Otrzymałam wreszcie ten awans. Wszyscy mi gratulują, ale ja podchodzę do sprawy spokojnie. Wiem, że tak naprawdę to nie jest żaden szał. Zresztą kulisy tego wydarzenia - jak wiecie - były dość burzliwe i niezbyt dla mnie miłe. Poza tym mam przecież swój plan. Nie czuję się, jakbym osiągnęła życiowy sukces. To jeszcze nie to ;)
Tymczasem czas wielki by pomyśleć o wakacjach. 9 tygodni bez szkoły to dla zapracowanych rodziców olbrzymie wyzwanie organizacyjne, finansowe i logistyczne. Nie wyobrażam sobie jak w takiej sytuacji postępują ci, którzy nie mogą liczyć na pomoc rodziny czy znajomych, a nie dysponują nie wiadomo jaką gotówką.
Na razie zabukowałam dla Mysi obóz pływacki (1 tydzień) i 2 turnusy półkolonii, my będziemy mieć 2 tygodnie urlopu w sierpniu, więc 5 tygodni jest zagospodarowane. Ku mojemu zdziwieniu, mama zadeklarowała bez proszenia i nacisków z mojej strony, że przez 2 ostatnie tygodnie lipca oraz 1,5 ostatniego tygodnia sierpnia może zająć się dzieckami, więc jestem przeszczęśliwa! Jakoś damy radę.
Na wakacje jedziemy nad morze, do Dąbek. Nie znoszę Dąbek ani w ogóle nadmorskich miejscowości z tymi cholernymi straganami, cymbergajami i kręconymi frytkami, ale dzieci nam co chwilę chorują, a nadmorskie powietrze, w szczególności dąbeckie (Dąbki mają status uzdrowiska) podobno bardzo korzystnie wpływa na górne drogi oddechowe. Poza tym nasi znajomi poznani w zeszłym roku też jadą, dlatego ostatecznie się zdecydowaliśmy.
Może za rok, jak będziemy wolni od debetów i kart kredytowych, uda się znowu pojechać do Chorwacji...
wtorek, 10 maja 2016
środa, 27 kwietnia 2016
Meteopatia
Już nie mogę z tą cholerną pogodą.
Jakiś czas temu mój kolega stwierdził, że już nie może z tą cholerną pogodą. Starałam się go przekonać, powołując się na refleksje A. Stasiuka, że taka różnorodność nie jest zła i można z niej czerpać pewne pozytywne wrażenia, jak na przykład wtedy, gdy po deszczu i temperaturze 8 stopni, robi się słońce i 19 stopni. Wszyscy się cieszą.
Ale Stasiuk nie ma racji jeśli chodzi o pogodę. Pogoda w Tymkraju mnie po prostu wykańcza, rujnuje psychicznie i prowadzi ku rozpaczy. Rację ma Kazik Staszewski śpiewając, że
Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca.
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy
Gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to Polski Złoty
Musiałam wyciągnąć z szafy zimowo-jesienne ciuchy, bo tych kilka dni z temperaturą około 20 stopni, to była taka chwilowa ściema. Nie mogę uwierzyć, że w niedzielę 17 kwietnia w Kazimierzu Dolnym chodziłam w krótkim rękawku i było mi BARDZO ciepło przy 23 stopniach. A teraz, w dniu 27 kwietnia o godzinie 11, temperatura wynosi 4 stopnie. 4!!!! No dobra, jest słońce, chociaż tyle. Jakby było do tego pochmurno chyba bym wyskoczyła przez okno.
Jakiś czas temu mój kolega stwierdził, że już nie może z tą cholerną pogodą. Starałam się go przekonać, powołując się na refleksje A. Stasiuka, że taka różnorodność nie jest zła i można z niej czerpać pewne pozytywne wrażenia, jak na przykład wtedy, gdy po deszczu i temperaturze 8 stopni, robi się słońce i 19 stopni. Wszyscy się cieszą.
Ale Stasiuk nie ma racji jeśli chodzi o pogodę. Pogoda w Tymkraju mnie po prostu wykańcza, rujnuje psychicznie i prowadzi ku rozpaczy. Rację ma Kazik Staszewski śpiewając, że
Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca.
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy
Gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to Polski Złoty
Musiałam wyciągnąć z szafy zimowo-jesienne ciuchy, bo tych kilka dni z temperaturą około 20 stopni, to była taka chwilowa ściema. Nie mogę uwierzyć, że w niedzielę 17 kwietnia w Kazimierzu Dolnym chodziłam w krótkim rękawku i było mi BARDZO ciepło przy 23 stopniach. A teraz, w dniu 27 kwietnia o godzinie 11, temperatura wynosi 4 stopnie. 4!!!! No dobra, jest słońce, chociaż tyle. Jakby było do tego pochmurno chyba bym wyskoczyła przez okno.
piątek, 22 kwietnia 2016
Egzamin
Byłam we wtorek na rozmowie rekrutacyjnej i był to absolutny koszmar. Po pierwsze - rozmowa miała charakter wideokonferencji. Niestety na łączach występowały liczne problemy techniczne co znacząco obniżało komfort komunikacji. Po drugie - musiałam mówić po angielsku. W CV wpisuję, że mój angielski jest na poziomie średniozaawansowanym w mowie i zaawansowanym w piśmie, ale mimo tylu lat nauki, ciągle mam olbrzymią blokadę przy mówieniu. Tzn. z moim nauczycielem gadam bez problemu, ale rozmowa rekrutacyjna to jednak nie to samo. No ale jak trzeba to trzeba. Dostałam pytanie czy wolę pracować samodzielnie czy w zespole oraz czy pełniłam funkcję supervisora. Zaprezentowałam się zgoła przepięknie (w firmie przyjęto filozofię pracy zespołowej) mówiąc, że wolę pracować samodzielnie, gdyż mam złe doświadczenia z pracą w zespołach bo pracując z aplikantami ciągle muszę po nich poprawiać. Nie za bardzo mogłam znaleźć właściwe słowa tak na szybko, żeby powiedzieć to co chcę, więc plotłam jakieś kompletne bzdury i w efekcie objechałam tych nieszczęsnych aplikantów, chociaż tak naprawdę wcale nie są tacy źli. Strasznie słabo to wyszło. Pani zapytała z niepokojem czy w ogóle mam bezpośredni kontakt z klientami (pewnie pomyślała, że jestem socjopatką).
Następnie dostałam do rozwiązania zadania. "Naprawdę nic skomplikowanego, pewnie robi to pani na co dzień". Uhm...jasne... Na co dzień nie zajmuję się spółkami komandytowymi, w których komplementariuszem jest zarząd powierniczy złożony z dwóch maltańskich spółek (WTF??). Po głębszym zastanowieniu (i szybkim skorzystaniu z googla w telefonie - swoją drogą ciekawe czy byłam obserwowana) doszłam do wniosku (nie wiem czy słusznego ;), że zarząd powierniczy nie może być komplementariuszem, więc pytanie miało charakter podchwytliwy. Z kolejnymi pytaniami poszło mi nieco lepiej, ale nie zajmując się spółkami na co dzień, nie jestem orłem, zwłaszcza jeśli chodzi o spółkę komandytową (dobrze, że nie dali komandytowo-akcyjnej). Zawsze posługuję się kodeksem gdy muszę coś zrobić z zakresu spraw korporacyjnych, więc czułam się niepewnie.
Później miałam na angielski przetłumaczyć pełnomocnictwo do otwarcia i zarządzania rachunkiem bankowym. Niby łatwa sprawa, ale było tam dużo wyrażeń, których nie potrafiłam przetłumaczyć dosłownie, więc tłumaczyłam inaczej, ale żeby oddać sens. Np. była mowa o dysponowaniu środkami ulokowanymi gdzieś tam-gdzieś tam itd.
A trzecie zadanie to w ogóle był hicior, gdyż dostałam opisany stan faktyczny ze strukturą podmiotów i zadanie - wskazać czynności (wraz z harmonogramem) i dokumenty potrzebne do przeprowadzenia transakcji, która doprowadzi do osiągnięcia założonego celu. Były chyba ze cztery spółki, w tym cypryjska, słowacka i polska oraz różne osoby fizyczne, nieruchomość itd. Zadanie miałam wykonać w języku angielskim. No i wykonałam, ale nie całe, gdyż nie starczyło mi czasu, ponieważ to wszystko robiłam ręcznie, a mając charakter pisma raczej lekarski dwukrotnie wszystko przepisywałam bojąc się, że nikt nie będzie się mógł doczytać tych moich bazgrołów. No i końcowej części zadania, tzn. wskazania potrzebnych pytań do zagranicznych kancelarii, sądów, rejestrów i organów, po prostu nie zrobiłam.
Siedziałam tam ponad 2 godziny i jak wyszłam, byłam zupełnie rozjechana i wkurzona, że tyle czasu straciłam. No i ciągle w szoku, że tak mogą wyglądać rozmowy rekrutacyjne na stanowisko radcy prawnego. Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Tzn. miałam rozmowy po angielsku, ale jeśli już dostawałam zadanie na sprawdzenie kompetencji (stało się tak dwukrotnie w całej mojej świetlanej karierze) to do wykonania w domu - np. jakąś umowę do zaopiniowania albo pismo procesowe do napisania w jakiejś sprawie, a nie takie gówna.
Jak rozmawiałam o tym z koleżankami to one też były w szoku i wręcz pojawiły się głosy, że po prostu wyszłyby z "rozmowy" po otrzymaniu takich fantastycznych zadań.
Dzisiaj mam kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że nie będzie równie szałowa ;). Zresztą na początku maja mam w końcu zostać wspólnikiem, więc już mi specjalnie nie zależy, raczej idę żeby sprawdzić jak to jest i jakie są w ogóle moje szanse na rynku. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że kiepsko to wygląda, więc chyba muszę brać co jest ;)
Następnie dostałam do rozwiązania zadania. "Naprawdę nic skomplikowanego, pewnie robi to pani na co dzień". Uhm...jasne... Na co dzień nie zajmuję się spółkami komandytowymi, w których komplementariuszem jest zarząd powierniczy złożony z dwóch maltańskich spółek (WTF??). Po głębszym zastanowieniu (i szybkim skorzystaniu z googla w telefonie - swoją drogą ciekawe czy byłam obserwowana) doszłam do wniosku (nie wiem czy słusznego ;), że zarząd powierniczy nie może być komplementariuszem, więc pytanie miało charakter podchwytliwy. Z kolejnymi pytaniami poszło mi nieco lepiej, ale nie zajmując się spółkami na co dzień, nie jestem orłem, zwłaszcza jeśli chodzi o spółkę komandytową (dobrze, że nie dali komandytowo-akcyjnej). Zawsze posługuję się kodeksem gdy muszę coś zrobić z zakresu spraw korporacyjnych, więc czułam się niepewnie.
Później miałam na angielski przetłumaczyć pełnomocnictwo do otwarcia i zarządzania rachunkiem bankowym. Niby łatwa sprawa, ale było tam dużo wyrażeń, których nie potrafiłam przetłumaczyć dosłownie, więc tłumaczyłam inaczej, ale żeby oddać sens. Np. była mowa o dysponowaniu środkami ulokowanymi gdzieś tam-gdzieś tam itd.
A trzecie zadanie to w ogóle był hicior, gdyż dostałam opisany stan faktyczny ze strukturą podmiotów i zadanie - wskazać czynności (wraz z harmonogramem) i dokumenty potrzebne do przeprowadzenia transakcji, która doprowadzi do osiągnięcia założonego celu. Były chyba ze cztery spółki, w tym cypryjska, słowacka i polska oraz różne osoby fizyczne, nieruchomość itd. Zadanie miałam wykonać w języku angielskim. No i wykonałam, ale nie całe, gdyż nie starczyło mi czasu, ponieważ to wszystko robiłam ręcznie, a mając charakter pisma raczej lekarski dwukrotnie wszystko przepisywałam bojąc się, że nikt nie będzie się mógł doczytać tych moich bazgrołów. No i końcowej części zadania, tzn. wskazania potrzebnych pytań do zagranicznych kancelarii, sądów, rejestrów i organów, po prostu nie zrobiłam.
Siedziałam tam ponad 2 godziny i jak wyszłam, byłam zupełnie rozjechana i wkurzona, że tyle czasu straciłam. No i ciągle w szoku, że tak mogą wyglądać rozmowy rekrutacyjne na stanowisko radcy prawnego. Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Tzn. miałam rozmowy po angielsku, ale jeśli już dostawałam zadanie na sprawdzenie kompetencji (stało się tak dwukrotnie w całej mojej świetlanej karierze) to do wykonania w domu - np. jakąś umowę do zaopiniowania albo pismo procesowe do napisania w jakiejś sprawie, a nie takie gówna.
Jak rozmawiałam o tym z koleżankami to one też były w szoku i wręcz pojawiły się głosy, że po prostu wyszłyby z "rozmowy" po otrzymaniu takich fantastycznych zadań.
Dzisiaj mam kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że nie będzie równie szałowa ;). Zresztą na początku maja mam w końcu zostać wspólnikiem, więc już mi specjalnie nie zależy, raczej idę żeby sprawdzić jak to jest i jakie są w ogóle moje szanse na rynku. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że kiepsko to wygląda, więc chyba muszę brać co jest ;)
sobota, 9 kwietnia 2016
Na rozdrożu
Wielokrotnie pisałam o swoim poczuciu zagubienia, braku satysfakcji z pracy, o tym, że praca mnie nie uszczęśliwia, raczej jest źródłem stresu, smutku, ale też - na szczęście - pieniędzy i to tylko one mnie w niej trzymają.
Wiecie też, że od dłuższego czasu wysyłam swoje zgłoszenia, szukam czegoś innego, innego miejsca do pracy. Byłam na dwóch rozmowach (w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy), co obrazuje jak kiepsko wygląda rynek. Jednak ostatnia rozmowa, w kancelarii chłopaków z mojego roku, uświadomiła mi, że naprawdę nie chcę już pracować dla kogoś. Wiem, że zabrzmi to słabo i zawistnie, ale pomyślałam sobie, że to oni są tam, gdzie ja chciałam i nadal chciałabym być. Zaczynaliśmy z tego samego pułapu, a nawet w zasadzie to ja, jako pierwsza na roku, obroniłam się by zdawać na aplikację jeszcze w tym samym roku, w którym skończyłam studia. Zatem o rok wcześniej nabyłam uprawnienia zawodowe, jestem też o rok młodsza od reszty ludzi z moich studiów, bo poszłam rok wcześniej do szkoły. Byłam więc dwa lata do przodu. Pamiętam jaka byłam dumna, gdy mając 27 lat zostałam radcą prawnym. I co? Nic, zmarnowałam to bo było mi bardzo wygodnie pracować dla kogoś i nie byłam w stanie podjąć ryzyka. Nie myślałam długofalowo, tylko płynęłam z prądem. Wiadomo, że w pierwszym okresie kariery zawodowej praca u kogoś jest niezbędna, żeby nabyć doświadczeń, ale ja przegapiłam moment, kiedy trzeba było "iść na swoje" i utknęłam w pułapce myślenia, że sama nigdy niczego nie osiągnę i że mam jeszcze czas.
Te chłopaki, u których byłam na rozmowie, zbudowali fantastyczną kancelarię, a wiem, że merytorycznie wcale nie są lepsi ode mnie. Tylko co z tego?? Po co mi były te lata pracy dla kogoś, skoro nadal, ciągle, jestem tylko czyimś "wyrobnikiem"? Mam 36 lat, powoli zbliża się moment, kiedy człowiek chciałby zacząć zwalniać, poświęcać więcej czasu sobie i rodzinie, odcinać kupony od tego wysiłku, który włożył w swoje wykształcenie i zdobywanie doświadczenia. Ale ja na razie tego na horyzoncie nie widzę. W gruncie rzeczy zawodowo niewiele osiągnęłam, chociaż moje CV z pewnością wzbudza zainteresowanie.
Rozmawiałam ostatnio z kilkoma przyjaznymi mi osobami i w czasie tych rozmów oraz refleksji po nich zaczął wyłaniać się wniosek, że dalej już tak nie mogę. MUSZĘ zacząć działać. Muszę zaplanować co dalej i zacząć konsekwentnie do tego dążyć. Dodatkowo na blogu Michała Szafrańskiego trafiłam na taki podcast: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/priorytety-30-latka-zycie-kariera-finanse i wysłuchanie go (zwłaszcza punkt 12 i 13) skłoniło mnie do napisania tego posta.
Za parę lat będę pracować dla siebie. To się musi udać. W tej chwili, w obecnej sytuacji, z kilkudziesięciotysięcznym zadłużeniem takie postanowienie brzmi dość abstrakcyjnie, ale posiadanie jasnego celu ułatwi mi zadanie. Podejrzewam, że moja niechęć do prawa i prawniczej roboty wcale nie bierze się stąd, że nie lubię swojego zawodu. Podejrzewam, że jestem zawodowo wypalona przez to, że ciągle towarzyszy mi uczucie, iż niewiele osiągnęłam, a z owoców mojej pracy czerpią pełnymi garściami inni, a nie ja i moja rodzina.
Do końca bieżącego roku chciałabym spłacić:
- debet w ROR (9k)
- dług u mamy (zostało 3k z 12,8)
- kredyt, który zaciągnęłam na remont mieszkania (zostało 2k z 50k).
Zostanie mi leasing i jeden kredyt konsumpcyjny (na ok. 4k z 7k). Leasingu nie mogę nadpłacać, natomiast gdyby wpadły jakieś dodatkowe pieniądze ze zleceń może udałoby się spłacić jeszcze ten kredyt konsumpcyjny. Wówczas w 2017 roku mogłabym zacząć budować poduszkę finansową z prawdziwego zdarzenia.
Mąż musi w tym roku spłacić swoje zadłużenie na kartach i zostanie mu kredyt na samochód, ale tutaj planowanie jeszcze muszę dopracować. Musimy usiąść i poprzeliczać wszystko oraz ustalić porządnie w jakiej kolejności spłacamy.
Jak w 2016 roku uda nam się pozbyć większości długów to rok 2017 będzie rokiem prawdziwego oszczędzania - odkładania pieniędzy na poduszkę finansową. Wtedy, w połowie roku 2018 mogłabym porzucić pracę dla innych i podjąć ryzyko pracy na własnym. Za dwa lata. Trzymajcie za mnie kciuki, bo za 2 lata chcę Wam tu napisać, że otwieram swoją kancelarię.
Oczywiście, boję się, że w tym czasie stracę pracę ja albo Myszkin i cały plan się obróci wniwecz, ale jakiś plan przecież trzeba mieć, prawda?
P.S. 1 Na początku maja mam wreszcie dostać awans w pracy, ten obiecany, który miał być w styczniu. Zostanę wtedy wspólniczką w mojej aktualnej pracy. W ogóle nie traktuję tego w kategoriach sukcesu, bo to wspólnictwo jest symboliczne i może być tak, że koszty (skoro jestem wspólnikiem to muszę być dostępna 24/7) przewyższą korzyści (symboliczny udział w zyskach kancelarii) i ta sytuacja kompletnie zatruje mi życie. Ale zacisnę zęby i postaram się dać radę i temu sprostać.
P.S. 2 Nie myślcie proszę, że uprawiam tu jakąś reklamę Michała Szafrańskiego i jego bloga. Ten facet jest naprawdę inspirujący i myślę, że mogę sporo mu zawdzięczać.
Wiecie też, że od dłuższego czasu wysyłam swoje zgłoszenia, szukam czegoś innego, innego miejsca do pracy. Byłam na dwóch rozmowach (w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy), co obrazuje jak kiepsko wygląda rynek. Jednak ostatnia rozmowa, w kancelarii chłopaków z mojego roku, uświadomiła mi, że naprawdę nie chcę już pracować dla kogoś. Wiem, że zabrzmi to słabo i zawistnie, ale pomyślałam sobie, że to oni są tam, gdzie ja chciałam i nadal chciałabym być. Zaczynaliśmy z tego samego pułapu, a nawet w zasadzie to ja, jako pierwsza na roku, obroniłam się by zdawać na aplikację jeszcze w tym samym roku, w którym skończyłam studia. Zatem o rok wcześniej nabyłam uprawnienia zawodowe, jestem też o rok młodsza od reszty ludzi z moich studiów, bo poszłam rok wcześniej do szkoły. Byłam więc dwa lata do przodu. Pamiętam jaka byłam dumna, gdy mając 27 lat zostałam radcą prawnym. I co? Nic, zmarnowałam to bo było mi bardzo wygodnie pracować dla kogoś i nie byłam w stanie podjąć ryzyka. Nie myślałam długofalowo, tylko płynęłam z prądem. Wiadomo, że w pierwszym okresie kariery zawodowej praca u kogoś jest niezbędna, żeby nabyć doświadczeń, ale ja przegapiłam moment, kiedy trzeba było "iść na swoje" i utknęłam w pułapce myślenia, że sama nigdy niczego nie osiągnę i że mam jeszcze czas.
Te chłopaki, u których byłam na rozmowie, zbudowali fantastyczną kancelarię, a wiem, że merytorycznie wcale nie są lepsi ode mnie. Tylko co z tego?? Po co mi były te lata pracy dla kogoś, skoro nadal, ciągle, jestem tylko czyimś "wyrobnikiem"? Mam 36 lat, powoli zbliża się moment, kiedy człowiek chciałby zacząć zwalniać, poświęcać więcej czasu sobie i rodzinie, odcinać kupony od tego wysiłku, który włożył w swoje wykształcenie i zdobywanie doświadczenia. Ale ja na razie tego na horyzoncie nie widzę. W gruncie rzeczy zawodowo niewiele osiągnęłam, chociaż moje CV z pewnością wzbudza zainteresowanie.
Rozmawiałam ostatnio z kilkoma przyjaznymi mi osobami i w czasie tych rozmów oraz refleksji po nich zaczął wyłaniać się wniosek, że dalej już tak nie mogę. MUSZĘ zacząć działać. Muszę zaplanować co dalej i zacząć konsekwentnie do tego dążyć. Dodatkowo na blogu Michała Szafrańskiego trafiłam na taki podcast: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/priorytety-30-latka-zycie-kariera-finanse i wysłuchanie go (zwłaszcza punkt 12 i 13) skłoniło mnie do napisania tego posta.
Do końca bieżącego roku chciałabym spłacić:
- debet w ROR (9k)
- dług u mamy (zostało 3k z 12,8)
- kredyt, który zaciągnęłam na remont mieszkania (zostało 2k z 50k).
Zostanie mi leasing i jeden kredyt konsumpcyjny (na ok. 4k z 7k). Leasingu nie mogę nadpłacać, natomiast gdyby wpadły jakieś dodatkowe pieniądze ze zleceń może udałoby się spłacić jeszcze ten kredyt konsumpcyjny. Wówczas w 2017 roku mogłabym zacząć budować poduszkę finansową z prawdziwego zdarzenia.
Mąż musi w tym roku spłacić swoje zadłużenie na kartach i zostanie mu kredyt na samochód, ale tutaj planowanie jeszcze muszę dopracować. Musimy usiąść i poprzeliczać wszystko oraz ustalić porządnie w jakiej kolejności spłacamy.
Jak w 2016 roku uda nam się pozbyć większości długów to rok 2017 będzie rokiem prawdziwego oszczędzania - odkładania pieniędzy na poduszkę finansową. Wtedy, w połowie roku 2018 mogłabym porzucić pracę dla innych i podjąć ryzyko pracy na własnym. Za dwa lata. Trzymajcie za mnie kciuki, bo za 2 lata chcę Wam tu napisać, że otwieram swoją kancelarię.
Oczywiście, boję się, że w tym czasie stracę pracę ja albo Myszkin i cały plan się obróci wniwecz, ale jakiś plan przecież trzeba mieć, prawda?
P.S. 1 Na początku maja mam wreszcie dostać awans w pracy, ten obiecany, który miał być w styczniu. Zostanę wtedy wspólniczką w mojej aktualnej pracy. W ogóle nie traktuję tego w kategoriach sukcesu, bo to wspólnictwo jest symboliczne i może być tak, że koszty (skoro jestem wspólnikiem to muszę być dostępna 24/7) przewyższą korzyści (symboliczny udział w zyskach kancelarii) i ta sytuacja kompletnie zatruje mi życie. Ale zacisnę zęby i postaram się dać radę i temu sprostać.
P.S. 2 Nie myślcie proszę, że uprawiam tu jakąś reklamę Michała Szafrańskiego i jego bloga. Ten facet jest naprawdę inspirujący i myślę, że mogę sporo mu zawdzięczać.
środa, 30 marca 2016
Koniec miesiąca
Koniec miesiąca, a ja mam jeszcze mnóstwo pieniędzy! Wszystko dzięki budżetowi i żelaznej woli, która trzyma mi kaganiec na pysku. Schody zaczną się w kwietniu bo muszę zrobić przegląd samochodu i zapłacić ubezpieczenie za cały rok. Jeśli nie będę mieć dodatkowego zlecenia, może być problem. A nie chcę naruszać dopiero co wypracowanych oszczędności.
Póki co, dzięki przychodom z dodatkowych zleceń, udało się nam dobić do końca miesiąca z poczuciem spokoju i odłożyć parę ładnych groszy na czarną godzinę. To wielka satysfakcja i wielkie szczęście. Nawet nie mam już poczucia krzywdy, że wszystkiego muszę sobie odmawiać, tylko raczej jestem dumna, że się za to wszystko wzięłam i daję radę opierać się WSZYSTKIM pokusom.
Z mężem też lepiej, również ogląda "mój" kurs i stosuje się do zaleceń. Cieszy mnie to bardzo.
Cały czas zastanawiam się jak to wszystko jeszcze bardziej zoptymalizować. Jeżeli macie jakieś sposoby na oszczędności - dawajcie znać. Ja, póki co, poza oczywiście całkowitym zaprzestaniem czynienia większych zakupów w stylu ciuchy, buty czy kosmetyki, zrezygnowałam zupełnie z jedzenia i kawek "na mieście". Do pracy zabieram ze sobą kanapki lub to co zostało z obiadu poprzedniego dnia. Niczego nie kupuję specjalnie na śniadanie do pracy. W ogóle przestaliśmy jeść poza domem, tzn. w restauracjach. Zrezygnowaliśmy też np. z kupowania gotowego ciasta na pizzę, robimy sami - jest dużo lepsze i wychodzi taniej (polecam przepis na wielkapysznosc.pl - rewelacja).
W kwietniu jedyną ekstrawagancją, poza przeglądem i ubezpieczeniem auta, będzie mysiowa impreza urodzinowa w małpim gaju. Nie miałam serca odmówić, ona tak bardzo się cieszyła, że zaprosi masę koleżanek i kolegów. No i mój wyjazd na szkolenie. 4 dni w Kazimierzu Dolnym!! JUż nie mogę się doczekać!
Oprócz poszukiwania oszczędności w bieżącym życiu, cały czas szukam nowej pracy. Ściągnęłam dzisiaj raport na temat zarobków z pracuj.pl i wychodzi na to, że moje są przeciętne. Nie ukrywam, że trochę mnie to zdołowało. Szukam tej pracy już prawie 3 miesiące i byłam na JEDNEJ rozmowie, z której i tak nic nie wyszło, co też mnie dołuje. Nie jest łatwo. Na razie jestem więc skazana na obecne zajęcie, które doskwiera mi coraz bardziej. Mam wrażenie, że już wszyscy, łącznie z sekretarką, traktują mnie jak ostatnie popychadło. Wiem, że to myślenie jest trochę przesadzone, ale ostatnie wydarzenia naprawdę dały mi sporo do myślenia. Czara się napełnia coraz bardziej, problem w tym, że wszystko wskazuje na to, iż jak w końcu padnie ta decydująca kropla, nie będę miała dokąd pójść :(
Póki co, dzięki przychodom z dodatkowych zleceń, udało się nam dobić do końca miesiąca z poczuciem spokoju i odłożyć parę ładnych groszy na czarną godzinę. To wielka satysfakcja i wielkie szczęście. Nawet nie mam już poczucia krzywdy, że wszystkiego muszę sobie odmawiać, tylko raczej jestem dumna, że się za to wszystko wzięłam i daję radę opierać się WSZYSTKIM pokusom.
Z mężem też lepiej, również ogląda "mój" kurs i stosuje się do zaleceń. Cieszy mnie to bardzo.
Cały czas zastanawiam się jak to wszystko jeszcze bardziej zoptymalizować. Jeżeli macie jakieś sposoby na oszczędności - dawajcie znać. Ja, póki co, poza oczywiście całkowitym zaprzestaniem czynienia większych zakupów w stylu ciuchy, buty czy kosmetyki, zrezygnowałam zupełnie z jedzenia i kawek "na mieście". Do pracy zabieram ze sobą kanapki lub to co zostało z obiadu poprzedniego dnia. Niczego nie kupuję specjalnie na śniadanie do pracy. W ogóle przestaliśmy jeść poza domem, tzn. w restauracjach. Zrezygnowaliśmy też np. z kupowania gotowego ciasta na pizzę, robimy sami - jest dużo lepsze i wychodzi taniej (polecam przepis na wielkapysznosc.pl - rewelacja).
W kwietniu jedyną ekstrawagancją, poza przeglądem i ubezpieczeniem auta, będzie mysiowa impreza urodzinowa w małpim gaju. Nie miałam serca odmówić, ona tak bardzo się cieszyła, że zaprosi masę koleżanek i kolegów. No i mój wyjazd na szkolenie. 4 dni w Kazimierzu Dolnym!! JUż nie mogę się doczekać!
Oprócz poszukiwania oszczędności w bieżącym życiu, cały czas szukam nowej pracy. Ściągnęłam dzisiaj raport na temat zarobków z pracuj.pl i wychodzi na to, że moje są przeciętne. Nie ukrywam, że trochę mnie to zdołowało. Szukam tej pracy już prawie 3 miesiące i byłam na JEDNEJ rozmowie, z której i tak nic nie wyszło, co też mnie dołuje. Nie jest łatwo. Na razie jestem więc skazana na obecne zajęcie, które doskwiera mi coraz bardziej. Mam wrażenie, że już wszyscy, łącznie z sekretarką, traktują mnie jak ostatnie popychadło. Wiem, że to myślenie jest trochę przesadzone, ale ostatnie wydarzenia naprawdę dały mi sporo do myślenia. Czara się napełnia coraz bardziej, problem w tym, że wszystko wskazuje na to, iż jak w końcu padnie ta decydująca kropla, nie będę miała dokąd pójść :(
poniedziałek, 21 marca 2016
Walka i praca
Coraz dalej brnę w kurs Michała Szafrańskiego, dzisiaj czeka mnie dzień 12. I szczerze mówiąc jestem bardzo mocno zmotywowana. Może nawet trochę za bardzo ;) Wyjdzie na to, że z lekkoducha z luzackim stosunkiem do pieniędzy stanę się ostatnią sknerą. Ale faktem jest, że (przynajmniej na razie) dużo większą satysfakcję mam z tego, że zbudowałam fundusz awaryjny i odłożyłam na fundusz wydatków nieregularnych, niż z "zainwestowania" dodatkowego pieniądza - jak czyniłam onegdaj - w nową parę butów czy ciuch. Jedyne szaleństwo w tym miesiącu to nowa płyta Martyny Jakubowicz - bo z autografem :)
No i dzięki materiałom na blogu Michała napisałam wreszcie "prawdziwy" budżet domowy, taki w Excelu, co to wszystko sam mi przelicza. Sumiennie wpisuję każdziutki wydatek, zbieram paragony, normalnie szał! Teraz muszę jeszcze przekonać męża by dokonał rytualnego przecięcia swoich kart kredytowych. Mam nadzieję, że wiedziony choćby poczuciem winy, dokona tego. A poczucie winy ma z czego wziąć. Ostatnio mieliśmy karczemną awanturę o pieniądze. To one stają się problemem nr 1 w naszym związku. A konkretnie kredyt na to jego cholerne, wymarzone Subaru. Pewnie pisałam już o tym, że efekt wzięcia tego kredytu jest taki, iż to ja ponoszę większą część bieżących wydatków. Gdybym nie miała dodatkowych zleceń w ogóle byśmy popłynęli. Dlatego z jednej strony czuję nóż na gardle, że muszę zarabiać, choćby nie wiem co, a z drugiej, mam poczucie krzywdy, że haruję jak wół, a dla siebie praktycznie nic z tego nie mam. Staram się jednak o tym nie myśleć, nie zagłębiać się w analizowanie przyczyn tego stanu rzeczy. Jest jak jest i trzeba coś z tym zrobić. Dobrze, że zawczasu zadbałam o to by mieć co na siebie włożyć :))) Najpierw więc spłata kart i debetów, a następnie budowanie poduszki finansowej. Do końca roku chciałabym, byśmy spłacili te zasrane karty i debety, by z początkiem 2017 r. nadwyżki finansowe (oby takie były) móc odkładać już tylko na poduszkę finansową.
A oprócz tego walczymy z chorobami. Mysia wychodzi z paskudnego zapalenia krtani, więc Pupu - rzecz jasna - zachorował na zapalenie oskrzeli. Nie ma kto się nimi zająć, kombinujemy jak można. Trochę babcie, trochę my, a dziś np. nie było wyjścia i musiałam zabrać maluchy do pracy, później lekarz, więc wieczorem trzeba było nadrobić to, czego nie zdążyłam w pracy. Oczywiście jak na złość, w pracy, zamiast spokojnie oglądać bajeczki, postanowili sobie zorganizować liczne zabawy polegające głównie na szaleńczym bieganiu i czołganiu się po podłogach, ze wznoszeniem gromkich okrzyków of kors. Słodkie dzieciaczki, naprawdę...
Staram się brzmieć dobrze, ale dwie ostatnie noce były praktycznie nieprzespane bo Pupu tak kaszlał. Czuję się jak zombie. Zresztą ciągle jestem taka zmęczona, że zasypiam już we wszelkich możliwych warunkach. Niebezpiecznie jest mi się kąpać w wannie, bo notorycznie tam zasypiam. Ostatnio zasnęłam z głową na klawiaturze, a kilka dni wcześniej, na urodzinach szwagra. I tak szczerze mówiąc, zastanawiam się czy ze mną jest coś nie w porządku, że mam za duże oczekiwania i ciągle czuję się pokrzywdzona, bo muszę pracować również wieczorami i w weekendy, a przecież jednak większość pracuje i wychowuje dzieci, czy naprawdę jestem zajechana do cna...
No i dzięki materiałom na blogu Michała napisałam wreszcie "prawdziwy" budżet domowy, taki w Excelu, co to wszystko sam mi przelicza. Sumiennie wpisuję każdziutki wydatek, zbieram paragony, normalnie szał! Teraz muszę jeszcze przekonać męża by dokonał rytualnego przecięcia swoich kart kredytowych. Mam nadzieję, że wiedziony choćby poczuciem winy, dokona tego. A poczucie winy ma z czego wziąć. Ostatnio mieliśmy karczemną awanturę o pieniądze. To one stają się problemem nr 1 w naszym związku. A konkretnie kredyt na to jego cholerne, wymarzone Subaru. Pewnie pisałam już o tym, że efekt wzięcia tego kredytu jest taki, iż to ja ponoszę większą część bieżących wydatków. Gdybym nie miała dodatkowych zleceń w ogóle byśmy popłynęli. Dlatego z jednej strony czuję nóż na gardle, że muszę zarabiać, choćby nie wiem co, a z drugiej, mam poczucie krzywdy, że haruję jak wół, a dla siebie praktycznie nic z tego nie mam. Staram się jednak o tym nie myśleć, nie zagłębiać się w analizowanie przyczyn tego stanu rzeczy. Jest jak jest i trzeba coś z tym zrobić. Dobrze, że zawczasu zadbałam o to by mieć co na siebie włożyć :))) Najpierw więc spłata kart i debetów, a następnie budowanie poduszki finansowej. Do końca roku chciałabym, byśmy spłacili te zasrane karty i debety, by z początkiem 2017 r. nadwyżki finansowe (oby takie były) móc odkładać już tylko na poduszkę finansową.
A oprócz tego walczymy z chorobami. Mysia wychodzi z paskudnego zapalenia krtani, więc Pupu - rzecz jasna - zachorował na zapalenie oskrzeli. Nie ma kto się nimi zająć, kombinujemy jak można. Trochę babcie, trochę my, a dziś np. nie było wyjścia i musiałam zabrać maluchy do pracy, później lekarz, więc wieczorem trzeba było nadrobić to, czego nie zdążyłam w pracy. Oczywiście jak na złość, w pracy, zamiast spokojnie oglądać bajeczki, postanowili sobie zorganizować liczne zabawy polegające głównie na szaleńczym bieganiu i czołganiu się po podłogach, ze wznoszeniem gromkich okrzyków of kors. Słodkie dzieciaczki, naprawdę...
Staram się brzmieć dobrze, ale dwie ostatnie noce były praktycznie nieprzespane bo Pupu tak kaszlał. Czuję się jak zombie. Zresztą ciągle jestem taka zmęczona, że zasypiam już we wszelkich możliwych warunkach. Niebezpiecznie jest mi się kąpać w wannie, bo notorycznie tam zasypiam. Ostatnio zasnęłam z głową na klawiaturze, a kilka dni wcześniej, na urodzinach szwagra. I tak szczerze mówiąc, zastanawiam się czy ze mną jest coś nie w porządku, że mam za duże oczekiwania i ciągle czuję się pokrzywdzona, bo muszę pracować również wieczorami i w weekendy, a przecież jednak większość pracuje i wychowuje dzieci, czy naprawdę jestem zajechana do cna...
środa, 2 marca 2016
Praca i finanse - czyli dwie kule u nogi :)
Ostro szukam pracy. Tzn. na tyle ostro, na ile to możliwe w warunkach bardzo kiepskiego rynku. Jest sporo roboty dla aplikantów i absolwentów, dla prawników z uprawnieniami i dużym doświadczeniem niekoniecznie, a jeśli już, to szukają osób o specyficznej specjalizacji i doświadczeniach zawodowych albo ze znajomością niemieckiego, którego ja nie znam ani w ząb.
Wysłałam kilka CV w różne miejsca, przy czym tak z ogłoszenia znalazłam tylko 2. Wczoraj byłam na rozmowie w firmie z branży finansowej. W sumie rozmowa sympatyczna, wrażenie pozytywne, ale raczej nic z tego nie będzie - oni szukają kogoś, kto już działał na rynkach kapitałowych (nie wspomniano o tym w ogłoszeniu), a moje doświadczenie w tych tematach jest nikłe. Oczywiście zapewniłam, że nie mam problemu z tym, żeby się uczyć nowych rzeczy, ale miałam wrażenie, że mój brak konkretnych, oczekiwanych przez nich kompetencji sprawił, że zupełnie stracili zainteresowanie mną. Spodziewałam się pytań w stylu największy sukces, największa porażka, wyzwanie itd., dlaczego chcę zmienić pracę, a żadne z nich nie padło. Tylko o oczekiwania finansowe, które prawdopodobnie wydały się im wygórowane. No nic, zobaczymy, na przełomie marca i kwietnia mają się odezwać.
Natomiast zaczęłam się wahać, mieć poważny dylemat. Bo teraz jest tak, że co miesiąc mam nienajgorszą pensję, przedszkole dla synka tuż przy pracy, bardzo korzystne warunki parkowania samochodu, nie muszę siedzieć 8h w biurze, w razie potrzeby nie ma problemu z pracą zdalną. Jest po prostu wygodnie. I zastanawiam się o co mi tak naprawdę właściwie chodzi. Czy to rzeczywiście jest tak, że zostałam potraktowana nieuczciwie, czy może problem jest we mnie, w mojej głowie? Może naprawdę mam złe nastawienie? Wygórowane oczekiwania? Faktycznie wykazuję za mało zaangażowania i chcę mieć święty spokój? Może w każdej pracy będzie mi źle, bo każda wymaga zaangażowania? Zatem kiedy i co się ze mną stało? Pracuję od 18 lat, bez przerwy, przez ten czas byłam dobrze oceniana przez pracodawców, w obydwu ciążach pracowałam do oporu, po 5-6 miesiącach macierzyńskiego wracałam do pracy, moi szefowie zawsze mogli na mnie liczyć.
Może jestem po prostu zmęczona? Wypalona? Może potrzebuję 2 miesięcy urlopu i wtedy znajdę w sobie nowe pokłady energii? I pomyślę sobie, że fantastycznie jest prowadzić kilkadziesiąt podobnych procesów, których prowadzenie aktualnie wydaje mi się robotą głupiego? Może wtedy z satysfakcją będę rozliczać klientów i analizować zestawienia??
Nieee... nigdy nie będzie mi sprawiać satysfakcji prowadzenie podobnych do siebie procesów i rozliczanie klientów oraz analizowanie zestawień. To nie moja bajka. Wolę się uczyć czegoś nowego. Robić coś... bardziej twórczego. Może w ogóle powinnam się przebranżowić? Tylko na co??
Równolegle ze wzmożeniem związanym z pracą przeżywam wzmożenie związane z finansami. Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie półtora tygodnia miałam na koncie 0 złotych, chociaż moje przychody w lutym były relatywnie wysokie. Nie wiem co się dzieje z kasą, nie wiem gdzie ona się podziewa. Postanowiłam zrobić pierwszy w życiu budżet domowy na miesiąc marzec oraz zarejestrowałam się na kurs "Jak walczyć z długami" prowadzony przez Michała Szafrańskiego (http://jakoszczedzacpieniadze.pl/). Muszę to wreszcie ogarnąć bo jestem coraz bardziej załamana. Jak można nie mieć żadnych oszczędności, mało tego - nie mieć w ogóle pieniędzy pod koniec miesiąca??? Szukałam winy w mężu, który ma lekką rękę do pieniędzy i popełnił parę kosztownych głupot. Ale wina tkwi też we mnie. Mam skłonność do tego, by niskie poczucie własnej wartości rekompensować sobie zakupami. Poza tym do tej pory przyświecała mi zasada, że przecież za tę ciężką pracę coś mi się, do cholery, od życia należy. Nagroda jakaś. Nie mówię tu o szaleńczych wydatkach, rozbijaniu się po SPA i salonach piękności, wydawaniu nie wiadomo ile na ciuchy, ale wiecie jak to jest - grosz do grosza... Nasze dzieci chodzą do płatnych placówek edukacyjnych, ale to traktuję jako inwestycję, a nie fanaberię. No ale skoro zdecydowaliśmy się ponosić koszty tej inwestycji musimy, jak się okazuje, jednak się poświęcić i zrezygnować z pewnych przyjemności.
Smutno mi trochę z tego powodu, bo mam wrażenie, że żyję tylko po to by pracować i spłacać należności. Mam jednak płomyk nadziei, że jak kiedyś spłacę debet i wreszcie coś odłożę, to wtedy będę mogła trochę popuścić paska. Teraz trzeba go mocno, bardzo mocno zacisnąć, bo po sporządzeniu budżetu na marzec okazało się, że saldo wynosi -1.116 złotych. Wydajemy więcej niż zarabiamy. Szacuję, że co najmniej przez rok muszę zapomnieć o jakichkolwiek zakupach na swoją rzecz (poza absolutnie niezbędnymi, przy czym nie mam tu na myśli nowych butów i ubrań ;), wyjazdach wakacyjnych, zwłaszcza zagranicznych. Teraz nas na to nie stać. Najgorsze jest to, że pewnie postawa "sknery" wymusi ograniczenie kontaktów towarzyskich, bo one zawsze wiążą się z wydatkami. Ciekawe czy za rok będziemy jeszcze mieli przyjaciół...
Wysłałam kilka CV w różne miejsca, przy czym tak z ogłoszenia znalazłam tylko 2. Wczoraj byłam na rozmowie w firmie z branży finansowej. W sumie rozmowa sympatyczna, wrażenie pozytywne, ale raczej nic z tego nie będzie - oni szukają kogoś, kto już działał na rynkach kapitałowych (nie wspomniano o tym w ogłoszeniu), a moje doświadczenie w tych tematach jest nikłe. Oczywiście zapewniłam, że nie mam problemu z tym, żeby się uczyć nowych rzeczy, ale miałam wrażenie, że mój brak konkretnych, oczekiwanych przez nich kompetencji sprawił, że zupełnie stracili zainteresowanie mną. Spodziewałam się pytań w stylu największy sukces, największa porażka, wyzwanie itd., dlaczego chcę zmienić pracę, a żadne z nich nie padło. Tylko o oczekiwania finansowe, które prawdopodobnie wydały się im wygórowane. No nic, zobaczymy, na przełomie marca i kwietnia mają się odezwać.
Natomiast zaczęłam się wahać, mieć poważny dylemat. Bo teraz jest tak, że co miesiąc mam nienajgorszą pensję, przedszkole dla synka tuż przy pracy, bardzo korzystne warunki parkowania samochodu, nie muszę siedzieć 8h w biurze, w razie potrzeby nie ma problemu z pracą zdalną. Jest po prostu wygodnie. I zastanawiam się o co mi tak naprawdę właściwie chodzi. Czy to rzeczywiście jest tak, że zostałam potraktowana nieuczciwie, czy może problem jest we mnie, w mojej głowie? Może naprawdę mam złe nastawienie? Wygórowane oczekiwania? Faktycznie wykazuję za mało zaangażowania i chcę mieć święty spokój? Może w każdej pracy będzie mi źle, bo każda wymaga zaangażowania? Zatem kiedy i co się ze mną stało? Pracuję od 18 lat, bez przerwy, przez ten czas byłam dobrze oceniana przez pracodawców, w obydwu ciążach pracowałam do oporu, po 5-6 miesiącach macierzyńskiego wracałam do pracy, moi szefowie zawsze mogli na mnie liczyć.
Może jestem po prostu zmęczona? Wypalona? Może potrzebuję 2 miesięcy urlopu i wtedy znajdę w sobie nowe pokłady energii? I pomyślę sobie, że fantastycznie jest prowadzić kilkadziesiąt podobnych procesów, których prowadzenie aktualnie wydaje mi się robotą głupiego? Może wtedy z satysfakcją będę rozliczać klientów i analizować zestawienia??
Nieee... nigdy nie będzie mi sprawiać satysfakcji prowadzenie podobnych do siebie procesów i rozliczanie klientów oraz analizowanie zestawień. To nie moja bajka. Wolę się uczyć czegoś nowego. Robić coś... bardziej twórczego. Może w ogóle powinnam się przebranżowić? Tylko na co??
Równolegle ze wzmożeniem związanym z pracą przeżywam wzmożenie związane z finansami. Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie półtora tygodnia miałam na koncie 0 złotych, chociaż moje przychody w lutym były relatywnie wysokie. Nie wiem co się dzieje z kasą, nie wiem gdzie ona się podziewa. Postanowiłam zrobić pierwszy w życiu budżet domowy na miesiąc marzec oraz zarejestrowałam się na kurs "Jak walczyć z długami" prowadzony przez Michała Szafrańskiego (http://jakoszczedzacpieniadze.pl/). Muszę to wreszcie ogarnąć bo jestem coraz bardziej załamana. Jak można nie mieć żadnych oszczędności, mało tego - nie mieć w ogóle pieniędzy pod koniec miesiąca??? Szukałam winy w mężu, który ma lekką rękę do pieniędzy i popełnił parę kosztownych głupot. Ale wina tkwi też we mnie. Mam skłonność do tego, by niskie poczucie własnej wartości rekompensować sobie zakupami. Poza tym do tej pory przyświecała mi zasada, że przecież za tę ciężką pracę coś mi się, do cholery, od życia należy. Nagroda jakaś. Nie mówię tu o szaleńczych wydatkach, rozbijaniu się po SPA i salonach piękności, wydawaniu nie wiadomo ile na ciuchy, ale wiecie jak to jest - grosz do grosza... Nasze dzieci chodzą do płatnych placówek edukacyjnych, ale to traktuję jako inwestycję, a nie fanaberię. No ale skoro zdecydowaliśmy się ponosić koszty tej inwestycji musimy, jak się okazuje, jednak się poświęcić i zrezygnować z pewnych przyjemności.
Smutno mi trochę z tego powodu, bo mam wrażenie, że żyję tylko po to by pracować i spłacać należności. Mam jednak płomyk nadziei, że jak kiedyś spłacę debet i wreszcie coś odłożę, to wtedy będę mogła trochę popuścić paska. Teraz trzeba go mocno, bardzo mocno zacisnąć, bo po sporządzeniu budżetu na marzec okazało się, że saldo wynosi -1.116 złotych. Wydajemy więcej niż zarabiamy. Szacuję, że co najmniej przez rok muszę zapomnieć o jakichkolwiek zakupach na swoją rzecz (poza absolutnie niezbędnymi, przy czym nie mam tu na myśli nowych butów i ubrań ;), wyjazdach wakacyjnych, zwłaszcza zagranicznych. Teraz nas na to nie stać. Najgorsze jest to, że pewnie postawa "sknery" wymusi ograniczenie kontaktów towarzyskich, bo one zawsze wiążą się z wydatkami. Ciekawe czy za rok będziemy jeszcze mieli przyjaciół...
Subskrybuj:
Posty (Atom)