałki materiałów, papierki, kawałki plasteliny, kamienie, wosk, itp. które walają się później bez ładu i składu, nie wspominając już o cennych, plastikowych skarbach z jajek-niespodzianek i jogurtów z niespodzianką. Od półtora roku w pokoju stoi kartonowy domek, którego stan woła o pomstę do nieba. W tym domku powrzucane są koce, poduszki i mnóstwo najróżniejszego badziewia. Dzisiaj rano trafił mnie szlag, gdy Mysia, zamiast pościelić łóżko, rozłożyła się na nim w tej pościeli z zabawkami, szafa otwarta na oścież i z szafy powywlekane czapki świętego mikołaja, z domku wywleczony koc, po prostu masakra. Nie mogłam na to patrzeć. Stolik zawalony po sufit górami ledwo przejrzanych gazetek (bo w gazetkach chodzi o dołączone do nich gówniane zabaweczki, a nie o treść), gumkami i wykonanymi z nich bransoletkami, wszystkim. Nakrzyczałam na nią tak, że się popłakała. Było mi głupio okropnie, ale o porządku tłukę codziennie, a jeśli nie powiem 3 razy, że ma pościelić łóżko, to go nie pościeli. Pokój wygląda jak chlewik, a Mysia się tym wcale nie przejmuje - przeciwnie - wytwarza coraz więcej bałaganu. Jest jeszcze mała, wiem, ale znowu nie aż tak. Ma 6 lat, uważam, że to jest pora by nauczyła się dbać o porządek, a nie wrzucała wszystko na kupę.Dlatego nerwy mi puściły, ale nie chodzi o to, że się usprawiedliwiam. Nie powinny były mi puścić te nerwy.
Osobną sprawą są jej odzywki w moim kierunku w stylu "no dalej, uczesz mnie wreszcie!", "nie jadę do domu!", "no przecież już poszłam się ubierać!!!" itp. Postawa roszczeniowa, krzyki, żądania, a nie prośby. Dostaję białej gorączki. Z drugiej strony mam wrażenie i obawiam się, że ona po prostu odnosi się do mnie tak jak ja do niej.
Kolejnym zagadnieniem jest brak czasu spędzanego tak naprawdę razem. W ciągu tygodnia pracy jest tyle do zrobienia w domu, że nie starcza czasu na to by z dzieciakami porobić coś wspólnie. A oni tak się cieszą gdy się z nimi siedzi, buduje, czyta itd. Niezależnie od tego, tak zupełnie szczerze - po pracy miałabym raczej ochotę zrobić coś dla siebie, poczytać książkę, przerzucić gazetę, tak rzadko mam na to czas, bo bardzo często muszę nadrabiać robotę w domu. Poza tym uważam, że skoro są we dwójkę to mają wszelkie warunki do tego by bawić się razem i nie smęcić, że się nudzą.
Co z tym zrobić, jak znaleźć w sobie cierpliwość, jak nie niszczyć tej relacji, z której byłam taka dumna, bo niestety, ale jestem przekonana, że to właśnie robię - moja córka przestanie być mi bliska, jak tak dalej pójdzie. Może dzisiaj pójdziemy na rower, na plac zabaw po pracy, jest taka ładna pogoda. I żeby nie krzyczeć na tę Mysię malutką. Coraz częściej widzę, że moje krzyki już nie robią na niej wrażenia, nie zwraca na to specjalnie uwagi, tylko pod nosem mruczy "nooo dooobra". Dlatego jak się dzisiaj popłakała, to pomyślałam sobie, że robię jej krzywdę, że poziom mojej w jej stronę agresji słownej, przekroczył wszelkie granice. Jak naprawić, to co już zepsułam?
Wieczną kością niezgody jest też porządek w pokoju, a raczej jego brak. Mysia ma olbrzymią skłonność do kolekcjonowania wszelkiego śmiecia i składowania go na tej niewielkiej powierzchni. Kategorycznie odmawia utylizacji swoich wiekopomnych dzieł plastycznych, które produkuje na kopy (czasem robię to po kryjomu), z olbrzymim zaangażowaniem zbiera sznurki, kawałki materiałów, papierki, kawałki plasteliny, kamienie, wosk, itp. które walają się później bez ładu i składu, nie wspominając już o cennych, plastikowych skarbach z jajek-niespodzianek i jogurtów z niespodzianką. Od półtora roku w pokoju stoi kartonowy domek, którego stan woła o pomstę do nieba. W tym domku powrzucane są koce, poduszki i mnóstwo najróżniejszego badziewia. Dzisiaj rano trafił mnie szlag, gdy Mysia, zamiast pościelić łóżko, rozłożyła się na nim w tej pościeli z zabawkami, szafa otwarta na oścież i z szafy powywlekane czapki świętego mikołaja, z domku wywleczony koc, po prostu masakra. Nie mogłam na to patrzeć. Stolik zawalony po sufit górami ledwo przejrzanych gazetek (bo w gazetkach chodzi o dołączone do nich gówniane zabaweczki, a nie o treść), gumkami i wykonanymi z nich bransoletkami, wszystkim. Nakrzyczałam na nią tak, że się popłakała. Było mi głupio okropnie, ale o porządku tłukę codziennie, a jeśli nie powiem 3 razy, że ma pościelić łóżko, to go nie pościeli. Pokój wygląda jak chlewik, a Mysia się tym wcale nie przejmuje - przeciwnie - wytwarza coraz więcej bałaganu. Jest jeszcze mała, wiem, ale znowu nie aż tak. Ma 6 lat, uważam, że to jest pora by nauczyła się dbać o porządek, a nie wrzucała wszystko na kupę.Dlatego nerwy mi puściły, ale nie chodzi o to, że się usprawiedliwiam. Nie powinny były mi puścić te nerwy.
Osobną sprawą są jej odzywki w moim kierunku w stylu "no dalej, uczesz mnie wreszcie!", "nie jadę do domu!", "no przecież już poszłam się ubierać!!!" itp. Postawa roszczeniowa, krzyki, żądania, a nie prośby. Dostaję białej gorączki. Z drugiej strony mam wrażenie i obawiam się, że ona po prostu odnosi się do mnie tak jak ja do niej.
Kolejnym zagadnieniem jest brak czasu spędzanego tak naprawdę razem. W ciągu tygodnia pracy jest tyle do zrobienia w domu, że nie starcza czasu na to by z dzieciakami porobić coś wspólnie. A oni tak się cieszą gdy się z nimi siedzi, buduje, czyta itd. Niezależnie od tego, tak zupełnie szczerze - po pracy miałabym raczej ochotę zrobić coś dla siebie, poczytać książkę, przerzucić gazetę, tak rzadko mam na to czas, bo bardzo często muszę nadrabiać robotę w domu. Poza tym uważam, że skoro są we dwójkę to mają wszelkie warunki do tego by bawić się razem i nie smęcić, że się nudzą.
Co z tym zrobić, jak znaleźć w sobie cierpliwość, jak nie niszczyć tej relacji, z której byłam taka dumna, bo niestety, ale jestem przekonana, że to właśnie robię - moja córka przestanie być mi bliska, jak tak dalej pójdzie. Może dzisiaj pójdziemy na rower, na plac zabaw po pracy, jest taka ładna pogoda. I żeby nie krzyczeć na tę Mysię malutką. Coraz częściej widzę, że moje krzyki już nie robią na niej wrażenia, nie zwraca na to specjalnie uwagi, tylko pod nosem mruczy "nooo dooobra". Dlatego jak się dzisiaj popłakała, to pomyślałam sobie, że robię jej krzywdę, że poziom mojej w jej stronę agresji słownej, przekroczył wszelkie granice. Jak naprawić, to co już zepsułam?
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Varia
Nastrój mam podły ostatnio, przez tarapaty finansowe, w które co chwilę, nie ukrywam, że z własnej winy, wpadam. Mam tego serdecznie dosyć. Marzę o tym, by przestać wreszcie oglądać każdą złotówkę i wyjść na prostą, ale do tego jeszcze trochę czasu. Z zazdrością patrzę na kobiety spacerujące po pobliskim centrum handlowym z torbami pełnymi zakupów w dłoniach. Ja przyjeżdżam tam wyłącznie na zakupy spożywcze lub do apteki. Nie wiem o co chodzi, co się dzieje i dlaczego takie z nas nieogary jeśli chodzi o pieniądze, ale zaczyna mnie to poważnie wkurwiać. Okoliczności nam niezbyt sprzyjają, ale okoliczności przecież nigdy nie są sprzyjające. W każdym miesiącu coś wypada. W zeszłym zapłata zaległych podatków i urodziny Mysi, które zorganizowałam jej w dzieciowej knajpce - tak jak marzyła. W tym miesiącu - zapłata (słonego) wpisowego do szkoły społecznej, ubezpieczenie samochodu i kilka drobnych napraw, które trzeba wykonać przed sprzedażą. Wiecznie pod kreską, wiecznie z jakimś ciągnącym się długiem. Żeby nie było za łatwo, pstryknął mnie dziś fotoradar. Biednemu wiatr w oczy :( Oczywiście gdy nieudolnie zabieram się za budżetowanie na następny miesiąc wygląda to wszystko bardzo super, wysokie nadwyżki uśmiechają się z ekranu kalkulatora i robię się pełna optymizmu. I NIGDY nic z tego nie wychodzi. ZAWSZE się nie domyka. Wyobraźcie sobie, że 30 marca pojechałam w delegację. Dostałam zaliczkę, ale musiałam zatankować samochód, zapłacić za autostradę i już było po zaliczce. Moim ostatnim wydatkiem był zakup dwóch napojów energetycznych na stacji benzynowej o godzinie 6.30 rano. Później okazało się, że na koncie mam 1,69 zł. Okazało się, że jestem całkowicie i dokumentnie spłukana i że nawet nie mam za co kupić sobie cholernego hot-doga. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać i nie mogłam uwierzyć jaka jestem beznadziejna.
W związku z tą nieciekawą sytuacją już postanowiliśmy, że na wakacje w tym roku pojedziemy wyłącznie na działkę. Może chociaż dzieci uda się wyekspediować z babciami nad morze... Natomiast marzenie by wyrwać się z tej finansowej pętli, która nam ściska gardła, jest silniejsze niż marzenie o wypoczynku gdzieś. Ale skoro o działce mowa tam też czeka nas sporo inwestycji. I dzieciakom trzeba pokój przeorganizować, bo Mysia idzie do szkoły, musi mieć biurko, trzeba kupić im piętrowe łóżko i zrobić wreszcie szafy oraz regały z prawdziwego zdarzenia. Znów szykują się spore wydatki...
Cudownie byłoby, gdybyśmy w przyszłym roku mogli gdzieś wyjechać na Wielkanoc, bo w związku z już prawie minionymi świętami mam refleksje analogiczną jak w latach ubiegłych, a mianowicie, że z coraz większym trudem przychodzi mi godzenie się z tym potwornym marnotrawstwem wolnego czasu. Wczoraj byliśmy u mojej mamy i najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłam przez te 8,5 godziny, był około 30 minutowy spacer z Pupu. Poza tym siedzenie, przeglądanie prasy (ja) lub multimediów (mój brat i bratowa), przerywane zdawkowymi rozmowami i jedzeniem. Dziś musiałam nadrobić trochę zaległości z pracy, a później pojechałam do mojej szwagierki, gdzie spędziłam kilka godzin na jedzeniu i rozmowach nieco bardziej intensywnych niż u mojej mamy.
Natomiast dużym pozytywem dzisiejszego dnia jest to, że udało mi się znaleźć czas na trening z Ewą Chodakowską. Zaczynam trzeci tydzień ćwiczeń z nią. Staram się ćwiczyć trzy razy w tygodniu i jestem bardzo podekscytowana. Nie jestem jej wyznawczynią, jak niektóre dziewczyny, po prostu bardzo pasuje mi taka forma aktywności fizycznej, kiedy mogę ją podjąć dokładnie wtedy, kiedy mam wolnych 40 minut. Nie muszę nigdzie łazić co jest dla mnie olbrzymią zaletą. I naprawdę czuję, że te ćwiczenia uwalniają mi endorfiny i jakby trochę uzależniają, bo z niecierpliwością myślę o kolejnym treningu. Zaczynam też trochę przemyśliwać nt. diety, ale zobaczę jakie efekty przyniosą same ćwiczenia bez zmiany w sposobie odżywiania. Uważam, że nie odżywiam się źle, natomiast jestem bardzo łakoma, jem dużo i to na pewno jest płaszczyzna do tego by się nieco zdyscyplinować. Moim grzechem jest też jedzenie późnych kolacji. Wchłaniam sporo węglowodanów, bo nie umiem odmówić sobie pieczywa czy makaronów. Ciągle zapominam, że moja przemiana materii jest o jakieś 75% mniej wydajna niż 15 lat temu. Zawsze bardzo lubiłam jeść, a nieodmiennie byłam chuda jak patyk. Tylko niestety po mamie miałam i zawsze będę mieć masywne nogi. Natomiast jestem pewna, że z brzuchem, biodrami i udami można sporo zrobić. Chociaż noszę rozmiar 36 nie czuję się dobrze z aktualną sylwetką. Nie wiem ile ważę, bo nasza waga zepsuła się jakoś niedługo po urodzeniu Pupu i od tamtej pory nie mam z nią kontaktu. Niemniej jednak widzę, że nie jest dobrze, a brzuch to w ogóle jest jakaś masakra. Przerażające jest to, że już zawsze będę musiała wkładać wysiłek i przestrzegać rozmaitych ograniczeń by wyglądać szczupło.
Z mężem nie układa mi się najlepiej, ale to jest temat - rzeka. Na razie wyjechał na 4 dni w delegację i tak naprawdę fajnie mi jak go nie ma. Nie działa mi na nerwy swoją obecnością i wiecznym gapieniem się w ekran ajfona. Gdyby nie to, że dzieci (prawdopodobnie z powodu zmęczenia) solidarnie i równo uderzyły w płacz z powodu olbrzymiej tęsknoty za tatusiem i płacz ten trwał nieprzerwanie chyba z pół godziny, a ja nie mogłam zająć się bardziej rozbudowanym pocieszaniem bo musiałam przygotować im kolację, kąpiel i łóżka, to byłoby super git. Ciekawe jak poradzimy sobie z codzienną logistyką. Dawno nie zostawałam z dzieciakami sama na tak długo.
W związku z tą nieciekawą sytuacją już postanowiliśmy, że na wakacje w tym roku pojedziemy wyłącznie na działkę. Może chociaż dzieci uda się wyekspediować z babciami nad morze... Natomiast marzenie by wyrwać się z tej finansowej pętli, która nam ściska gardła, jest silniejsze niż marzenie o wypoczynku gdzieś. Ale skoro o działce mowa tam też czeka nas sporo inwestycji. I dzieciakom trzeba pokój przeorganizować, bo Mysia idzie do szkoły, musi mieć biurko, trzeba kupić im piętrowe łóżko i zrobić wreszcie szafy oraz regały z prawdziwego zdarzenia. Znów szykują się spore wydatki...
Cudownie byłoby, gdybyśmy w przyszłym roku mogli gdzieś wyjechać na Wielkanoc, bo w związku z już prawie minionymi świętami mam refleksje analogiczną jak w latach ubiegłych, a mianowicie, że z coraz większym trudem przychodzi mi godzenie się z tym potwornym marnotrawstwem wolnego czasu. Wczoraj byliśmy u mojej mamy i najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką zrobiłam przez te 8,5 godziny, był około 30 minutowy spacer z Pupu. Poza tym siedzenie, przeglądanie prasy (ja) lub multimediów (mój brat i bratowa), przerywane zdawkowymi rozmowami i jedzeniem. Dziś musiałam nadrobić trochę zaległości z pracy, a później pojechałam do mojej szwagierki, gdzie spędziłam kilka godzin na jedzeniu i rozmowach nieco bardziej intensywnych niż u mojej mamy.
Natomiast dużym pozytywem dzisiejszego dnia jest to, że udało mi się znaleźć czas na trening z Ewą Chodakowską. Zaczynam trzeci tydzień ćwiczeń z nią. Staram się ćwiczyć trzy razy w tygodniu i jestem bardzo podekscytowana. Nie jestem jej wyznawczynią, jak niektóre dziewczyny, po prostu bardzo pasuje mi taka forma aktywności fizycznej, kiedy mogę ją podjąć dokładnie wtedy, kiedy mam wolnych 40 minut. Nie muszę nigdzie łazić co jest dla mnie olbrzymią zaletą. I naprawdę czuję, że te ćwiczenia uwalniają mi endorfiny i jakby trochę uzależniają, bo z niecierpliwością myślę o kolejnym treningu. Zaczynam też trochę przemyśliwać nt. diety, ale zobaczę jakie efekty przyniosą same ćwiczenia bez zmiany w sposobie odżywiania. Uważam, że nie odżywiam się źle, natomiast jestem bardzo łakoma, jem dużo i to na pewno jest płaszczyzna do tego by się nieco zdyscyplinować. Moim grzechem jest też jedzenie późnych kolacji. Wchłaniam sporo węglowodanów, bo nie umiem odmówić sobie pieczywa czy makaronów. Ciągle zapominam, że moja przemiana materii jest o jakieś 75% mniej wydajna niż 15 lat temu. Zawsze bardzo lubiłam jeść, a nieodmiennie byłam chuda jak patyk. Tylko niestety po mamie miałam i zawsze będę mieć masywne nogi. Natomiast jestem pewna, że z brzuchem, biodrami i udami można sporo zrobić. Chociaż noszę rozmiar 36 nie czuję się dobrze z aktualną sylwetką. Nie wiem ile ważę, bo nasza waga zepsuła się jakoś niedługo po urodzeniu Pupu i od tamtej pory nie mam z nią kontaktu. Niemniej jednak widzę, że nie jest dobrze, a brzuch to w ogóle jest jakaś masakra. Przerażające jest to, że już zawsze będę musiała wkładać wysiłek i przestrzegać rozmaitych ograniczeń by wyglądać szczupło.
Z mężem nie układa mi się najlepiej, ale to jest temat - rzeka. Na razie wyjechał na 4 dni w delegację i tak naprawdę fajnie mi jak go nie ma. Nie działa mi na nerwy swoją obecnością i wiecznym gapieniem się w ekran ajfona. Gdyby nie to, że dzieci (prawdopodobnie z powodu zmęczenia) solidarnie i równo uderzyły w płacz z powodu olbrzymiej tęsknoty za tatusiem i płacz ten trwał nieprzerwanie chyba z pół godziny, a ja nie mogłam zająć się bardziej rozbudowanym pocieszaniem bo musiałam przygotować im kolację, kąpiel i łóżka, to byłoby super git. Ciekawe jak poradzimy sobie z codzienną logistyką. Dawno nie zostawałam z dzieciakami sama na tak długo.
czwartek, 5 marca 2015
I nagły zwrot akcji...
Jutro miałam być ostatni dzień w pracy. W poniedziałek zostało wszystko dogadane, pierwotna wersja była taka, że mam się rozliczyć ze swoich spraw i sprzętu i więcej nie przychodzić, ale ostatecznie ustaliliśmy, że lepiej będzie zrobić to na spokojniej, przez kilka dni. Wspólnicy zarządzający źle znieśli fakt, że nie przyjęłam ich oferty. Akurat w poniedziałek mieliśmy tu jakieś sesje zdjęciowe itp. no i obydwoje byli na miejscu. W ciągu dnia trochę emocje opadły, zaczęły się kolejne rozmowy. Jeden ze wspólników zaczął indagować mnie co właściwie zyskam, skoro w aktualnej pracy odpadły wszystkie niedogodności, które dotychczas się z nią wiązały. Była to prawda, ale obiecałam już w nowej pracy, że 9 marca przyjdę. Wspólnik zaczął mi tłumaczyć, że odchodzę w najgorszym momencie, bo pokazałam się od najlepszej strony i może być tylko lepiej, więc moja decyzja jest całkowicie nieracjonalna. Klarował, że to, że zobowiązałam się już wobec kogo innego nie powinno mnie powstrzymywać przed wyborem lepszej oferty. "To jest biznes, póki drzwi się za tobą nie zamkną, możemy negocjować. Dyskomfort związany ze złamaną obietnicą potrwa kilka dni, potencjalny dyskomfort, który poczujesz, gdy się okaże, że zamieniłaś siekierkę na kijek będzie trwał znacznie dłużej." Po czym oprócz tego, co już mi wcześniej zaproponowano (podwyżka, gwarancja braku wyjazdów, elastyczny czas pracy, w tym możliwość pracy w domu przez 2 dni w tygodniu) zaoferował mi dodatkowo nowe warunki, których odrzucenie byłoby kompletnym szaleństwem, ale z mocą obowiązującą od 2 stycznia 2016 - jeśli nic się nie zmieni.
Zamurowało mnie, bo się nie spodziewałam. Zadzwoniłam do męża, żeby zapytać co on na to, zaakceptował, więc... zgodziłam się.
Gdy dzwoniłam do dziewczyny, z którą negocjowałam w tej drugiej pracy, myślałam, że się pod ziemię zapadnę ze wstydu. Było mi koszmarnie głupio, ale w tej sytuacji musiałam myśleć jednak przede wszystkim o dobrostanie moim i mojej rodziny, a to, co mogłam uzyskać tam, jednak mocno zbladło w porównaniu do nieoczekiwanej oferty aktualnego pracodawcy. Nadal czuję niesmak związany z tą całą sytuacją, mam jednak nadzieję, że ostatecznie okaże się, iż podjęłam dobrą decyzję.
Zamurowało mnie, bo się nie spodziewałam. Zadzwoniłam do męża, żeby zapytać co on na to, zaakceptował, więc... zgodziłam się.
Gdy dzwoniłam do dziewczyny, z którą negocjowałam w tej drugiej pracy, myślałam, że się pod ziemię zapadnę ze wstydu. Było mi koszmarnie głupio, ale w tej sytuacji musiałam myśleć jednak przede wszystkim o dobrostanie moim i mojej rodziny, a to, co mogłam uzyskać tam, jednak mocno zbladło w porównaniu do nieoczekiwanej oferty aktualnego pracodawcy. Nadal czuję niesmak związany z tą całą sytuacją, mam jednak nadzieję, że ostatecznie okaże się, iż podjęłam dobrą decyzję.
niedziela, 1 marca 2015
Klamka zapadla
W piatek powiedzialam wspolnikom jak sie sprawy maja i rozpetala sie prawdziwa burza. Zapewniono mnie o tym, ze nie bede juz wiecej musiala nigdzie jezdzic, zaproponowano niewielka, ale jednak, podwyzke i poproszono bym przemyslala sprawe i jednak zostala. Uslyszalam naprawde wiele cieplych slow pod swoim adresem i obietnice stworzenia mi maksymalnie komfortowych warunkow pracy, wiec znow popadlam w stan wahania i powaznego dylematu. Jednak po rozwazeniu wszystkich za i przeciw, podjelam decyzje, ze musze odejsc i sprobowac wybic sie ponad status szeregowego prawnika, na co w nowej pracy bede miala szanse. Napisalam maila w tej sprawie do wspolnikow i od dziewczyn otrzymalam wyrazy zrozumienia. Bede odchodzic z naprawde ciezkim sercem. Poza wyjazdami naprawde dobrze mi sie wspolpracowalo z ludzmi, nie moglam narzekac na atmosfere. W przeciwienstwie do opuszczania poprzedniej pracy, co wiazalo sie z radosnym oczekiwaniem, teraz patrze w przyszlosc z obawa i niepewnoscia, a w najglebszej glebi serca mam nadzieje, ze gdyby powinela mi sie noga, to bede miala dokad wracac.
wtorek, 24 lutego 2015
Przepraszam za brak polskich liter, ale pisze z tableta wiec wygodniej mi pomijac polskie znaki.
Ferie juz za nami. Bylo cudnie, pojezdzilam na nartach wiecej niz oczekiwalam, ponapawalam sie chwilami samotnosci na wyciagu i stoku oraz zapierajacymi dech w piersiach widokami. Mialam okazje ponownie, po 7 latach, zjesc najlepsza pizze na swiecie. Mysia nauczyla sie jezdzic na nartach i zasuwala jak przecinak, pod koniec wyjazdu juz po czerwonych, naprawde wymagajacych trasach. Pupu oczywiscie kontestowal rzeczywistosc, dwa razy przez caly wyjazd raczyl zjechac na sankach, a poza tym dralowal pod gore na nozkach tlumaczac mi, ze on woli "patsec na osoby". No i stal pozniej w polowie gorki gapiac sie na ludzi na wyciagu, a ja razem z nim ;)
Dziwnie bylo tam znow przyjechac po tylu latach. Za pierwszym razem nie bylismy nawet jeszcze malzenstwem, a teraz przybylismy z dwojka dzieci :) Jedynym problemem byla koszmarna, szesnastogodzinna podroz. Dzieciaki, podroznicy zaprawieni w bojach, spisaly sie wspaniale, ale mimo wszystko to jednak przesada. Chyba zaczne juz oszczedzac na samolot. No i oczywiscie spotkala nas nasza stala przypadlosc, czyli niedomykajacy sie budzet... :(
Tydzien ferii minal blyskawicznie i szybko wpadlam w szpony skrzeczacej rzeczywistosci. Jestem na wygnaniu (na dyzurze) i na dodatek okazalo sie, ze musze zostac dodatkowy dzien bo (oczywiscie bez pytania mnie o zdanie) zostalo zaplanowane spotkanie. To oznacza, ze 4 dni spedze poza domem. No i coz innego mi pozostaje jak napisac $#;÷/€&%÷ by nie uzywac wyrazow nieparlamentarnych...? Naprawde mam po dziurki w nosie dysponowania mna jak jakims niewolnikiem. Mam wrazenie, ze wszystko sie dzieje poza mna. Nieoficjalnie (jakzeby inaczej) dowiedzialam sie, ze plan jest taki, bym nadal jezdzila na dyzury w wymiarze raz w miesiacu na 3 dni. Taki podobno jest plan, nie zeby ktokolwiek sie mnie pytal czy wyrazam na to zgode. Kto tego nie przezyl, ten moze nie zrozumiec. Dla przyblizenia kolorytu nadmienie, ze wlasnie siedze w pensjonacie, za oknem, jak porabany, wyje i szczeka pies, zza sciany slysze wulgarne pogaduszki robotnikow, ktorzy licznie tu zjechali i sa juz chyba, sadzac po coraz bardziej belkotliwym sposobie mowienia, na niezlym rauszu, drzwi do mojego pokoju telepia sie gdy tylko ktos otwiera jakies inne drzwi i czuje, ze naprawde za chwile dostane szalu. Nawet przepyszny, wlasnej roboty paczek otrzymany dzis od jednej z pan pracujacych w firmie, w ktorej mam dyzury ("bo pani biedna tak daleko od domu"), nie byl w stanie oslodzic mi tej cholernej beznadziei.
Decyzje juz podjelam, ale nie wiem czy w nowym miejscu bedzie kolorowo. Na pewno nie bedzie wyjazdow wiec to jest olbrzymi plus. Niemniej jednak nie moge oprzec sie wrazeniu, ze oni tez traktuja mnie instrumentalnie. Czuje spora presje, a nie lubie tego czuc. Wielokrotnie tlumaczylam, ze chce uporzadkowac obecne tematy, a ciagle daja mi do zrozumienia, ze mam sie pospieszyc bo tak bardzo jestem im potrzebna. No coz, zobaczymy. Zmiany sa dobre, przynajmniej znowu sie czegos naucze.
Aktualnie najwieksze wyzwanie to powiedziec o tym wreszcie szefom bo jeszcze tego nie zrobilam. Nie moglam ich zastac w biurze, pozniej bylam na urlopie, teraz dyzur. Ciekawa jestem co sie bedzie dzialo i czy nastapi obraza majestatu.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Propozycja pracy i dylemat
Całkiem nieoczekiwanie otrzymałam wczoraj propozycję pracy. Bardzo ciekawą. No i teraz mam dylemat, bo w obecnym miejscu w sumie nie jest źle - mam blisko do p-kola, mogę pracować zdalnie, mam poczucie bycia docenioną, trzy razy w zeszłym roku dostałam premię, atmosfera jest ok, mam dobre relacje z szefami.
Natomiast ostatnio odmówiłam dalszej realizacji dyżurów. Jak wiecie, jeżdżę 400 km na dyżury do klienta co dwa tygodnie (a w praktyce co półtora) na 3 dni. 6 bitych dni w miesiącu nie ma mnie w domu, te dojazdy samochodem tyle kilometrów też są masakryczne, wstawanie w nocy, powrót po całym dniu pracy. Miałam tego już serdecznie dość i w związku z tym zakomunikowałam, że po roku przyszedł czas na wylogowanie się z tego tematu. Oczywiście reakcja nie była zbyt entuzjastyczna, natomiast mój szef przyjął to do wiadomości. Obawiam się jednak, że odmowa dyżurowania znacząco wpłynie na pogorszenie i moich relacji z szefami (bo mają teraz poważny problem kim obsadzić dyżury) i warunków finansowych.
Osobny rozdział to kultura pracy i współpracy - to jest kompletna partyzantka i powoduje u mnie duży dyskomfort. Mam wrażenie, że póki robiłam dyżury nie dotykało mnie to aż tak bardzo, ale teraz, będąc cały czas na miejscu, boję się doświadczyć niefajnych sytuacji bycia nagle wrzucaną w jakieś gówniane projekty.
Oczywiście nie wiem co będzie w tym potencjalnym nowym miejscu, ale znam dziewczynę, która prowadzi tę kancelarię, a mój brat zna ją jeszcze lepiej, wrażenia miałam bardzo pozytywne, a jej ogromnie zależy żebym do nich dołączyła. No i co tu zrobić??? Tam z pewnością nie mam mowy o żadnych dyżurach, co jest wielką zaletą. Mogłabym również pracować zdalnie. Do p-kola nie miałabym aż tak blisko, ale też niespecjalnie daleko. Wydaje się, że praca jest zorganizowana jakoś tak bardziej w przemyślany sposób. Z drugiej strony w ciągu dwóch lat trzeci raz zmieniłabym pracę, a chciałabym pozyskać wreszcie poczucie stabilności, a nie ciągle udowadniać, że się nadaję i nie zawiodę oczekiwań.
Doradźcie!
Natomiast ostatnio odmówiłam dalszej realizacji dyżurów. Jak wiecie, jeżdżę 400 km na dyżury do klienta co dwa tygodnie (a w praktyce co półtora) na 3 dni. 6 bitych dni w miesiącu nie ma mnie w domu, te dojazdy samochodem tyle kilometrów też są masakryczne, wstawanie w nocy, powrót po całym dniu pracy. Miałam tego już serdecznie dość i w związku z tym zakomunikowałam, że po roku przyszedł czas na wylogowanie się z tego tematu. Oczywiście reakcja nie była zbyt entuzjastyczna, natomiast mój szef przyjął to do wiadomości. Obawiam się jednak, że odmowa dyżurowania znacząco wpłynie na pogorszenie i moich relacji z szefami (bo mają teraz poważny problem kim obsadzić dyżury) i warunków finansowych.
Osobny rozdział to kultura pracy i współpracy - to jest kompletna partyzantka i powoduje u mnie duży dyskomfort. Mam wrażenie, że póki robiłam dyżury nie dotykało mnie to aż tak bardzo, ale teraz, będąc cały czas na miejscu, boję się doświadczyć niefajnych sytuacji bycia nagle wrzucaną w jakieś gówniane projekty.
Oczywiście nie wiem co będzie w tym potencjalnym nowym miejscu, ale znam dziewczynę, która prowadzi tę kancelarię, a mój brat zna ją jeszcze lepiej, wrażenia miałam bardzo pozytywne, a jej ogromnie zależy żebym do nich dołączyła. No i co tu zrobić??? Tam z pewnością nie mam mowy o żadnych dyżurach, co jest wielką zaletą. Mogłabym również pracować zdalnie. Do p-kola nie miałabym aż tak blisko, ale też niespecjalnie daleko. Wydaje się, że praca jest zorganizowana jakoś tak bardziej w przemyślany sposób. Z drugiej strony w ciągu dwóch lat trzeci raz zmieniłabym pracę, a chciałabym pozyskać wreszcie poczucie stabilności, a nie ciągle udowadniać, że się nadaję i nie zawiodę oczekiwań.
Doradźcie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)