poniedziałek, 25 lipca 2016

Nie pisałam całkiem długo, bo właściwie nie ma o czym. Mieliśmy łącznie pięciu oglądaczy, przy czym jedni sprawiali wrażenie naprawdę zauroczonych naszym mieszkaniem, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ostatnio obniżyliśmy nawet cenę lecz nadal cisza. Tylko pośrednicy wydzwaniają jak szaleni, już mam ich serdecznie dość.

Od trzech tygodni mieszkamy na działce i dojeżdżamy do pracy. Nawet nie są takie straszne te dojazdy - 50 minut pod samą pracę, więc do przeżycia, tylko koszty eksploatacji samochodu masakrycznie wysokie i to jest największy minus. Drugi minus jest taki, że na działce nie mamy pralki i musimy wozić ciuchy do domu, prać, rozwieszać, zabierać. A jak trzeba po pracy jechać do domu i walczyć z praniem to czas powrotu na działkę jednak bardzo się wydłuża i ostatecznie lądujemy np. ok. 19 lub 20, no ale niecodziennie tak jest, więc nie ma co narzekać.

Działka działa na mnie do tego stopnia relaksująco, że stwierdziłam, iż nie ma co się za bardzo emocjonować sprzedażą mieszkania, bo przecież nie mamy noża na gardle, więc można czekać - co ma być to będzie. Jak się nie uda sprzedać mieszkania i kupić naszego wymarzonego domu to trudno. Nawet byłoby trochę szkoda pozbyć się działki, tam jest tak przecudnie. Przyszła mi nawet do głowy taka myśl, żeby zostać w mieszkaniu, a działkę porządnie wyremontować i zrobić sobie tak naprawdę super, ale z drugiej strony jak siedzę w bloku to czuję się trochę jak w klatce, nie można wyjść, chyba że na balkon lub plac zabaw :/ Mamy dylemat (znowu).

piątek, 3 czerwca 2016

Oglądacze

Mieliśmy wczoraj pierwszych oglądaczy mieszkania. Dzisiaj mamy drugich, a w niedzielę trzecich, więc coś się zaczyna dziać :) Będzie bijatyka :)

No dobra, nie będę się ekscytować, bo to tylko oglądanie.

Tym, co byli wczoraj, mieszkanie bardzo się podobało, aczkolwiek nie zauważyłam jakiegoś  pogłębionego zainteresowania. Do pokoju dziecięcego, gdzie mamy super zabudowane szafy, ledwo zajrzeli. Nie pytali też o standard wykończenia. Rozejrzeli się bardzo ogólnie, pochwalili układ, doświetlenie, lokalizację, ponarzekali, że czynsz wysoki i poszli. Nawet nie zagadnęli o cenę.

Mieliśmy też wizytę mojej mamy, która poczuła się w obowiązku przybyć z matczyną misją i opowiedziała nam jak ciężko jest mieszkać pod miastem i ile to wymaga wyrzeczeń i ile czasu oraz kasy się traci na dojazdy. W sumie jednak ostatecznie stwierdziła, że jeśli jesteśmy zdecydowani to nasza sprawa i ona się nie będzie wtrącać, a dom, który wybraliśmy, rzeczywiście jest bardzo ładny. Zadała mi jednak trochę ćwieka bo zaproponowała, że sprzeda nam za pół ceny działkę, którą ma, w podmiejskiej miejscowości, w której sama mieszka. Ale jak o tym myślę, to wychodzi mi, że owszem - wybudować się wyszłoby trochę taniej, ale ze znacznymi zawirowaniami organizacyjnymi no i długi czas by to zajęło. Nie chciałabym po sprzedaży mieszkania przez rok czy półtora błąkać się po jakichś zastępczych lokalach. Z kolei budowa w systemie gospodarczym, czyli bez kredytu, w naszym przypadku pewnie zajęłaby z 50 lat ;) A jak wiecie - bardzo nie chcemy kredytu.

Czyli chyba jednak sprzedaż mieszkania i kupno domu. Będę informować na bieżąco jak się sprawy mają, więc stay tuned ;))

wtorek, 31 maja 2016

Dom

W ostatnim czasie kilku znajomych wyprowadziło się do domów. Odwiedzaliśmy ich, przesiadywaliśmy w ogrodach i mi też zachciało się domu. Dodatkowo obserwując jak dzieciaki super się bawią gdy jesteśmy na działce, cały dzień urzędują na dworze, a po powrocie do bloku skaczą nam po głowie, doszłam do wniosku, że chcę na stałe zamieszkać w domu z ogrodem.

Dwa tygodnie temu zaczęłam przeglądać ogłoszenia i znalazłam przefantastyczny dom. Zachwyciliśmy się nim totalnie. Ja już po zdjęciach widziałam, że jest super, ale po wizycie tam, ten dom również Myszkina, który generalnie był nastawiony bardzo sceptycznie do pomysłu przeprowadzki za miasto, zupełnie opętał. Dziś jedziemy tam po raz drugi z kolegą budowlańcem, który ma ocenić kwestie techniczne. Żeby było śmieszniej, to dopiero drugi dom, który widzieliśmy na żywo, ale oboje zgodnie i kategorycznie stwierdziliśmy, że ten albo żaden. Jest niesamowity, jakby żywcem wyjęty z naszych marzeń. Nawet niezbyt szałowa lokalizacja nas nie zniechęca. Dom stoi bowiem na zupełnym wygwizdowie. Tzn. jest tam skupisko kilku domów (w których jest mnóstwo dzieciaków), ale poza tym to szczere pole. Co prawda do najbliższego miasteczka jest tylko 3 km, a do centrum mojego dużego miasta, w którym mieszkam i pracuję - 17 km, ale stacja kolejowa jest oddalona o 5 km, a autobus dojeżdża tylko do tego mniejszego miasteczka, w którym następnie trzeba się przesiąść na kolejny autobus do miasta, więc bez samochodu raczej słabo. Ale to nam nie przeszkadza. Pożądamy tego domu jak wariaci. 

Jest tylko jeden problem.

Żeby go kupić, musimy sprzedać mieszkanie, a nie jest łatwo sprzedać 93 m2. Tydzień temu opublikowałam ogłoszenie i poza pośrednikami NIKT nie zadzwonił. Wiem, że to tylko tydzień, wiem, że mieszkania sprzedają się miesiącami, ale tym ludziom, którzy sprzedają ów dom, zaczyna chyba zależeć na czasie bo też już od dłuższego czasu borykają się z jego sprzedażą i nawet obniżyli cenę o 90k. W końcu znajdą kupca, który rzuci im na stół walizkę z pieniędzmi, a my będziemy pluli sobie w brodę, że jesteśmy gołodupcami i wymarzony dom ktoś sprzątnął nam sprzed nosa.

Z poziomu absolutnej ekscytacji i urządzania w myślach mojego nowego domu, popadam w czarną rozpacz. Już wiem, czuję, że nic z tego nie będzie, a ten dom to jest właśnie TEN. Innego nie chcemy, a wiemy, że nie znajdziemy drugiego, który nas tak zachwyci.

Kredyt? Teoretycznie możliwy, ale nie mamy wkładu własnego, a trzeba mieć 15%. Poza tym kredyt na prawie 700k jest czymś, czego wolałabym nie mieć w swoim życiu. Jeśli z mieszkaniem nadal będzie taki zastój, pewnie zaczniemy myśleć o kredycie, ale na razie... może zdarzy się jakiś cud i spadnie nam z nieba kupujący, który weźmie nasze świetne mieszkanie i obsypie pieniędzmi?

A jakie są Wasze doświadczenia ze sprzedażą mieszkań i przeprowadzką pod miasto??  

wtorek, 10 maja 2016

Stało się!

Otrzymałam wreszcie ten awans. Wszyscy mi gratulują, ale ja podchodzę do sprawy spokojnie. Wiem, że tak naprawdę to nie jest żaden szał. Zresztą kulisy tego wydarzenia - jak wiecie - były dość burzliwe i niezbyt dla mnie miłe. Poza tym mam przecież swój plan. Nie czuję się, jakbym osiągnęła życiowy sukces. To jeszcze nie to ;)

Tymczasem czas wielki by pomyśleć o wakacjach. 9 tygodni bez szkoły to dla zapracowanych rodziców olbrzymie wyzwanie organizacyjne, finansowe i logistyczne. Nie wyobrażam sobie jak w takiej sytuacji postępują ci, którzy nie mogą liczyć na pomoc rodziny czy znajomych, a nie dysponują nie wiadomo jaką gotówką.

Na razie zabukowałam dla Mysi obóz pływacki (1 tydzień) i 2 turnusy półkolonii, my będziemy mieć 2 tygodnie urlopu w sierpniu, więc 5 tygodni jest zagospodarowane. Ku mojemu zdziwieniu, mama zadeklarowała bez proszenia i nacisków z mojej strony, że przez 2 ostatnie tygodnie lipca oraz 1,5 ostatniego tygodnia sierpnia może zająć się dzieckami, więc jestem przeszczęśliwa! Jakoś damy radę.

Na wakacje jedziemy nad morze, do Dąbek. Nie znoszę Dąbek ani w ogóle nadmorskich miejscowości z tymi cholernymi straganami, cymbergajami i kręconymi frytkami, ale dzieci nam co chwilę chorują, a nadmorskie powietrze, w szczególności dąbeckie (Dąbki mają status uzdrowiska) podobno bardzo korzystnie wpływa na górne drogi oddechowe. Poza tym nasi znajomi poznani w zeszłym roku też jadą, dlatego ostatecznie się zdecydowaliśmy.

Może za rok, jak będziemy wolni od debetów i kart kredytowych, uda się znowu pojechać do Chorwacji...

środa, 27 kwietnia 2016

Meteopatia

Już nie mogę z tą cholerną pogodą.
Jakiś czas temu mój kolega stwierdził, że już nie może z tą cholerną pogodą. Starałam się go przekonać, powołując się na refleksje A. Stasiuka, że taka różnorodność nie jest zła i można z niej czerpać pewne pozytywne wrażenia, jak na przykład wtedy, gdy po deszczu i temperaturze 8 stopni, robi się słońce i 19 stopni. Wszyscy się cieszą.

Ale Stasiuk nie ma racji jeśli chodzi o pogodę. Pogoda w Tymkraju mnie po prostu wykańcza, rujnuje psychicznie i prowadzi ku rozpaczy. Rację ma Kazik Staszewski śpiewając, że  
Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca.
Nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy
Gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to Polski Złoty


Musiałam wyciągnąć z szafy zimowo-jesienne ciuchy, bo tych kilka dni z temperaturą około 20 stopni, to była taka chwilowa ściema. Nie mogę uwierzyć, że w niedzielę 17 kwietnia w Kazimierzu Dolnym chodziłam w krótkim rękawku i było mi BARDZO ciepło przy 23 stopniach. A teraz, w dniu 27 kwietnia o godzinie 11, temperatura wynosi 4 stopnie. 4!!!! No dobra, jest słońce, chociaż tyle. Jakby było do tego pochmurno chyba bym wyskoczyła przez okno.

piątek, 22 kwietnia 2016

Egzamin

Byłam we wtorek na rozmowie rekrutacyjnej i był to absolutny koszmar. Po pierwsze - rozmowa miała charakter wideokonferencji. Niestety na łączach występowały liczne problemy techniczne co znacząco obniżało komfort komunikacji. Po drugie - musiałam mówić po angielsku. W CV wpisuję, że mój angielski jest na poziomie średniozaawansowanym w mowie i zaawansowanym w piśmie, ale mimo tylu lat nauki, ciągle mam olbrzymią blokadę przy mówieniu. Tzn. z moim nauczycielem gadam bez problemu, ale rozmowa rekrutacyjna to jednak nie to samo. No ale jak trzeba to trzeba. Dostałam pytanie czy wolę pracować samodzielnie czy w zespole oraz czy pełniłam funkcję supervisora. Zaprezentowałam się zgoła przepięknie (w firmie przyjęto filozofię pracy zespołowej) mówiąc, że wolę pracować samodzielnie, gdyż mam złe doświadczenia z pracą w zespołach bo pracując z aplikantami ciągle muszę po nich poprawiać. Nie za bardzo mogłam znaleźć właściwe słowa tak na szybko, żeby powiedzieć to co chcę, więc plotłam jakieś kompletne bzdury i w efekcie objechałam tych nieszczęsnych aplikantów, chociaż tak naprawdę wcale nie są tacy źli. Strasznie słabo to wyszło. Pani zapytała z niepokojem czy w ogóle mam bezpośredni kontakt z klientami (pewnie pomyślała, że jestem socjopatką).

Następnie dostałam do rozwiązania zadania. "Naprawdę nic skomplikowanego, pewnie robi to pani na co dzień". Uhm...jasne... Na co dzień nie zajmuję się spółkami komandytowymi, w których komplementariuszem jest zarząd powierniczy złożony z dwóch maltańskich spółek (WTF??). Po głębszym zastanowieniu (i szybkim skorzystaniu z googla w telefonie - swoją drogą ciekawe czy byłam obserwowana) doszłam do wniosku (nie wiem czy słusznego ;), że zarząd powierniczy nie może być komplementariuszem, więc pytanie miało charakter podchwytliwy. Z kolejnymi pytaniami poszło mi nieco lepiej, ale nie zajmując się spółkami na co dzień, nie jestem orłem, zwłaszcza jeśli chodzi o spółkę komandytową (dobrze, że nie dali komandytowo-akcyjnej). Zawsze posługuję się kodeksem gdy muszę coś zrobić z zakresu spraw korporacyjnych, więc czułam się niepewnie.

Później miałam na angielski przetłumaczyć pełnomocnictwo do otwarcia i zarządzania rachunkiem bankowym. Niby łatwa sprawa, ale było tam dużo wyrażeń, których nie potrafiłam przetłumaczyć dosłownie, więc tłumaczyłam inaczej, ale żeby oddać sens. Np. była mowa o dysponowaniu środkami ulokowanymi gdzieś tam-gdzieś tam itd.

A trzecie zadanie to w ogóle był hicior, gdyż dostałam opisany stan faktyczny ze strukturą podmiotów i zadanie - wskazać czynności (wraz z harmonogramem) i dokumenty potrzebne do przeprowadzenia transakcji, która doprowadzi do osiągnięcia założonego celu. Były chyba ze cztery spółki, w tym cypryjska, słowacka i polska oraz różne osoby fizyczne, nieruchomość itd. Zadanie miałam wykonać w języku angielskim. No i wykonałam, ale nie całe, gdyż nie starczyło mi czasu, ponieważ to wszystko robiłam ręcznie, a mając charakter pisma raczej lekarski dwukrotnie wszystko przepisywałam bojąc się, że nikt nie będzie się mógł doczytać tych moich bazgrołów. No i końcowej części zadania, tzn. wskazania potrzebnych pytań do zagranicznych kancelarii, sądów, rejestrów i organów, po prostu nie zrobiłam.

Siedziałam tam ponad 2 godziny i jak wyszłam, byłam zupełnie rozjechana i wkurzona, że tyle czasu straciłam. No i ciągle w szoku, że tak mogą wyglądać rozmowy rekrutacyjne na stanowisko radcy prawnego. Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Tzn. miałam rozmowy po angielsku, ale jeśli już dostawałam zadanie na sprawdzenie kompetencji (stało się tak dwukrotnie w całej mojej świetlanej karierze) to do wykonania w domu - np. jakąś umowę do zaopiniowania albo pismo procesowe do napisania w jakiejś sprawie, a nie takie gówna.

Jak rozmawiałam o tym z koleżankami to one też były w szoku i wręcz pojawiły się głosy, że po prostu wyszłyby z "rozmowy" po otrzymaniu takich fantastycznych zadań.

Dzisiaj mam kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że nie będzie równie szałowa ;). Zresztą na początku maja mam w końcu zostać wspólnikiem, więc już mi specjalnie nie zależy, raczej idę żeby sprawdzić jak to jest i jakie są w ogóle moje szanse na rynku. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że kiepsko to wygląda, więc chyba muszę brać co jest ;)

sobota, 9 kwietnia 2016

Na rozdrożu

Wielokrotnie pisałam o swoim poczuciu zagubienia, braku satysfakcji z pracy, o tym, że praca mnie nie uszczęśliwia, raczej jest źródłem stresu, smutku, ale też - na szczęście - pieniędzy i to tylko one mnie w niej trzymają.

Wiecie też, że od dłuższego czasu wysyłam swoje zgłoszenia, szukam czegoś innego, innego miejsca do pracy. Byłam na dwóch rozmowach (w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy), co obrazuje jak kiepsko wygląda rynek. Jednak ostatnia rozmowa, w kancelarii chłopaków z mojego roku, uświadomiła mi, że naprawdę nie chcę już pracować dla kogoś. Wiem, że zabrzmi to słabo i zawistnie, ale pomyślałam sobie, że to oni są tam, gdzie ja chciałam i nadal chciałabym być. Zaczynaliśmy z tego samego pułapu, a nawet w zasadzie to ja, jako pierwsza na roku, obroniłam się by zdawać na aplikację jeszcze w tym samym roku, w którym skończyłam studia. Zatem o rok wcześniej nabyłam uprawnienia zawodowe, jestem też o rok młodsza od reszty ludzi z moich studiów, bo poszłam rok wcześniej do szkoły. Byłam więc dwa lata do przodu. Pamiętam jaka byłam dumna, gdy mając 27 lat zostałam radcą prawnym. I co? Nic, zmarnowałam to bo było mi bardzo wygodnie pracować dla kogoś i nie byłam w stanie podjąć ryzyka. Nie myślałam długofalowo, tylko płynęłam z prądem. Wiadomo, że w pierwszym okresie kariery zawodowej praca u kogoś jest niezbędna, żeby nabyć doświadczeń, ale ja przegapiłam moment, kiedy trzeba było "iść na swoje" i utknęłam w pułapce myślenia, że sama nigdy niczego nie osiągnę i że mam jeszcze czas.

Te chłopaki, u których byłam na rozmowie, zbudowali fantastyczną kancelarię, a wiem, że merytorycznie wcale nie są lepsi ode mnie. Tylko co z tego?? Po co mi były te lata pracy dla kogoś, skoro nadal, ciągle, jestem tylko czyimś "wyrobnikiem"? Mam 36 lat, powoli zbliża się moment, kiedy człowiek chciałby zacząć zwalniać, poświęcać więcej czasu sobie i rodzinie, odcinać kupony od tego wysiłku, który włożył w swoje wykształcenie i zdobywanie doświadczenia. Ale ja na razie tego na horyzoncie nie widzę. W gruncie rzeczy zawodowo niewiele osiągnęłam, chociaż moje CV z pewnością wzbudza zainteresowanie.

Rozmawiałam ostatnio z kilkoma przyjaznymi mi osobami i w czasie tych rozmów oraz refleksji po nich zaczął wyłaniać się wniosek, że dalej już tak nie mogę. MUSZĘ zacząć działać. Muszę zaplanować co dalej i zacząć konsekwentnie do tego dążyć. Dodatkowo na blogu Michała Szafrańskiego trafiłam na taki podcast: http://jakoszczedzacpieniadze.pl/priorytety-30-latka-zycie-kariera-finanse i wysłuchanie go (zwłaszcza punkt 12 i 13) skłoniło mnie do napisania tego posta.

Za parę lat będę pracować dla siebie. To się musi udać. W tej chwili, w obecnej sytuacji, z kilkudziesięciotysięcznym zadłużeniem takie postanowienie brzmi dość abstrakcyjnie, ale posiadanie jasnego celu ułatwi mi zadanie. Podejrzewam, że moja niechęć do prawa i prawniczej roboty wcale nie bierze się stąd, że nie lubię swojego zawodu. Podejrzewam, że jestem zawodowo wypalona przez to, że ciągle towarzyszy mi uczucie, iż niewiele osiągnęłam, a z owoców mojej pracy czerpią pełnymi garściami inni, a nie ja i moja rodzina.

Do końca bieżącego roku chciałabym spłacić:
- debet w ROR (9k)
- dług u mamy (zostało 3k z 12,8)
- kredyt, który zaciągnęłam na remont mieszkania (zostało 2k z 50k).

Zostanie mi leasing i jeden kredyt konsumpcyjny (na ok. 4k z 7k). Leasingu nie mogę nadpłacać, natomiast gdyby wpadły jakieś dodatkowe pieniądze ze zleceń może udałoby się spłacić jeszcze ten kredyt konsumpcyjny. Wówczas w 2017 roku mogłabym zacząć budować poduszkę finansową z prawdziwego zdarzenia.

Mąż musi w tym roku spłacić swoje zadłużenie na kartach i zostanie mu kredyt na samochód, ale tutaj planowanie jeszcze muszę dopracować. Musimy usiąść i poprzeliczać wszystko oraz ustalić porządnie w jakiej kolejności spłacamy.

Jak w 2016 roku uda nam się pozbyć większości długów to rok 2017 będzie rokiem prawdziwego oszczędzania - odkładania pieniędzy na poduszkę finansową. Wtedy, w połowie roku 2018 mogłabym porzucić pracę dla innych i podjąć ryzyko pracy na własnym. Za dwa lata. Trzymajcie za mnie kciuki, bo za 2 lata chcę Wam tu napisać, że otwieram swoją kancelarię.

Oczywiście, boję się, że w tym czasie stracę pracę ja albo Myszkin i cały plan się obróci wniwecz, ale jakiś plan przecież trzeba mieć, prawda?

P.S. 1 Na początku maja mam wreszcie dostać awans w pracy, ten obiecany, który miał być w styczniu. Zostanę wtedy wspólniczką w mojej aktualnej pracy. W ogóle nie traktuję tego w kategoriach sukcesu, bo to wspólnictwo jest symboliczne i może być tak, że koszty (skoro jestem wspólnikiem to muszę być dostępna 24/7) przewyższą korzyści (symboliczny udział w zyskach kancelarii) i ta sytuacja kompletnie zatruje mi życie. Ale zacisnę zęby i postaram się dać radę i temu sprostać.

P.S. 2 Nie myślcie proszę, że uprawiam tu jakąś reklamę Michała Szafrańskiego i jego bloga. Ten facet jest naprawdę inspirujący i myślę, że mogę sporo mu zawdzięczać.