wtorek, 29 grudnia 2015

I po Świętach

Zastanawiam się czy pisanie bloga ma sens, skoro minęło ponad 1,5 miesiąca od ostatniego wpisu. Chyba nie ma, ale może będę to traktować (nadal) jako autoterapię, czy coś...

Nadal biegam :) Mój rekord jeśli chodzi o dystans to 11 km. Jestem wolną biegaczką, prędkość, którą rozwijam, nie powala, ale co tam! Najważniejsze, że sprawia mi to prawdziwą przyjemność, co niestety od czasu do czasu mnie gubi. Właśnie teraz bardzo się zaprawiłam przez bieganie. Coś mi drgało w okolicach oskrzeli, ale mimo to nie mogłam odpuścić przebieżki w Wigilię - pogoda była cudna. No i zrobiłam co prawda niecałe 4 km, ale dość intensywnie. Następnego dnia chrypiałam i zaczęłam kaszleć, lecz mimo to po Świętach, w ramach pokuty po obżarstwie, postanowiłam pójść na energiczny spacer. Nie bieg, tylko spacer właśnie - z uwagi na kiepski stan zdrowia. Lecz gdy już miałam na nogach adidasy...no jakoś same mnie poniosły. 9 km pękło na zmianę chodzenie-bieganie. No i teraz kaszlę jak stary gruźlik, koszmar. A 10 stycznia bieg drużyny dawców szpiku, na który się zapisałam, więc trzeba szybko się doprowadzić do porządku. Tylko jak - siedząc w robocie?
Przez bieganie mocno schudłam. Tzn. w pierwszej kolejności mocno schudłam przez Chodaka, ale mam wrażenie, że bieganie jest jeszcze efektywniejsze. Chodzę teraz w spodniach, które kupowałam po ciążach, w trakcie karmienia, kiedy przedciążowe ciuchy wisiały na mnie jak wory. Jedne aktualne spodnie już musiałam dać do zmniejszenia, drugie czekają w kolejce.
No i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że wszędzie chudnę, tylko łydki mi rosną jak szalone, co jest cholernie słabe, bo akurat zależało mi na ich wyszczupleniu. Zawsze miałam masywne łydki no i teraz mam jeszcze masywniejsze, co doprowadza mnie do prawdziwej rozpaczy. W listopadzie przymierzałam piękne kozaki w Venezii. Były super, takie wciągane, bez suwaka. Z początkiem grudnia pobiegłam szczęśliwa by je kupić, ale... już nie mogłam ich założyć. Wyobrażacie to sobie???
Nie mogę patrzeć na te moje łydki. Powtarzam sobie, że powinnam być szczęśliwa, że mam zdrowe nogi, dzięki którym mogę nie dość, że sprawnie funkcjonować, to jeszcze biegać, ale zaczynam rezygnować ze spódnic, bo te łydki psują cały efekt. Przepiękną widziałam spódnicę w Tatuum, lecz nie kupiłam jej bo doszłam do wniosku, że z takimi łydkami nie ma sensu wywalać kasy na spódnicę.  
Nie chce mi się pisać o Świętach, jestem już wykończona moją rodziną, męża rodziną. U nas w miarę ok, ale w naszych rodzinach panuje w sumie rozpierducha. Do tego jeszcze dzieciaki ostatnio mocno chorowały - najpierw Pupu na szkarlatynę (2 tygodnie w domu), później Mysia na zapalenie oskrzeli (3 tygodnie w domu), a Pupu w międzyczasie również na coś zatokowego syfiastego. Oszaleć można.

Pobyłabym sama ze dwa, trzy dni, w jakimś spa najlepiej. Marzenie ściętej głowy. Niech ta zima, chociaż taka ciepła, jednak się wreszcie skończy. Ta ciemność mnie już dobija. Pragnę, potrzebuję więcej światła!

No i męczy mnie myśl o trzecim dziecku. Wiem, że to szalony pomysł, bezsensowny, ale czuję, że zawsze będę żałować, że nie mam trzeciego dziecka.

środa, 4 listopada 2015

Bieganie i inne historie

Jestem, żyję, daję znak :)

Nie pamiętam już czy wspominałam, że brałam udział w Business Run. Ot tak, bez specjalnego przygotowania. Ale po tym biegu, gdy okazało się, że byłam najgorsza w drużynie, jakoś to bieganie zaczęło mnie wciągać. Nie jest łatwo, zwłaszcza na początku. Całe szczęście, że regularnie ćwiczyłam z Chodakiem, to jakoś te 4 km byłam w stanie ogarnąć, niemniej jednak myślałam, że dystans 4 km to dla mnie maksimum i już na zawsze zostanę czterokilometrową joggerką. Ale Myszkin w międzyczasie przebiegł...MARATON!!!!!!!! Zaczął biegać w lutym tego roku, w kwietniu przebiegł półmaraton, a 11 października maraton. Nadal nie mogę w to uwierzyć. No i zadziałało to trochę tak, że nie będzie Myszkin pluł mi w twarz swoim maratonem - żartuję oczywiście. Niemniej jednak to mnie zmotywowało jeszcze bardziej i zaczęłam regularne treningi. W zeszłym tygodniu biegałam trzy razy, we Wszystkich Świętych przebiegłam 7.780m (mój rekord jeśli chodzi o dystans). A tak mnie to wszystko cieszy, że już nie mogę się doczekać piątku. Biegałam dzisiaj rano (od 6.50!) i zaczęłam trening interwałowy - niesamowicie efektywny jeśli chodzi o zwiększenie tempa. Kolejny trening w piątek, a  w sobotę i niedzielę chciałabym uderzyć na 10 km.

W pracy trochę nie ogarniam różnych tematów, ale chyba zaczynam się godzić z tym, że w robocie próżno szukać wielkiej satysfakcji. Wolę myśleć o bieganiu i niebieskich migdałach.

Pani od angielskiego u Mysi w szkole napisała w zeszycie uwagę, że Mysia jest dzieckiem wybitnym. Uszczęśliwiło mnie to (od zawsze wiedziałam, że jest geniuszkiem), ale też zestresowało, zwłaszcza po rozmowie z wychowawczynią, która nakreśliła potencjalne zagrożenie fobią szkolną w przypadku gdy w późniejszych klasach zaczną się niepowodzenia i porażki. Bo na razie Mysia z niczym nie ma problemów, nie musimy specjalnie z nią pracować, sprawdzać. Najczęściej jest tak, że komunikuje, że miała zadanie domowe, ale już odrobiła na przerwie albo w pokoju cichej pracy przy świetlicy. Jednocześnie wiem, że muszę się o Mysię zacząć bardziej troszczyć bo ona zaczyna być zazdrosna trochę o Tomka, napomyka czasem, że młodsi mają lepiej, że więcej im wolno itp. No i ma trochę racji, bo Tomek często - jako ten młodszy - jest traktowany bardziej pobłażliwie. Jest to uzasadnione, bo trudno oczekiwać od takiego malucha żeby np. sprzątał z równym zaangażowaniem jak sześciolatka, ale Mysia zaczyna odczuwać jakąś niesprawiedliwość dziejową w związku z tym. A najgorsze jest to, że czuję, że ostatnio nie poświęcam jej odpowiednio dużo czasu. Zresztą ostatnio wieczorami miałam robotę, więc w ogóle nie poświęcałam im czasu.

Ech, wszystko przez prokrastynację, którą najwyraźniej jestem dotknięta. Nie mogę się skoncentrować w pracy, FB, poczta, zakupy on-line, gazeta.pl - to wszystko angażuje moją uwagę. Dopiero gdy mam nóż na gardle potrafię się zebrać do kupy i zacząć coś robić. Efekt jest taki, że wieczorami muszę nadrabiać to, czego nie zrobiłam w czasie przepieprzonym w ciągu dnia :(

środa, 23 września 2015

Jesień, jesień

Codziennie dzień staje się krótszy o 4 minuty... Taka refleksja na początek jesieni :)

Dzisiaj rocznica śmierci mojego Taty - 12 lat. Nigdy nie przestanę z nim tęsknić. Po przedszkolu podjadę z Pupu na cmentarz w ramach małego spaceru. Rzadko tam bywam, dwa, trzy razy do roku w sumie, chociaż nie mam daleko. Mam z tego powodu poczucie winy, ale nie lubię cmentarza i tego całego rytuału, który wiąże się z wizytą tam.

Ze szkołą (i rodzicami :) jakoś się uporządkowaliśmy. Mysia dzień w dzień zachwycona. Zapisała się na dodatkowe zajęcia plastyczne i na Małych Odkrywców. Ja zapisałam ją na tańce. W ramach w-fu chodzi na basen raz w tygodniu. W porównaniu do tego co było w przedszkolu to jest jakiś szał. A najlepsze jest to, że wszystkie te zajęcia odbywają się w czasie gdy Mysia i tak byłaby na świetlicy, więc nie musimy jej nigdzie wozić popołudniami. Pupu źle znosi brak Mysi w przedszkolu. Gdy odprowadzam go do sali pada na podłogę z płaczem. Dzisiaj, w drodze do p-kola, wyraził nadzieję, że nie będzie płakał, ale później przytomnie dodał, że "zobacymy". Udało się bez płaczu chociaż było bardzo blisko.

W pracy na razie dość spokojnie, ale okazało się, że nie pojadę na "staż" do angielskiej kancelarii, z czego wczoraj wynikła trochę nieprzyjemna sytuacja. No, trudno. Może nawet lepiej. Mniej zamieszania w domu. A lekcje angielskiego, które mam raz w tygodniu z przemiłym Anglikiem i tak na pewno bardzo mi się przydadzą.

Przed chwilą przejrzałam sobie "zeszyt finansowy", w którym planowałam wydatki od początku roku. Jak otworzyłam arkusz z zaplanowanymi wydatkami na spłatę długów, oszczędności, konto wakacyjne to pusty śmiech mnie ogarnął. Nic nie udało mi się zrealizować. W planowaniu jestem świetna, we wcielaniu planów (przynajmniej tych finansowych) w życie - beznadziejna. Od października robię nowe otwarcie, kolejna szansa, może się wreszcie ogarnę.

Przepraszam za ten chaos, ale jakaś rozbita jestem. Może przez jesień, a może przez rocznicę Taty.


piątek, 4 września 2015

Szkoła

Jak wspominałam, Mysia zaczęła naukę w szkole, chodzi do szkoły społecznej, w sumie bardzo chwalonej. Byłam mocno podekscytowana tym, że będzie chodzić do takiej świetnej, kameralnej szkoły, gdzie jest sporo fajnych zajęć dla dzieciaków i gdzie te dzieci są naprawdę zaopiekowane. Na razie jednak nie układa się to wszystko najlepiej. Tzn. inaczej - z punktu widzenia Mysi jest super, idzie do szkoły w podskokach, z entuzjazmem i ochotą, natomiast to ja mam problem.

Po pierwsze - uroczystość rozpoczęcia roku zaczęła się w... kościele. Najpierw była msza, a później dopiero uroczystości w szkole. My jesteśmy bezwyznaniowi i nie rozumiem dlaczego oficjalna, szkolna uroczystość zaczyna się w kościele i dlaczego dzieci poznają wychowawcę w kościele, a nie w klasie. Skąd taka kolejność? Z jakiego powodu msza najpierw, a nie później, już po uroczystościach w szkole? Byłam zniesmaczona.

A później okazało się, że czesne to jedno, ale musimy zrzucić się na miliony wydatków, których (o czym, rzecz jasna nikt nie powiedział nam wcześniej) czesne nie pokrywa. Wiedzieliśmy jedynie o kilku rzeczach, które trzeba będzie dokupić do klasy, zatem gdy skarbniczka klasowa wskazała, że oczekuje wpłat po 300 złotych na konto tytułem zbudowania funduszu klasowego, zdębiałam. Napisałam maila do wszystkich rodziców by rozważyli czy tak wysoka składka we wrześniu jest uzasadniona, bo 300 złotych to jednak sporo, a czekają nas jeszcze inne wydatki (dodatkowe ćwiczenia i podręczniki). Byłam przekonana, że moje stanowisko podzieli większość rodziców, ale nikt się nie odezwał, oprócz jednego pana, który napisał, że 300 złotych na rodzinę to nie jest dużo, czym doprowadził mnie do furii, bo jakim prawem obca osoba decyduje o tym, czy dla innych rodzin 300 złotych to dużo czy mało?!

Postanowiłam trwać w swoim proteście i zrobiłam przelew na 150 złotych. Napisałam pani skarbnik, że drugą część wymaganej kwoty zapłacę w październiku, chyba że to co zapłaciłam teraz nie pokryje naszej części wydatków, to dopłacę potrzebną kwotę. Dla zasady.

Cały czas miałam nadzieję, że więcej rodziców myśli tak jak ja i ujawni to w korespondencji, ale nie było żadnej reakcji. Poczułam się kretyńsko i idiotycznie. Pomyślałam, że pewnie zostanę odebrana  jako skąpa baba, która przeciw wszystkiemu protestuje i wszystkiego się czepia. Zrobiło mi się okropnie przykro i źle. A wieczorem zaczęły przychodzić maile z informacjami o kolejnych koniecznych wydatkach do klasy, m.in. takich jak dozownik na ręczniki papierowe oraz rzeczone ręczniki, mydło, gąbka do tablicy, konewka itd. Nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy są finansowane przez rodziców osobno i to jeszcze rodzice muszą sami je kupić. Dodatkowo okazało się, że musimy również sfinansować część materiałów do świetlicy oraz na lekcje odysei umysłu. W tej sytuacji zaczęło do mnie docierać, że kwota 300 złotych wcale nie była aż tak wygórowana, co wprawiło mnie w jeszcze głębszą konsternację. Jednocześnie zaczęła we mnie wzbierać złość, że nikt nas nie uprzedził, że tak to wygląda i zaczęłam poważnie się zastanawiać czy w ogóle stać nas na tę szkołę.

Teraz już trochę się uspokoiłam. Oczywiście dopłaciłam brakujące 150 złotych na fundusz klasowy i mam nadzieję, że kwas jakoś się rozejdzie. Liczę też na to, że to wszystko wynika z faktu, że to wrzesień, zawsze jest dużo do kupowania, ale jak już raz zostanie kupione to posłuży długo. Niemniej jednak na rozpoczęciu roku szkolnego ktoś rzucił propozycję by co miesiąc wpłacać 50 złotych na fundusz. Jestem naprawdę zaskoczona, bo w społecznym p-kolu naszych dzieci prócz comiesięcznego czesnego płaciliśmy dodatkowo jedynie 20 złotych na semestr, wszystkie inne wydatki pokrywało i organizowało przedszkole. Nie miałam pojęcia, że w szkole wygląda to zupełnie inaczej :(

Mam nadzieję, że pod względem merytorycznym i "opiekuńczym" szkoła rzeczywiście się sprawdzi i jest warta tych wszystkich akcji.

Po wakacjach

Nasza córeczka rozpoczęła naukę w szkole, w związku z tym, nie było mowy o urlopie we wrześniu. Wakacje zaplanowaliśmy więc na sierpień (w lipcu był dyżur w p-kolu, na który Mysia jeszcze się załapała ;).
Pierwszy tydzień sierpnia dziateczki spędziły u babci. Niestety okazało się, że babcia już sobie tak dobrze z nimi nie radzi, była bardzo zestresowana, ciężko jej było zapanować nad dwójką dzieci, czego nam osobiście nie powiedziała, ale informacja do nas dotarła.  Kolejny tydzień spędziliśmy na działce. Przyjechali jeszcze znajomi, też z dzieciakami, pogoda była piękna i naprawdę fajnie spędziliśmy czas. W trzecim tygodniu sierpnia dzieci pojechały nad morze z obydwoma babciami, a my zostaliśmy na działce, skąd dojeżdżaliśmy codziennie do pracy. Udało się nam wykonać trochę robót działkowych (jednak  nie w takim wymiarze, jakiego oczekiwałam), a także zorganizować budowę wielkiej szafy i regału w dziecinnym pokoju.
W ostatnim tygodniu pojechaliśmy nad Bałtyk, dołączając do naszych pocieszek i "zwalniając" babcie. Byliśmy w niedużej miejscowości wczasowo-sanatoryjnej, co do której moje wrażenia estetyczne są jak najgorsze. Chiński badziew wylewający się zewsząd, dziurawe i  krzywe chodniki, chaotyczna zabudowa, powszechna brzydota. Tylko samo wybrzeże piękne, chociaż oczywiście plaże zaśmiecone petami. Nie rozumiem dlaczego ludzie tak wokół siebie śmiecą, czy im nie przeszkadza przebywać w takim śmietniku??
Pogoda na szczęście nam sprzyjała, nie było upałów, ale też nie padało, temperatura była przyjemnie umiarkowana. Tylko woda w morzu ekstremalnie zimna, ale dzieciakom to nie przeszkadzało, bo ciągle ryły w piachu bądź pluskały się w bajorku, które powstało w niecce na plaży. Co by nie mówić - dla dzieci nadbałtyckie wybrzeże jest naprawdę atrakcyjne. Cały czas miały co robić, a ja nadrobiłam zaległości w książkach. Dużo leniuchowaliśmy, prawie żadnych obowiązków, naprawdę się zrelaksowałam.
Zrelaksowałam się tak bardzo, że teraz za nic nie mogę powrócić do zawodowej rzeczywistości. Jestem KOMPLETNIE rozbita, nie mogę się na niczym skupić, praca sprawia mi duży kłopot :) Nie umiem wziąć się w garść i ruszyć z kopyta. Po prostu to mnie przerasta.

środa, 29 lipca 2015

Jak osiągnąć równowagę?

Fajny artykuł, a właściwie wywiad czytałam niedawno w "Wysokich obcasach extra". Przesłanie było mniej więcej takie, żeby nie czekać aż "kiedyś wreszcie znajdę czas by pobyć ze sobą, z dziećmi, rodziną, znajomymi" bo żyjemy tu i teraz i to "kiedyś" nigdy nie nadejdzie. Staram się o tym pamiętać i bardzo chciałabym osiągnąć równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, ale zawsze jakoś tak się dzieje, że jednak praca okazuje się najważniejsza. To chore, wiem. I wiem też, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale mimo to, czuję się tak odpowiedzialna za sprawy, którymi się zajmuję, że nie potrafię powiedzieć "nie". Zdaję sobie sprawę, że w 80% przypadków te sprawy nie są wcale AŻ TAK pilne i okropnie mnie wkurza, że daję się wmanewrowywać w takie akcje i np. poświęcam wieczór na to by pismo/opinia/umowa były DZIŚ WŁAŚNIE chociaż wiem, że niczemu to nie posłuży. Klienci niestety już wiedzą, że jak trzeba rąbiemy po nocach i skrzętnie to wykorzystują.

Marzę o urlopie, ale takim, by nikt do mnie nie dzwonił i by maile się nie odbierały. Za granicą łatwo jest uwolnić się od maili, ale w kraju, gdzie internet jest w telefonie non stop, to już nie takie łatwe. Ale spróbuję. Nie dam zepsuć sobie tych krótkich chwil wolnego.

Chciałabym też pracować w trybie home office. Mam taką możliwość, ale p-kole jest zaraz obok mojej pracy, więc nie ma sensu wracać do chaty by znowu później przebijać się przez miasto żeby odebrać dzieci. Ale od września Mysia idzie do szkoły (niedaleko naszego bloku), a z kolei jeśli chodzi o Pupu, to na naszej ulicy otworzyli p-kole, więc byłoby bardzo blisko, ale to prywatne p-kole i płaci się ponad 200 zł więcej niż za nasze aktualne, społeczne. Ale może warto? Myślę, że efektywniej pracowałoby mi się w domu, gdzie nikt by mi nie przychodził z różnymi sprawami albo na pogaduchę. Mam wrażenie, że jak jestem w biurze to mnóstwo czasu ucieka mi przez palce i efekt jest taki, że później muszę nadrabiać w domu.

Cholera... czuję, że ta robota mnie unieszczęśliwia. Pamiętam, że jak przez 3 miesiące pracowałam na "swoim" to było świetne.... Poza tym, że mało zarabiałam i był stres z pieniędzmi. Ale byłam chyba szczęśliwsza. A może to tylko kwestia nastawienia?

poniedziałek, 20 lipca 2015

Przesilenie

Miałam ostatnio niesamowicie ciężki okres, w domu i przede wszystkim w pracy.

W domu dlatego, że mój mąż narobił mnóstwo głupot w imię swojego dobrego samopoczucia, a pisząc wprost - najpierw odkupił swój ukochany samochód, który, gdy byłam w ciąży z Pupu, musiał sprzedać bo nie było nas stać na jego utrzymywanie (dodam, że w mojej ocenie nadal nie stać nas na spłacanie za niego kredytu), a następnie go zepsuł wjeżdżając w inny samochód (nie, nie szalał, to było na osiedlowej uliczce, po prostu odwrócił się by zrobić porządek z telepiącą się gaśnicą i zatrzymał na tym drugim samochodzie z konkretnie rozwalonym zderzakiem, maską i reflektorem). Nie miał AC bo to piętnastoletnie auto, co prawda klasyk, ale stwierdził, że nie ma co kupować AC. No i teraz trzeba go naprawiać za własne pieniądze.

Nie wyobrażacie sobie jak się na to wszystko wściekłam. Mam wrażenie, że moim kosztem sprawił sobie wspaniały prezent, a ja, pracując tak ciężko, nie mam z tego nic dla siebie, wszystko idzie na utrzymanie domu, rodziny itd. Planowałam zrobić sobie nagrodę i w czerwcu pojechać na 3 dni do spa, ale okazało się, że nigdzie nie pojadę, bo pieniądze będą potrzebne na życie. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam u kosmetyczki. Przyznaję, święta nie jestem, potrafię bardzo skutecznie przepieprzyć pieniądze nie wiadomo na co, czasami popadam w kompulsywne kupowanie wydając bez sensu pieniądze na rzeczy, które nie są mi do niczego potrzebne. Ale to są drobiazgi, jakieś nieprzemyślane kosmetyki, niezbyt twarzowe ubrania, buty, których później nie noszę bo są niewygodne. A on? Samochód! Zrobiło się nieprzyjemnie, wręcz krucho. Długi czas nie rozmawialiśmy ze sobą, w końcu nasi zaniepokojeni przyjaciele wtrącili się w tę sytuację i w sumie dobrze, bo impas został przełamany i trochę pogadaliśmy tak szczerze, zobaczymy jak będzie. Nie jest kolorowo, ale trochę życzliwiej, może będzie lepiej...

A w pracy...szkoda słów. Miałam koszmarne 1,5 miesiąca. Pracowałam przy bardzo dużym projekcie, który mnie wykończył psychicznie i fizycznie. Praca po nocach stałą się normą (oczywiście obok pracy w ciągu dnia, żeby się wyrobić). Kierownikiem projektu była moja koleżanka i okazało się, że ta współpraca nie należała do łatwych, a nawet można powiedzieć, że była okropna. Wcześniej tylko raz pracowałyśmy razem i też nie było idealnie, ale to co się działo teraz... Ciągnęłam ostatkiem sił. W dniu, który był apogeum, pracowałam prawie 13 godzin (czas zarejestrowany w programie do rozliczania czasu pracy jako konkretne czynności, które wykonywałam, a nie popijanie kawki i śniadanko za biurkiem). Dodatkowo odezwało się niedoleczone zapalenie oskrzeli więc myślałam, że płuca wypluję, ale o L4 nie mogło być mowy. No i efekt był taki, że w tym całym kieracie, tym zapieprzaniu bez opamiętania, przerżnęłam termin na wniesienie zażalenia w jednej sprawie. Zapomniałam o tym. Jeszcze dwa dni przed upływem terminu zleciłam aplikantowi żeby mi przygotował projekt zażalenia, on przesłał mi go w nocy dzień przed terminem, widziałam to bo pracowałam do późna, a od samego rana (to był właśnie ten dzień - apogeum) po prostu robiłam wszystko żeby zamknąć ten mój cholerny projekt. I na śmierć zapomniałam o zażaleniu.
To w sumie nie było nic istotnego, nic, co przyniosłoby szkodę klientowi, czysta formalność, przedłużenie postępowania. Ale nie zrobiłam tego, chociaż powinnam była. No i nie wiem co teraz będzie. Od razu zgłosiłam sprawę mojej przełożonej i kierowniczce prawników od tego klienta. Obie stwierdziły, że przecież każdemu mogło się zdarzyć, no ale że jest to pewien realny problem bo co powie na to zarząd. Ja jestem ciekawa co powiedzą na to moi szefowie... Liczę się z tym, że podejmą decyzję, że jednak nie zostanę wspólnikiem. Właściwie nie wiem czy rzeczywiście tego chcę, no ale to jednak wstyd gdy ktoś zadecyduje za mnie i to z powodu popełnionego przeze mnie fuck upa. Za takie rzeczy można stracić pracę. Mam nadzieję, że mnie to nie spotka i sprawa jakoś rozejdzie się po kościach, niemniej jednak wcale nie musi tak być. Ta sytuacja całkowicie podkopała moją wiarę w siebie, załamałam się. Nie na zewnątrz, tak w środku. Nie mam do siebie za grosz zaufania już teraz. Cały czas mi się wydaję, że gdzieś coś zaniedbałam lub za chwilę zaniedbam. Niezależnie od tego przyznaję, że liczyłam na jakąś premię za ten projekt, liczyłam, że szefowie docenią ten cały mój nadludzki wysiłek i rzucą trochę więcej kasy, ale w tej sytuacji nie będzie o tym mowy. Jednym, głupkowatym zaniechaniem niejako przekreśliłam trud ostatnich tygodni.

W dzień oddania projektu chłopak, z którym współpracowałam, dostał ataku padaczki. Wyszłam na chwilę z pokoju zrobić sobie kawę, jak wróciłam, to to już się działo. Boże...nie macie pojęcia jak mnie to poskładało. Nigdy wcześniej nie widziałam ataku epilepsji, koszmarny widok. Na szczęście sekretarka zawołana przeze mnie na pomoc, wiedziała jak się zachować (ja nie wiedziałam) i doprowadziła tego chłopaka do porządku. A on otrząsnął się i pracował dalej. Taka okrutna robota. Jak wróciłam wieczorem do domu, wypiłam sporo wina, rozkleiłam się kompletnie. Cały czas myślałam co by było, gdyby chłopakowi coś się stało.

Przez cały ten czas, brałam antybiotyki z powodu mojego zapalenia oskrzeli. Nie pomogły, więc po oddaniu projektu poszłam do lekarza, a lekarka stwierdziła, że prawdopodobnie mam zapalenie płuc i wysłała mnie na rtg. Dostałam kolejny antybiotyk i jakoś postawił mnie na nogi, rtg wykazało, że w płucach jest okej i nie mam zapalenia, ale i tak lekarka powiedziała, że nie ma możliwości bym tym razem nie poszła na zwolnienie. Kazała siedzieć w domu i odpoczywać. Spędziłam w domu teoretycznie 4 dni, ale już w piątek musiałam przyjechać do pracy na telekonferencję z kobietą z USA (nie można było tego przełożyć), a przez ten cały czas, w ograniczonym zakresie, ale jednak trochę zajmowałam się robotą. Ale i tak się ciesze, że chociaż przez chwilę mogłam troszeczkę odsapnąć.

Niestety ostatnie dwa tygodnie nie ćwiczyłam nic a nic, bo po pierwsze nie miałam czasu, a po drugie jak człowiek jest chory, to bez sensu się dodatkowo forsować. Teraz mam lekkie poczucie winy, ale w tym tygodniu postaram się zrehabilitować :)

Nie mogę doczekać się urlopu, a z drugiej strony bardzo się boję telefonów od szefa bo on nie ma z tym problemu. Dobrze, że dzieciaki zdrowotnie w miarę się trzymają, chociaż Pupu od tygodnia kasła i ma okropny katar, no ale może jakoś uda się to opanować.