Należy porzucić nadzieję na jakiś pogodowy przełom. Aura jest zdecydowanie jesienna. Letnie sukienki, spodnie i bluzki mogą na następne pół roku wylądować w pojemnikach w tzw. garderobie - już się nie przydadzą i trzeba dzielnie stawić temu czoła. Przemieszczając się tramwajami widzę, że niektórzy rozpaczliwie próbują zaprzeczać faktom i kurczowo trzymają się lata pomykając w krótkich portkach i sandałach. Z kolei inni mają z tyłu głowy, że "winter is coming" i na wszelki wypadek, by nie zostać zaskoczone (dotyczy to kobiet) już wdziewają muszkieterki. Lubię tę porę roku, bawi mnie obserwowanie jak różne ludzie mają podejście do pogody.
Nagłe ochłodzenie oczywiście nas zaskoczyło i w te pędy trzeba było kupić dzieciakom cieplejsze kurtki, bo te z zeszłego sezonu okazały się za małe. Pewnie wkrótce będziemy kupować buty na zimę...
Dopadło mnie pierwsze w tym roku przeziębienie i plan biegowy na ten tydzień spalił na panewce. Nie ukrywam, że cieszy mnie brak konieczności biegania w deszczu. Wiem, że nie jestem z cukru i tak dalej, ale nie lubię biegać gdy pada. Widzę jednak, że przyroda opady przyjmuje z wdzięcznością, bo - mimo jesieni - wybuchła soczystą zielenią.
Jesień to także czas podsumowania pierwszego roku działalności "na swoim". Jutro idziemy na (dosyć) elegancką kolację z tej okazji. W głowie mam wiele uwag dotyczących kształtu naszej współpracy i prowadzenia firmy, ale wiem, że nie wypowiem ich głośno, nie mam odwagi. I podskórnie czuję, że może też o pewnych rzeczach nie ma sensu mówić, może one są po prostu błahe, wbrew temu co odczuwam, niewarte rozpamiętywania. Nie wiem. Nie umiem patrzeć z dystansem, mam skłonność do dzielenia włosa na czworo i niestety przypisywania innym intencji skierowanych przeciwko mnie. Niestety właśnie w tym momencie dochodzę do wniosku, że jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, a to na pewno utrudnia współpracę.
Najgorsze jest jednak to, że chyba nasze fundamentalne oczekiwania wobec wspólnego biznesu się rozjeżdżają, bo dla mnie ważne jest by pracować mniej, a nie zarabiać więcej i by mieć prawdziwe biuro, a nie pokój wynajmowany kątem od kogoś innego. To było dobre na sam początek, gdy nie wiedziałyśmy jak się to wszystko potoczy. Teraz widzę, że idzie w dobrą stronę i czuję, że należałoby jednak trochę zainwestować w tę firmę, wynająć samodzielny lokal. Jestem też skłonna zatrudnić kogoś, kto by robił za mnie te prostsze rzeczy, bym nie musiała poświęcać na to czasu i chyba delikatnie wybadam grunt w tej sprawie, ale na razie nawet nie byłoby gdzie posadzić takiej osoby. Jestem też zmęczona pracą w trybie dom-dyżur u klienta-"biuro"-dyżur - dom; ciągle wszędzie wożę ze sobą komputer i różne papiery, a że nie mam samochodu, tylko jeżdżę tramwajami i rowerem, to musiałam zrezygnować z ulubionych torebek na rzecz pakowanego plecaka, co jest wygodne, ale "niewyględne". Praca w domu też straciła swój urok, bo jest mało efektywna, gdyż w tzw. międzyczasie zajmuję się praniem, sprzątaniem, robieniem obiadu itd. I nagle okazuje się, że jest 16, trzeba iść po dzieci, a ja prawie nic nie zrobiłam, no i później siedzę do wieczora.
czwartek, 26 września 2019
poniedziałek, 2 września 2019
Witaj szkoło!
To znienawidzone hasło z dzieciństwa dzisiaj się właśnie zrealizowało. Powitaliśmy szkołę i pracę także, bo właśnie zakończyliśmy urlop.
Spędziliśmy go na Węgrzech - najpierw bardzo intensywne 3 dni w Budapeszcie, a później trochę lenistwa i zwiedzania w Bogacs i okolicach. Węgry są naprawdę super, Budapeszt wspaniały, mniejsze miasta też świetne i jest sporo ciekawych rzeczy, interesujących także dla dzieci, co sprawia, że angażują się w wycieczkę, nie marudzą, są zaciekawione i chętne do oglądania nowych rzeczy i miejsc.
W Budapeszcie byliśmy np. na zamku, na którym odbywał się akurat jarmark rzemiosła ludowego z wieloma atrakcjami dla dzieci, na diabelskim młynie, w zoo, którego początki sięgają czasów Cesarstwa, zrobionym z wielkim rozmachem, w łaźniach Szechenyi, na wyspie Małgorzaty, w Centralnej Hali Targowej, widzieliśmy kościół Macieja, Basztę Rybacką, wzgórze Gellerta wraz z Cytadelą, Bazylikę Św. Stefana oraz (co prawda z okien samochodu, ale jednak) Plac Bohaterów i Dom Terroru. Jechaliśmy zabytkową kolejką Siklo i pierwszą linią metra - najstarszą w kontynentalnej Europie. Trafiliśmy też na pokaz fajerwerków z okazji święta powstania Węgier.
Później ruszyliśmy do Bogacs, które jest przeuroczą wioską, gdzie jedynymi atrakcjami, poza błogą ciszą i spokojem, są piwniczki winne oraz wspaniały kompleks term. Stamtąd wypuściliśmy się do Egeru, po drodze zahaczając o Noszvaj i tamtejsze groty mieszkalne (wyglądające jak z filmu o Flinstonach), a w Egerze wiadomo - Dolina Pięknej Pani, a oprócz tego zamek, Liceum z Magiczną Wieżą i uliczki wokół placu Istvana Dobo. Byliśmy też w Górach Bukowych, w jaskiniach w Lillafured oraz w termach w Miszkolcu, gdzie baseny zorganizowano w naturalnych grotach - niesamowite wrażenie!
Po drodze wpadliśmy do Krakowa, spędziliśmy tam popołudnie, noc i pół następnego dnia, pokazując dzieciom Rynek Główny, gdzie odwiedziliśmy muzeum figur woskowych (mnie średnio się podobało, ale dzieciom bardzo), Wawel i smoka oraz Kazimierz.
To były naprawdę udane wakacje, oczywiście zdarzały się napięcia i drobne konflikty, ale bilans jest mocno na plus. Niestety brak treningów od 2,5 miesiąca i codzienne raczenie się winem w trakcie wycieczki na Węgry, a także kluskowo-gulaszowa dieta bardzo negatywnie odbiły się na mojej sylwetce. Nigdy wcześniej nie ważyłam tyle co teraz, co prawda BMI w normie, ale po prostu niedobrze się czuję, spodnie są mi ciasne, nie może tak być. W związku z tym postanowiłam natychmiast przystąpić do rozwijania aktywności fizycznej oraz ograniczania jedzenia.Wczoraj pływałam w jeziorze, łącznie ponad 1,5 km tak, że dziś mam zakwasy na nogach, a z kolei dzisiaj pod wieczór nastąpi wielki powrót do biegania. A raczej do truchtania. Plan na dziś - 3,5 km!
Spędziliśmy go na Węgrzech - najpierw bardzo intensywne 3 dni w Budapeszcie, a później trochę lenistwa i zwiedzania w Bogacs i okolicach. Węgry są naprawdę super, Budapeszt wspaniały, mniejsze miasta też świetne i jest sporo ciekawych rzeczy, interesujących także dla dzieci, co sprawia, że angażują się w wycieczkę, nie marudzą, są zaciekawione i chętne do oglądania nowych rzeczy i miejsc.
W Budapeszcie byliśmy np. na zamku, na którym odbywał się akurat jarmark rzemiosła ludowego z wieloma atrakcjami dla dzieci, na diabelskim młynie, w zoo, którego początki sięgają czasów Cesarstwa, zrobionym z wielkim rozmachem, w łaźniach Szechenyi, na wyspie Małgorzaty, w Centralnej Hali Targowej, widzieliśmy kościół Macieja, Basztę Rybacką, wzgórze Gellerta wraz z Cytadelą, Bazylikę Św. Stefana oraz (co prawda z okien samochodu, ale jednak) Plac Bohaterów i Dom Terroru. Jechaliśmy zabytkową kolejką Siklo i pierwszą linią metra - najstarszą w kontynentalnej Europie. Trafiliśmy też na pokaz fajerwerków z okazji święta powstania Węgier.
Później ruszyliśmy do Bogacs, które jest przeuroczą wioską, gdzie jedynymi atrakcjami, poza błogą ciszą i spokojem, są piwniczki winne oraz wspaniały kompleks term. Stamtąd wypuściliśmy się do Egeru, po drodze zahaczając o Noszvaj i tamtejsze groty mieszkalne (wyglądające jak z filmu o Flinstonach), a w Egerze wiadomo - Dolina Pięknej Pani, a oprócz tego zamek, Liceum z Magiczną Wieżą i uliczki wokół placu Istvana Dobo. Byliśmy też w Górach Bukowych, w jaskiniach w Lillafured oraz w termach w Miszkolcu, gdzie baseny zorganizowano w naturalnych grotach - niesamowite wrażenie!
Po drodze wpadliśmy do Krakowa, spędziliśmy tam popołudnie, noc i pół następnego dnia, pokazując dzieciom Rynek Główny, gdzie odwiedziliśmy muzeum figur woskowych (mnie średnio się podobało, ale dzieciom bardzo), Wawel i smoka oraz Kazimierz.
To były naprawdę udane wakacje, oczywiście zdarzały się napięcia i drobne konflikty, ale bilans jest mocno na plus. Niestety brak treningów od 2,5 miesiąca i codzienne raczenie się winem w trakcie wycieczki na Węgry, a także kluskowo-gulaszowa dieta bardzo negatywnie odbiły się na mojej sylwetce. Nigdy wcześniej nie ważyłam tyle co teraz, co prawda BMI w normie, ale po prostu niedobrze się czuję, spodnie są mi ciasne, nie może tak być. W związku z tym postanowiłam natychmiast przystąpić do rozwijania aktywności fizycznej oraz ograniczania jedzenia.Wczoraj pływałam w jeziorze, łącznie ponad 1,5 km tak, że dziś mam zakwasy na nogach, a z kolei dzisiaj pod wieczór nastąpi wielki powrót do biegania. A raczej do truchtania. Plan na dziś - 3,5 km!
wtorek, 13 sierpnia 2019
Schyłek lata
No i znowu miesiąc minął nie wiadomo kiedy... Za trzy tygodnie początek roku, jeszcze czekają nas wakacje w drugiej połowie sierpnia, ale już mam poczucie, że nie wykorzystałam tego letniego okresu tak, jak chciałam. Rzadko bywaliśmy na działce, a sądziłam, że będziemy tam spędzać całe tygodnie. Ciągle jednak coś się nie składało, nie było okazji, jakieś zobowiązania towarzyskie, odwiedziny itp. Może trochę paradoksalnie, ale mimo natłoku tych towarzyskich powinności, mam wrażenie, że relacje w naszej starej ekipie się poluzowały. Rok, dwa lata temu, ciągle nas ktoś odwiedzał na działce, bliżsi i dalsi znajomi, w tym roku zaledwie raz czy dwa razy wpadli starzy kumple i to z osobna. Nie było atmosfery takiej przyjacielskiej bliskości, wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że gdzieś tam narastają jakieś podziały między nami, jakieś mury się budują. Być może to ja jestem ich architektem, bo staję się coraz bardziej krytyczna wobec znajomych i przyjaciół. Czasem nawet poddaję w wątpliwość czy to są w ogóle przyjaciele. Niektóre ze znajomości zaczynam postrzegać jako w istocie powierzchowne, toczące się jakby przez zasiedzenie lecz coraz mniej emocjonalnie wartościowe.
Może pora zwrócić się bardziej do wnętrza, do siebie, do rodziny. Byliśmy na festiwalu Audioriver, bawiłam się z Mężem absolutnie fantastycznie. Mimo, że pojechaliśmy ze znajomymi, to jednak czas spędzaliśmy głównie we własnym towarzystwie. Było genialnie, najlepiej. Może to z tego, z tych 13 lat razem powinnam teraz czerpać... Co ciekawe, przełom w relacji z Mężem (może przełom to za duże słowo, bardziej pasuje pozytywne przesilenie), zbiegł się z pierwszą odkąd go poznałam sytuacją, że zrobił na mnie wrażenie mężczyzna (inny niż Mąż, rzecz jasna ;). Do tej pory, przez wszystkie te lata nigdy nikt nie wzbudził we mnie ekscytacji, a niedawno coś takiego przeżyłam. Oczywiście czysto platonicznie :) ale miło było odkryć, że TO nadal we mnie jest.
Lato jeszcze trwa, a ja już żałuję, że za chwilę się skończy. Towarzyszy mi dojmujące poczucie schyłkowości i frustracja, że nie umiem tego spowolnić. Może mam za duże oczekiwania, w zbyt wielu miejscach chcę być, a dodatkowo jeszcze praca. Ta cholerna praca.
Zaczynam zastanawiać się czy nie powinnyśmy zatrudnić aplikanta. Jestem skłonna oddać część swoich zarobków by kupić więcej czasu dla siebie. Znów zaczynam się czuć jak wtłoczona w kierat. To poczucie wolności, które towarzyszyło mi przez pierwsze pół roku działania naszej kancelarii, kiedy zleceń nie było dużo, zaczyna umykać, a ja bardzo chcę je zatrzymać.
Może pora zwrócić się bardziej do wnętrza, do siebie, do rodziny. Byliśmy na festiwalu Audioriver, bawiłam się z Mężem absolutnie fantastycznie. Mimo, że pojechaliśmy ze znajomymi, to jednak czas spędzaliśmy głównie we własnym towarzystwie. Było genialnie, najlepiej. Może to z tego, z tych 13 lat razem powinnam teraz czerpać... Co ciekawe, przełom w relacji z Mężem (może przełom to za duże słowo, bardziej pasuje pozytywne przesilenie), zbiegł się z pierwszą odkąd go poznałam sytuacją, że zrobił na mnie wrażenie mężczyzna (inny niż Mąż, rzecz jasna ;). Do tej pory, przez wszystkie te lata nigdy nikt nie wzbudził we mnie ekscytacji, a niedawno coś takiego przeżyłam. Oczywiście czysto platonicznie :) ale miło było odkryć, że TO nadal we mnie jest.
Lato jeszcze trwa, a ja już żałuję, że za chwilę się skończy. Towarzyszy mi dojmujące poczucie schyłkowości i frustracja, że nie umiem tego spowolnić. Może mam za duże oczekiwania, w zbyt wielu miejscach chcę być, a dodatkowo jeszcze praca. Ta cholerna praca.
Zaczynam zastanawiać się czy nie powinnyśmy zatrudnić aplikanta. Jestem skłonna oddać część swoich zarobków by kupić więcej czasu dla siebie. Znów zaczynam się czuć jak wtłoczona w kierat. To poczucie wolności, które towarzyszyło mi przez pierwsze pół roku działania naszej kancelarii, kiedy zleceń nie było dużo, zaczyna umykać, a ja bardzo chcę je zatrzymać.
czwartek, 18 lipca 2019
"Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni" :)
Nasze pocieszki od poniedziałku są na obozach. Mysia na 11 dni, a Pupu na 5 - to jego pierwszy obóz, więc myślę, że na początek 5 dni to akurat. Oczywiście przez cały rok snuję plany jaki to będzie cudowny czas bez dzieci i czego to nie będziemy robić (spędzać wieczory w miłych miejscach, na pysznych kolacjach i winie), a później niewiele z tych planów wychodzi - dni takie jak zwykle, tyle że jest mniej prania i mniej obsługi. No i można zacząć wcześniej oglądać Netflixa albo HBO, a nie dopiero jak maluchy już będą w łóżeczkach. Na łażenie po knajpach trochę szkoda forsy, a wina nie ma co pić w środku tygodnia, bo wiadomo.
By przełamać ten serialowo-filmowy schemat postanowiłam wczoraj, że wybierzemy się do teatru. W czasie kanikuły działają tylko teatry alternatywne i do takiego właśnie trafiliśmy. Okazało się to fantastycznym zbiegiem okoliczności, bo spektakl był świetny - "Dzisiaj wyjeżdżam" na podstawie tekstów Brunona Jasieńskiego. Lubię jego twórczość, a dawno nie miałam z nią styczności. Okazała się być zadziwiająco aktualna po tych niemal stu latach od jej powstania. W sumie niby nic dziwnego - Jasieński to w końcu jeden ze współtwórców futuryzmu. Jednak uderzające było to, że ludziom wówczas towarzyszyły podobne odczucia, w związku z rozwojem technologicznym, jak nam teraz. A przecież zaledwie w ciągu ostatnich kilku lat przeskok technologiczny jest nieprawdopodobny, nieporównywalny z tym, co dokonywało się w latach 20 i 30 XX w. Naprawdę niesamowicie było usłyszeć wypowiadane na głos dzisiejsze spostrzeżenia, napisane pewnie na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego stulecia.
Temat szans i zagrożeń związanych z rozwojem technologii oraz przemian jakie zachodzą w środowisku i ludzkości bardzo mnie interesuje, świetnie pisze o tym Yuval Noah Harari - właśnie jestem w trakcie jego "21 lekcji na XXI wiek", wcześniej czytałam "Sapiens - od zwierząt do bogów" i "Homo Deus - krótka historia jutra". Polecam!
By przełamać ten serialowo-filmowy schemat postanowiłam wczoraj, że wybierzemy się do teatru. W czasie kanikuły działają tylko teatry alternatywne i do takiego właśnie trafiliśmy. Okazało się to fantastycznym zbiegiem okoliczności, bo spektakl był świetny - "Dzisiaj wyjeżdżam" na podstawie tekstów Brunona Jasieńskiego. Lubię jego twórczość, a dawno nie miałam z nią styczności. Okazała się być zadziwiająco aktualna po tych niemal stu latach od jej powstania. W sumie niby nic dziwnego - Jasieński to w końcu jeden ze współtwórców futuryzmu. Jednak uderzające było to, że ludziom wówczas towarzyszyły podobne odczucia, w związku z rozwojem technologicznym, jak nam teraz. A przecież zaledwie w ciągu ostatnich kilku lat przeskok technologiczny jest nieprawdopodobny, nieporównywalny z tym, co dokonywało się w latach 20 i 30 XX w. Naprawdę niesamowicie było usłyszeć wypowiadane na głos dzisiejsze spostrzeżenia, napisane pewnie na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego stulecia.
Temat szans i zagrożeń związanych z rozwojem technologii oraz przemian jakie zachodzą w środowisku i ludzkości bardzo mnie interesuje, świetnie pisze o tym Yuval Noah Harari - właśnie jestem w trakcie jego "21 lekcji na XXI wiek", wcześniej czytałam "Sapiens - od zwierząt do bogów" i "Homo Deus - krótka historia jutra". Polecam!
środa, 17 lipca 2019
Paradoksy służby zdrowia
Na początek bardzo Wam dziękuję za te miłe reakcje :) Cieszę się, że jednak ktoś nadal mnie czyta.
Jak wspominałam, miałam operację przepukliny pępkowej. Do szpitala umówiłam się już w styczniu, na 18 czerwca - tak by być po triathlonie. Prawdę mówiąc nie przemyślałam tego, że niezbyt fajnie jest być w szpitalu latem i że po operacji brzusznej trzeba przez kilka tygodni nosić specjalny pas, co w upały słabo się sprawdza. A później okazało się jeszcze, że zakończenie roku jest 19 czerwca i w związku ze szpitalem mnie ominie. No ale cóż było robić...18 czerwca przed 8.30 stawiłam się w szpitalu na czczo, gotowa na dalsze wyzwania.
Pierwszym okazało się samo przyjęcie, które trwało ponad 1,5 godziny. Następnie, gdy już przybyłam na oddział chirurgii ogólnej, czekałam sporo czasu aż pielęgniarki wskażą mi do której sali mam się udać. Trochę się zaniepokoiłam, bo kombinowały bardzo długo i cały czas przewijała się w ich rozmowie sala numer 37, na którą wolałby mnie nie kierować, ale chyba nie ma innej możliwości. Dosyć szybko zorientowałam się dlaczego tak bardzo pielęgniarki chciały mnie uchronić przed losem pensjonariuszki sali nr 37. Otóż leżały tam już dwie kobiety - jedna pewnie około 60, w zupełnie dobrej formie, natomiast druga, dobrze po 80, była w strasznym stanie. Na pierwszy rzut oka można było rozpoznać, że jest to ciężko chora osoba, bardzo otyła, z olbrzymimi wybroczynami na ciele, leżąca, bez możliwości poruszania się o własnych siłach, rzężąca i charcząca. Na domiar złego, następnego dnia miała mieć kolonoskopię, w związku z tym była w procesie przeczyszczania, a że nie mogła iść do toalety, to - mówiąc bez ogródek - po prostu robiła pod siebie. Smród był nie do wytrzymania. No i w tym momencie pojawia się refleksja, dlaczego to jest tak (nomen omen) gównianie zorganizowane, że osoby zdrowe, które mają tylko niewielki zabieg do załatwienia (jak ja) przebywają na salach z osobami w bardzo ciężkich stanach i muszą być świadkami ich olbrzymiego cierpienia i bezradności potęgując zapewne ich poczucie wstydu i upokorzenia. Wiem - takie są realia, szpitale nie są z gumy, ale...
Później zostałam wysłana na badania i tu także zaskoczenie - ruszyłam "w szpital" w tej piżamie i szlafroku, błąkając się po piętrach między innymi pacjentami i ludźmi "z ulicy", bo to nie jest tak, że jak już jestem w szpitalu, to pielęgniarka lub pielęgniarz podejdzie do mojego łóżka i pobierze mi krew na miejscu. Trzeba po prostu samemu pofatygować się do punktu pobrań i do gabinetu EKG, normalnie jak w przychodni odstać swoje w kolejce, odebrać wyniki i położyć je pielęgniarkom na oddziale na biurku. Później dowiedziałam się, że nie będę miała zabiegu następnego dnia, tylko dopiero w piątek 21 czerwca, bo "okazało się", że 19 czerwca nie ma anestezjologa. Fantastycznie - 3 dni spędzone gratis w szpitalu. Zapytałam ordynatora czy jest jakaś możliwość wyjścia na przepustkę, ale nie, nie ma takiej opcji. No to dlaczego doszło do takiej sytuacji?? "Służba zdrowia się dusi" - usłyszałam. Takich jak ja, było dużo więcej, choćby druga pani z mojego pokoju, która dostała aż tydzień pobytu w gratisie. Marnowanie pieniędzy na przetrzymywanie ludzi bez potrzeby w szpitalach - nic dziwnego, że są przepełnione i nic dziwnego, że służba zdrowia się dusi, skoro najwyraźniej nikt tego wszystkiego nie koordynuje.
Pora obiadu i odkrycie, że dla nowych pacjentów jest tylko zupa. Super, będąc od pół dnia na czczo tę zupę zjadłam niemal razem z miską, w której była podana, po czym udałam się do szpitalnego baru na drugie danie.
O nocach nie wspominam nawet szerzej, bo to po prostu było coś okropnego - bez muzyki i słuchawek oraz środków nasennych nie dałabym rady, bo schorowana pani jęczała bardzo, miała omamy i problemy z oddychaniem, więc podłączano ją pod tlen, w związku z tym był straszny hałas, wybudzałam się nawet po tabletce.
Dzień przed zabiegiem dostałam "pakiet startowy" - filselinową koszulę i czepek + czopek glicerynowy, a także zgody do podpisania. Czytając te zgody, z których wynikało, że udzielono mi wyczerpujących informacji na temat wybranej metody zabiegu, innych możliwych metod, powikłań, ryzyk, skutków zdrowotnych i zawodowych, zaleceń, wytycznych na przed i po zabiegu oraz że miałam możliwość nieskrępowanego zadawania pytań, po prostu parsknęłam śmiechem. Poza tym, że będę miała operację metodą Mayo nie wiedziałam nic więcej. Kontakt z lekarzem zwykle trwał jakieś 10 sekund, więc ciężko było o cokolwiek zapytać. No ale przed podpisaniem zgód dorwałam jednego na korytarzu i zaczęłam się dopytywać. Był zdumiony, a na pytanie o to co mnie czeka po operacji powiedział, że "będzie pani wyleczona". Musiałam siłą wyciągać informacje o to przez jaki okres mam np. unikać wysiłku, o co chodzi z tymi "skutkami zawodowymi" itd. Udzielił mi ich nader lakonicznie, ale czegoś tam się dowiedziałam.
Do godziny 19 kazano mi zaaplikować czopek glicerynowy. Gdy tylko to zrobiłam i poczułam, że zaraz będzie pora na toaletę, pielęgniarka poleciła mi iść na konsultację anestezjologiczną. Ja i dwóch facetów, którzy również zapodali sobie czopki bo takie dostali wytyczne, błądziliśmy po szpitalu szukając anestezjologa i mocno zaciskając zwieracze licząc, że uda się załatwić temat na tyle szybko, by zdążyć do toalety. Ja byłam jako druga do konsultacji. Czekając na korytarzu na swoją kolej oczywiście musiałam się natknąć na tatę Adasia z klasy Mysi, który jest lekarzem w tym szpitalu. No cóż... Anestezjolog miał chyba ze 100 lat, był sympatyczny i opowiedział mi sporo o losach swojej córki w USA, a czopek w tym czasie robił swoje. Aż się spociłam z wysiłku żeby wytrzymać, ale się udało :)
Następnego dnia była operacja. Zespół na sali bardzo miły i profesjonalny, odpadłam momentalnie, a wybudziłam się zalana łzami. Jak przez mgłę słyszałam pytania o to co się stało i że mam dać jakiś feedback. Próbowałam wyjaśnić, że wszystko jest super, ale chyba nie bardzo mi to wyszło, raczej bełkotałam. Później byłam w letargu przez kilka godzin. Pod wieczór się ocknęłam, przyszedł Mąż w odwiedziny i gdy tak sobie ze mną siedział, do sali wkroczyła pielęgniarka i pielęgniarz, wyprosili Męża informując, że powinnam się przebrać, po czym ten pielęgniarz podszedł do mnie i jakby nigdy nic ROZERWAŁ tę fliselinową koszulę, pod którą oczywiście nie miałam bielizny. Byłam tak skołowana, że dopiero następnego dnia uświadomiłam sobie, że to był, kurwa, jakiś skandal i że potraktowano mnie jak kawał mięsa.
Wieczorem się spionizowałam i poszłam do łazienki. Rwało jak cholera, ale dało się wytrzymać. Następnego dnia po 11 rano byłam już na szczęście w domu z zaleceniem niedźwigania ciężarów powyżej 5 kg przez nie wiadomo jak długi czas, zaleceniem noszenia pasa pooperacyjnego do 8 tygodni i skierowaniem na zdjęcie szwów za tydzień. I uczuciem, że rzeczywistość szpitalna to całkiem inny świat, w którym niestety nie ma się podmiotowości i jest się raczej przedmiotem, na którym inny wykonują pewne czynności techniczne, takie jak operacja przepukliny metodą Mayo.
Jak wspominałam, miałam operację przepukliny pępkowej. Do szpitala umówiłam się już w styczniu, na 18 czerwca - tak by być po triathlonie. Prawdę mówiąc nie przemyślałam tego, że niezbyt fajnie jest być w szpitalu latem i że po operacji brzusznej trzeba przez kilka tygodni nosić specjalny pas, co w upały słabo się sprawdza. A później okazało się jeszcze, że zakończenie roku jest 19 czerwca i w związku ze szpitalem mnie ominie. No ale cóż było robić...18 czerwca przed 8.30 stawiłam się w szpitalu na czczo, gotowa na dalsze wyzwania.
Pierwszym okazało się samo przyjęcie, które trwało ponad 1,5 godziny. Następnie, gdy już przybyłam na oddział chirurgii ogólnej, czekałam sporo czasu aż pielęgniarki wskażą mi do której sali mam się udać. Trochę się zaniepokoiłam, bo kombinowały bardzo długo i cały czas przewijała się w ich rozmowie sala numer 37, na którą wolałby mnie nie kierować, ale chyba nie ma innej możliwości. Dosyć szybko zorientowałam się dlaczego tak bardzo pielęgniarki chciały mnie uchronić przed losem pensjonariuszki sali nr 37. Otóż leżały tam już dwie kobiety - jedna pewnie około 60, w zupełnie dobrej formie, natomiast druga, dobrze po 80, była w strasznym stanie. Na pierwszy rzut oka można było rozpoznać, że jest to ciężko chora osoba, bardzo otyła, z olbrzymimi wybroczynami na ciele, leżąca, bez możliwości poruszania się o własnych siłach, rzężąca i charcząca. Na domiar złego, następnego dnia miała mieć kolonoskopię, w związku z tym była w procesie przeczyszczania, a że nie mogła iść do toalety, to - mówiąc bez ogródek - po prostu robiła pod siebie. Smród był nie do wytrzymania. No i w tym momencie pojawia się refleksja, dlaczego to jest tak (nomen omen) gównianie zorganizowane, że osoby zdrowe, które mają tylko niewielki zabieg do załatwienia (jak ja) przebywają na salach z osobami w bardzo ciężkich stanach i muszą być świadkami ich olbrzymiego cierpienia i bezradności potęgując zapewne ich poczucie wstydu i upokorzenia. Wiem - takie są realia, szpitale nie są z gumy, ale...
Później zostałam wysłana na badania i tu także zaskoczenie - ruszyłam "w szpital" w tej piżamie i szlafroku, błąkając się po piętrach między innymi pacjentami i ludźmi "z ulicy", bo to nie jest tak, że jak już jestem w szpitalu, to pielęgniarka lub pielęgniarz podejdzie do mojego łóżka i pobierze mi krew na miejscu. Trzeba po prostu samemu pofatygować się do punktu pobrań i do gabinetu EKG, normalnie jak w przychodni odstać swoje w kolejce, odebrać wyniki i położyć je pielęgniarkom na oddziale na biurku. Później dowiedziałam się, że nie będę miała zabiegu następnego dnia, tylko dopiero w piątek 21 czerwca, bo "okazało się", że 19 czerwca nie ma anestezjologa. Fantastycznie - 3 dni spędzone gratis w szpitalu. Zapytałam ordynatora czy jest jakaś możliwość wyjścia na przepustkę, ale nie, nie ma takiej opcji. No to dlaczego doszło do takiej sytuacji?? "Służba zdrowia się dusi" - usłyszałam. Takich jak ja, było dużo więcej, choćby druga pani z mojego pokoju, która dostała aż tydzień pobytu w gratisie. Marnowanie pieniędzy na przetrzymywanie ludzi bez potrzeby w szpitalach - nic dziwnego, że są przepełnione i nic dziwnego, że służba zdrowia się dusi, skoro najwyraźniej nikt tego wszystkiego nie koordynuje.
Pora obiadu i odkrycie, że dla nowych pacjentów jest tylko zupa. Super, będąc od pół dnia na czczo tę zupę zjadłam niemal razem z miską, w której była podana, po czym udałam się do szpitalnego baru na drugie danie.
O nocach nie wspominam nawet szerzej, bo to po prostu było coś okropnego - bez muzyki i słuchawek oraz środków nasennych nie dałabym rady, bo schorowana pani jęczała bardzo, miała omamy i problemy z oddychaniem, więc podłączano ją pod tlen, w związku z tym był straszny hałas, wybudzałam się nawet po tabletce.
Dzień przed zabiegiem dostałam "pakiet startowy" - filselinową koszulę i czepek + czopek glicerynowy, a także zgody do podpisania. Czytając te zgody, z których wynikało, że udzielono mi wyczerpujących informacji na temat wybranej metody zabiegu, innych możliwych metod, powikłań, ryzyk, skutków zdrowotnych i zawodowych, zaleceń, wytycznych na przed i po zabiegu oraz że miałam możliwość nieskrępowanego zadawania pytań, po prostu parsknęłam śmiechem. Poza tym, że będę miała operację metodą Mayo nie wiedziałam nic więcej. Kontakt z lekarzem zwykle trwał jakieś 10 sekund, więc ciężko było o cokolwiek zapytać. No ale przed podpisaniem zgód dorwałam jednego na korytarzu i zaczęłam się dopytywać. Był zdumiony, a na pytanie o to co mnie czeka po operacji powiedział, że "będzie pani wyleczona". Musiałam siłą wyciągać informacje o to przez jaki okres mam np. unikać wysiłku, o co chodzi z tymi "skutkami zawodowymi" itd. Udzielił mi ich nader lakonicznie, ale czegoś tam się dowiedziałam.
Do godziny 19 kazano mi zaaplikować czopek glicerynowy. Gdy tylko to zrobiłam i poczułam, że zaraz będzie pora na toaletę, pielęgniarka poleciła mi iść na konsultację anestezjologiczną. Ja i dwóch facetów, którzy również zapodali sobie czopki bo takie dostali wytyczne, błądziliśmy po szpitalu szukając anestezjologa i mocno zaciskając zwieracze licząc, że uda się załatwić temat na tyle szybko, by zdążyć do toalety. Ja byłam jako druga do konsultacji. Czekając na korytarzu na swoją kolej oczywiście musiałam się natknąć na tatę Adasia z klasy Mysi, który jest lekarzem w tym szpitalu. No cóż... Anestezjolog miał chyba ze 100 lat, był sympatyczny i opowiedział mi sporo o losach swojej córki w USA, a czopek w tym czasie robił swoje. Aż się spociłam z wysiłku żeby wytrzymać, ale się udało :)
Następnego dnia była operacja. Zespół na sali bardzo miły i profesjonalny, odpadłam momentalnie, a wybudziłam się zalana łzami. Jak przez mgłę słyszałam pytania o to co się stało i że mam dać jakiś feedback. Próbowałam wyjaśnić, że wszystko jest super, ale chyba nie bardzo mi to wyszło, raczej bełkotałam. Później byłam w letargu przez kilka godzin. Pod wieczór się ocknęłam, przyszedł Mąż w odwiedziny i gdy tak sobie ze mną siedział, do sali wkroczyła pielęgniarka i pielęgniarz, wyprosili Męża informując, że powinnam się przebrać, po czym ten pielęgniarz podszedł do mnie i jakby nigdy nic ROZERWAŁ tę fliselinową koszulę, pod którą oczywiście nie miałam bielizny. Byłam tak skołowana, że dopiero następnego dnia uświadomiłam sobie, że to był, kurwa, jakiś skandal i że potraktowano mnie jak kawał mięsa.
Wieczorem się spionizowałam i poszłam do łazienki. Rwało jak cholera, ale dało się wytrzymać. Następnego dnia po 11 rano byłam już na szczęście w domu z zaleceniem niedźwigania ciężarów powyżej 5 kg przez nie wiadomo jak długi czas, zaleceniem noszenia pasa pooperacyjnego do 8 tygodni i skierowaniem na zdjęcie szwów za tydzień. I uczuciem, że rzeczywistość szpitalna to całkiem inny świat, w którym niestety nie ma się podmiotowości i jest się raczej przedmiotem, na którym inny wykonują pewne czynności techniczne, takie jak operacja przepukliny metodą Mayo.
poniedziałek, 24 czerwca 2019
Szmat czasu...
Prawie dwa lata mnie tu nie było, trochę wstyd w sumie...
Przez ten czas zmieniło się u mnie bardzo dużo. Oczywiście nie sposób tego wszystkiego opisać i nadrobić takich zaległości, ale spróbuję chociaż zarysować te zmiany.
1. Pupu od września 2018 roku chodzi do szkoły. Początki nie były łatwe, poszedł jako sześciolatek, a w klasie tylko jeszcze jedna dziewczynka jest jego rówieśniczką. Codziennie miał "zadanie domowe" - jak twierdził. Okazało się, że pani nie zadawała im zadań domowych przez pierwsze dwa miesiące, tylko on po prostu w domu nadrabiał to, czego nie zdążył zrobić w klasie. Był w tym bardzo ambitny i zdeterminowany, ale też wściekał się okropnie. Nie szło mu z pisaniem. Prawdę mówiąc serce mnie bolało jak obserwowałam z jakim trudem smaruje te cholerne kulfony. Jakieś bolesne wspomnienia nie do końca uświadomione chyba się we mnie otworzyły, bo naprawdę żywiłam wielkie współczucie i tak jak on, nienawistnie podchodziłam do tych głupkowatych zadań. Postanowiliśmy skorzystać z sugestii pani i zapisaliśmy go na szkolne zajęcia korekcyjno-kompensacyjne wzmagające zdolność koncentracji. To było bardzo dobre posunięcie, Pupu zrobił ogromne postępy. Nadal pracuje wolniej niż inni, ale radzi sobie naprawdę dobrze. Ocena końcowa nie jest jednoznacznie entuzjastyczna (jak zawsze bywało w przypadku Mysi), ale jednak bardzo pozytywna. Nie żałujemy, że posłaliśmy go wcześniej do szkoły, kolejny rok w przedszkolu to byłaby strata czasu i skazanie go na nudę i frustrację.
2. Także we wrześniu 2018 odeszłam z kancelarii wraz z jeszcze dwoma wspólniczkami i założyłyśmy własną, małą, dziewczyńską kancelaryjkę. Było nerwowo, było wręcz burzliwie momentami, masa stresu, nieprzyjemnych rozmów z szefostwem, ale wszystko się udało. Działamy już prawie rok i da się z tego żyć. Mało tego, wygląda na to, że finansowo jest coraz lepiej. Nie ukrywam, że przez pierwszych kilka miesięcy moje zarobki były nominalnie dużo niższe niż gdy pracowałam w "macierzystej" kancelarii, ale relatywnie cały czas zarabiam więcej. Początki były świetne, bo nagle okazało się, że pracuję średnio 60 godzin w miesiącu, a pieniądze, które zarabiam, pozwalają na utrzymanie dotychczasowego poziomu życia. No i czasu dla rodziny zrobiło się dużo, mogłam odbierać dzieci między 15 a 16, wcześnie zrobić obiad, ogarnąć domowe tematy, trenować - prawdziwa sielanka. Jednak by utrzymać mniej więcej dotychczasowy poziom życia konieczna stała się rezygnacja z samochodu, bo z ratami leasingowymi i ubezpieczeniem budżet by mi się jednak nie domknął.
3. Z powodów opisanych wyżej, w sierpniu 2018 sprzedałam samochód i po 20 latach przemieszczania się niemal wszędzie autem nie mam go już do swojej wyłącznej dyspozycji. Doskonale się w tym odnalazłam, bo tak jak przeczuwałam - mieszkając tak blisko centrum i pracując w centrum, samochód w zasadzie nie jest mi potrzebny. Prawie wszędzie mogę dojechać rowerem lub komunikacja miejską, a jeśli muszę przewieźć np. większą ilość dokumentów lub pojechać do innego miasta, pożyczam samochód od M., bo on ma swój samochód prywatny (ukochane nad życie Subaru, o którym pewnie kiedyś tu wspominałam) i służbowy, korzystam z carshare'ingu albo zamawiam Ubera. Prawda jest jednak taka, że z samochodu korzystam naprawdę bardzo sporadycznie, a styczeń 2018 roku był jedynym miesiącem w sezonie jesienno-zimowym, kiedy ani razu nie jechałam rowerem.
4. Skoro już tak się wkręciłam w ten rower, kupiłam szosówkę i rok temu pierwszy raz wzięłam udział w zawodach triathlonowych. Debiut był straszny. Dystans 1/8 Iron Mana - 475m pływania, 22,5 km roweru i 5,25 km biegu. Wszystko z osobna brzmi całkiem lajtowo, ale razem aż tak łatwe nie jest. Etap pływacki mnie wykończył, to była walka o życie (płynęłam bez pianki, pogoda była brzydka, mocno wiało), popadłam w jakiś amok kompletny, w jakiś umysłowy stupor i zamiast dwóch pętli na rowerze, zrobiłam omyłkowo jedną, w związku z tym nie zostałam sklasyfikowana. Popłakałam się na mecie. Nie żebym jakoś bardzo pieczołowicie się przygotowywała do tego startu, ale jednak blamaż na całej linii. Trochę się zrehabilitowałam na kolejnych zawodach na dystansie 1/10 IM, no ale to już naprawdę krótki dystans. Ogólnie jednak mi się spodobało. W okresie jesienno-zimowo-wiosennym chodziłam na kurs pływania. Nauczyłam się kraula, ale do tego by pływać szybciej niż żabką to naprawdę mi daleko. No i okazało się, że w jeziorze nie umiem kraulem. Boję się.
5. W sezonie jesienno-zimowym uczciwie trenowałam. 3 razy w tygodniu bieganie, 2 razy w tygodniu basen, minimum raz treningi Chodakowskiej + jeszcze 1-2 razy w tygodniu 10-15 minut jogi dla biegaczy. Przetrenowałam się.
5. W tym roku znowu wystartowałam na 1/8 IM w sobotę 15 czerwca. Tak naprawdę chciałam zrezygnować bo zapisałam się w grudniu, w szczycie treningów biegowych i pływackich, ale przez wiosnę prawie nic nie trenowałam i naprawdę formę miałam kiepską. Nie chciałam się kompromitować. No ale kolega mnie namówił, że tak treningowo do tego podejdziemy, na luziku. Ostatecznie on w ogóle się nie zapisał, a ja już nie mogłam odzyskać opłaty startowej, więc podjęłam wyzwanie. Upał 36 stopni, prawdziwa pogodowa rzeźnia. Kilka osób odpadło już na etapie pływackim, obok mnie facet zasłabł, zaczął się podtapiać. Poczekałam przy nim dopóki ratownicy do niego nie podpłynęli i cięłam dalej żabą, a później stylem autorskim nożycowym bocznym ;). Czas 4 minuty gorszy niż rok temu!!! Upał mnie wykańczał. Trasa rowerowa jak patelnia, zero, zerutko cienia, tylko powiew od gorącego asfaltu jak z pieca i bardzo silny, gorący wiatr. Dostałam dreszczy i bólu głowy, sytuacja zmusiła mnie do opanowania umiejętności sięgania po bidon w trakcie jazdy i to była chyba jedyna korzyść, bo było tak straszliwie gorąco, tak waliło gnojówką, że w głowie miałam wyłącznie myśl, że oto jestem w kolarskim piekle. W pewnym momencie wiało tak strasznie i takim gorącem, że ledwo poruszałam pedałami. Popłakałam się na tym rowerze i myślałam, że pierdolę to wszystko i rezygnuję z biegu bo nie dam rady. Ostateczne jednak wzięłam się w garść i postanowiłam, że choćbym miała się czołgać przez całe 5,25 km to w tym roku 1/8 IM mnie nie pokona. Pierwszą pętlę trasy biegowej szłam, bo wiedziałam, że jak przyspieszę to zjadę do boksu, a musiałam zdążyć na urodziny Pupu, a nie do ratowników medycznych. Drugą trochę potruchtałam, ale czas na 5,25 km miałam ok. 50 minut, czyli prawie tyle co zwykle biegnę 10 km. Ale dystans zaliczony, lecz nie uważam tego wyczynu za jakiś szczególnie chwalebny. Znajomi gratulowali chartu ducha i wytrwałości, ale prawda jest taka, że to była czysta głupota wystartować z tak nędzną formą w takich ekstremalnych warunkach.
6. Pracy mam coraz więcej i sielanka się skończyła, dlatego wiosną nie było za bardzo czasu trenować. W kwietniu wzięłam udział w półmaratonie i co prawda jest nowa życiówka, ale było bardzo ciężko, dlatego na dłuższy czas odechciało mi się treningów. W maju biegłam Wings for Life po 3 tygodniach bez biegania i tuż po majówce, zrobiłam 13 km 120 m, więc byłam zadowolona.
7. 3 dni temu miałam operację przepukliny pępkowej. Rana boli, mój brzuch (mający niestety postać wora,bo odkąd dowiedziałam się o przepuklinie przestałam trenować brzuch, gdyż nie wolno) wygląda jak Frankenstein. Ale prawdziwą traumą było zderzenie z polską publiczną służbą zdrowia, o czym będzie w kolejnym poście.
Przez ten czas zmieniło się u mnie bardzo dużo. Oczywiście nie sposób tego wszystkiego opisać i nadrobić takich zaległości, ale spróbuję chociaż zarysować te zmiany.
1. Pupu od września 2018 roku chodzi do szkoły. Początki nie były łatwe, poszedł jako sześciolatek, a w klasie tylko jeszcze jedna dziewczynka jest jego rówieśniczką. Codziennie miał "zadanie domowe" - jak twierdził. Okazało się, że pani nie zadawała im zadań domowych przez pierwsze dwa miesiące, tylko on po prostu w domu nadrabiał to, czego nie zdążył zrobić w klasie. Był w tym bardzo ambitny i zdeterminowany, ale też wściekał się okropnie. Nie szło mu z pisaniem. Prawdę mówiąc serce mnie bolało jak obserwowałam z jakim trudem smaruje te cholerne kulfony. Jakieś bolesne wspomnienia nie do końca uświadomione chyba się we mnie otworzyły, bo naprawdę żywiłam wielkie współczucie i tak jak on, nienawistnie podchodziłam do tych głupkowatych zadań. Postanowiliśmy skorzystać z sugestii pani i zapisaliśmy go na szkolne zajęcia korekcyjno-kompensacyjne wzmagające zdolność koncentracji. To było bardzo dobre posunięcie, Pupu zrobił ogromne postępy. Nadal pracuje wolniej niż inni, ale radzi sobie naprawdę dobrze. Ocena końcowa nie jest jednoznacznie entuzjastyczna (jak zawsze bywało w przypadku Mysi), ale jednak bardzo pozytywna. Nie żałujemy, że posłaliśmy go wcześniej do szkoły, kolejny rok w przedszkolu to byłaby strata czasu i skazanie go na nudę i frustrację.
2. Także we wrześniu 2018 odeszłam z kancelarii wraz z jeszcze dwoma wspólniczkami i założyłyśmy własną, małą, dziewczyńską kancelaryjkę. Było nerwowo, było wręcz burzliwie momentami, masa stresu, nieprzyjemnych rozmów z szefostwem, ale wszystko się udało. Działamy już prawie rok i da się z tego żyć. Mało tego, wygląda na to, że finansowo jest coraz lepiej. Nie ukrywam, że przez pierwszych kilka miesięcy moje zarobki były nominalnie dużo niższe niż gdy pracowałam w "macierzystej" kancelarii, ale relatywnie cały czas zarabiam więcej. Początki były świetne, bo nagle okazało się, że pracuję średnio 60 godzin w miesiącu, a pieniądze, które zarabiam, pozwalają na utrzymanie dotychczasowego poziomu życia. No i czasu dla rodziny zrobiło się dużo, mogłam odbierać dzieci między 15 a 16, wcześnie zrobić obiad, ogarnąć domowe tematy, trenować - prawdziwa sielanka. Jednak by utrzymać mniej więcej dotychczasowy poziom życia konieczna stała się rezygnacja z samochodu, bo z ratami leasingowymi i ubezpieczeniem budżet by mi się jednak nie domknął.
3. Z powodów opisanych wyżej, w sierpniu 2018 sprzedałam samochód i po 20 latach przemieszczania się niemal wszędzie autem nie mam go już do swojej wyłącznej dyspozycji. Doskonale się w tym odnalazłam, bo tak jak przeczuwałam - mieszkając tak blisko centrum i pracując w centrum, samochód w zasadzie nie jest mi potrzebny. Prawie wszędzie mogę dojechać rowerem lub komunikacja miejską, a jeśli muszę przewieźć np. większą ilość dokumentów lub pojechać do innego miasta, pożyczam samochód od M., bo on ma swój samochód prywatny (ukochane nad życie Subaru, o którym pewnie kiedyś tu wspominałam) i służbowy, korzystam z carshare'ingu albo zamawiam Ubera. Prawda jest jednak taka, że z samochodu korzystam naprawdę bardzo sporadycznie, a styczeń 2018 roku był jedynym miesiącem w sezonie jesienno-zimowym, kiedy ani razu nie jechałam rowerem.
4. Skoro już tak się wkręciłam w ten rower, kupiłam szosówkę i rok temu pierwszy raz wzięłam udział w zawodach triathlonowych. Debiut był straszny. Dystans 1/8 Iron Mana - 475m pływania, 22,5 km roweru i 5,25 km biegu. Wszystko z osobna brzmi całkiem lajtowo, ale razem aż tak łatwe nie jest. Etap pływacki mnie wykończył, to była walka o życie (płynęłam bez pianki, pogoda była brzydka, mocno wiało), popadłam w jakiś amok kompletny, w jakiś umysłowy stupor i zamiast dwóch pętli na rowerze, zrobiłam omyłkowo jedną, w związku z tym nie zostałam sklasyfikowana. Popłakałam się na mecie. Nie żebym jakoś bardzo pieczołowicie się przygotowywała do tego startu, ale jednak blamaż na całej linii. Trochę się zrehabilitowałam na kolejnych zawodach na dystansie 1/10 IM, no ale to już naprawdę krótki dystans. Ogólnie jednak mi się spodobało. W okresie jesienno-zimowo-wiosennym chodziłam na kurs pływania. Nauczyłam się kraula, ale do tego by pływać szybciej niż żabką to naprawdę mi daleko. No i okazało się, że w jeziorze nie umiem kraulem. Boję się.
5. W sezonie jesienno-zimowym uczciwie trenowałam. 3 razy w tygodniu bieganie, 2 razy w tygodniu basen, minimum raz treningi Chodakowskiej + jeszcze 1-2 razy w tygodniu 10-15 minut jogi dla biegaczy. Przetrenowałam się.
5. W tym roku znowu wystartowałam na 1/8 IM w sobotę 15 czerwca. Tak naprawdę chciałam zrezygnować bo zapisałam się w grudniu, w szczycie treningów biegowych i pływackich, ale przez wiosnę prawie nic nie trenowałam i naprawdę formę miałam kiepską. Nie chciałam się kompromitować. No ale kolega mnie namówił, że tak treningowo do tego podejdziemy, na luziku. Ostatecznie on w ogóle się nie zapisał, a ja już nie mogłam odzyskać opłaty startowej, więc podjęłam wyzwanie. Upał 36 stopni, prawdziwa pogodowa rzeźnia. Kilka osób odpadło już na etapie pływackim, obok mnie facet zasłabł, zaczął się podtapiać. Poczekałam przy nim dopóki ratownicy do niego nie podpłynęli i cięłam dalej żabą, a później stylem autorskim nożycowym bocznym ;). Czas 4 minuty gorszy niż rok temu!!! Upał mnie wykańczał. Trasa rowerowa jak patelnia, zero, zerutko cienia, tylko powiew od gorącego asfaltu jak z pieca i bardzo silny, gorący wiatr. Dostałam dreszczy i bólu głowy, sytuacja zmusiła mnie do opanowania umiejętności sięgania po bidon w trakcie jazdy i to była chyba jedyna korzyść, bo było tak straszliwie gorąco, tak waliło gnojówką, że w głowie miałam wyłącznie myśl, że oto jestem w kolarskim piekle. W pewnym momencie wiało tak strasznie i takim gorącem, że ledwo poruszałam pedałami. Popłakałam się na tym rowerze i myślałam, że pierdolę to wszystko i rezygnuję z biegu bo nie dam rady. Ostateczne jednak wzięłam się w garść i postanowiłam, że choćbym miała się czołgać przez całe 5,25 km to w tym roku 1/8 IM mnie nie pokona. Pierwszą pętlę trasy biegowej szłam, bo wiedziałam, że jak przyspieszę to zjadę do boksu, a musiałam zdążyć na urodziny Pupu, a nie do ratowników medycznych. Drugą trochę potruchtałam, ale czas na 5,25 km miałam ok. 50 minut, czyli prawie tyle co zwykle biegnę 10 km. Ale dystans zaliczony, lecz nie uważam tego wyczynu za jakiś szczególnie chwalebny. Znajomi gratulowali chartu ducha i wytrwałości, ale prawda jest taka, że to była czysta głupota wystartować z tak nędzną formą w takich ekstremalnych warunkach.
6. Pracy mam coraz więcej i sielanka się skończyła, dlatego wiosną nie było za bardzo czasu trenować. W kwietniu wzięłam udział w półmaratonie i co prawda jest nowa życiówka, ale było bardzo ciężko, dlatego na dłuższy czas odechciało mi się treningów. W maju biegłam Wings for Life po 3 tygodniach bez biegania i tuż po majówce, zrobiłam 13 km 120 m, więc byłam zadowolona.
7. 3 dni temu miałam operację przepukliny pępkowej. Rana boli, mój brzuch (mający niestety postać wora,bo odkąd dowiedziałam się o przepuklinie przestałam trenować brzuch, gdyż nie wolno) wygląda jak Frankenstein. Ale prawdziwą traumą było zderzenie z polską publiczną służbą zdrowia, o czym będzie w kolejnym poście.
czwartek, 19 października 2017
Jestę zwycięzcom ;)))
W niedzielę zadebiutowałam na dystansie maratońskim. Zadebiutowałam z powodzeniem :))) Plan minimum był taki, żeby pokonać 42 km 195 m w limicie czasu, który wynosił 6h. Plan średni zakładał by uczynić to w czasie poniżej 5h, a zgodnie z planem maksimum - od początku traktowanym przez mnie w kategoriach raczej życzeniowych - by przebiec maraton w czasie między 4.40 a 4.45.
Ostatecznie do mety dobiegłam po 4 godzinach i 55 minutach. Spodziewałam się ogromnego wzruszenia, dumy, wielkich emocji, ale nic takiego nie nastąpiło.Okropnie bolały mnie nogi i po odebraniu medalu i zwróceniu chipa chciałam jak najszybciej jechać do domu.
No ale od początku.
Jak już pewnie wspominałam, w okresie około miesiąca przed maratonem ostro się spięłam pod względem treningowym i higieny życia, tj. faktycznie biegałam 3 razy w tygodniu oraz porzuciłam wszelkie używki (oprócz kawy). W tygodniu poprzedzającym maraton jadłam dużo makaronu i dbałam o dobry sen. Opłaciło się. Byłam wypoczęta. W dzień maratonu obudziłam się już o 5, bo z emocji nie mogłam dłużej spać. Wszystko miałam przygotowane dzień wcześniej, więc przez 1,5 godziny, dla zabicia czasu i uspokojenia psychiki, czytałam "Grę o tron". Później zabrałam się za śniadanie i tutaj nastąpił pierwszy zły znak - otóż okazało się, że nie ma płatków owsianych, które zawsze jadam przed biegami, a także pieczywa, które jadam przed biegami gdy zdarzy się, że nie ma płatków owsianych. Zostałam skazana na Cinni Minis, których NIGDY nie kupujemy, a co do których akurat kilka dni wcześniej M. uległ dzieciom. Nie wiedziałam czego się spodziewać po Cinni Minis, a nie należy eksperymentować przy takich przedsięwzięciach jak maraton. Wszystko powinno być znane i sprawdzone. Śniadanie nie było i to wpędziło mnie w stres, który trochę opadł gdy udało mi się (wybaczcie!) sfinalizować wypróżnienie. Jest to ważny aspekt startu w zawodach, bo bieg z pełnymi kiszkami nie jest ani przyjemny ani łatwy.
Z domu wyszłam godzinę przed startem. Spotkałam w tramwaju znajomego, który też brał udział w maratonie, więc sobie pogawędziliśmy co pozytywnie na mnie wpłynęło. Następnie ogarnęłam toaletę, pokręciłam się w strefie startu, znalazłam swój sektor no i zaczęła się rozgrzewka. Niestety po rozgrzewce okazało się, że nie możemy wystartować, bo są jakieś problemy techniczne na trasie i policja nie chce jej odebrać. Staliśmy więc jak kołki - 7.500 ludzi - czekając aż wreszcie będzie można pobiec.
Ustawiłam się za pacemakerami na 4:45. Zaraz po starcie wypadł mi jeden żel, na szczęście w domu miałam zapasowy więc napisałam do M. żeby mi go zabrał. Pierwsze 15 km było na luzie, na 10 km spotkałam kibicującego mi kolegę, później w okolicach 14 czy 15 km zauważyłam znajomą i moje dzieci z M., więc wyściskałam ich, odebrałam żel i poleciałam dalej. Po pokonaniu połowy zaczęły się schody. Już nie biegło się łatwo, ale na kilometrze chyba 23 znów przyuważyłam moich, co podniosło mnie na duchu. Do 25 km jakoś się kulałam. Później zaczął dokuczać mi ból w kostkach tak nieznośny, że kawałek musiałam przejść. Pacemakerzy zniknęli mi z oczu, postanowiłam jednak, że do 30 km jakoś muszę dać radę, a od 30 km to już w sumie z górki ;) Nawet jak przejdę pozostałych 12 km to zmieszczę się w limicie. Bałam się, że w okolicach 30 km złapie mnie kryzys, do tej pory najdłuższy dystans jaki pokonałam to było właśnie 30 km i omal wówczas nie zdechłam. Tym razem nie było tak źle, pewnie dlatego, że na każdym punkcie żywieniowym się dopajałam wodą i izotonikiem. Miałam też trzy żele, które zjadłam na 10, 20 i 30 km. W okolicach 32 lub 33 km kibicowała moja mama, co też mnie bardzo ucieszyło, przebiegła ze mną kawałek i poleciała na metę. W okolicach 34 km, przy stacji z licznymi kibicami, ogarnęło mnie to wzruszenie, którego oczekiwałam na mecie. Musiałam opanować emocje i łzy cisnące się do oczu, bo ciągle jeszcze przede mną było ponad 8 km, a nogi bolały już bardzo. Przed 35 km spotkałam kumpla, z którym trenowałam przez ostatni miesiąc, więc znów uzyskałam trochę wsparcia i dobre słowo. Na 37 minęłam improwizowaną ścianę maratońską - mnie nie dopadła - na szczęście. Na 38 km znów napotkałam moich, znów wyściskałam i była siła na pozostałe 4 km. Usłyszałam też w głowie głos Ewy Chodakowskiej mówiącej "zapomnij o bólu". W okolicach 40 km minęłam karetkę zbierającą jednego z uczestników (być może to ten, który później zmarł w szpitalu, a może ktoś inny). Od 40 km czułam już spore zniecierpliwienie - kiedy wreszcie ta meta i dlaczego ul. Grunwaldzka tak niemiłosiernie się ciągnie. Ostatnich kilkaset metrów dostałam poweru, chciałam wbiec na metę godnie i z werwą. Poza tymi czynnikami dołączyły do mnie jeszcze moje dzieci - trzymając je za ręce przekroczyłam linię mety.
Po powrocie do domu zrobiłam zimną kąpiel nogom, później ciepłą całemu ciału, nawpychałam się pizzy i wypiłam pół piwa, a następnie porozciągałam się, wykonałam masaż specjalnym rollerem i doszłam do wniosku, że nie jest źle, więc pojechaliśmy odwiedzić moją teściową w szpitalu. Po kilku minutach siedzenia w samochodzie doszłam do wniosku, że jednak nie jest dobrze, no ale jakoś musiałam wytrzymać. Powiedziałam M., że to był pierwszy i ostatni maraton, że to jednak za ciężki dla mnie dystans i będę biegać maksymalnie półmaratony.
Ale już w poniedziałek, gdy okazało się, że bez większego problemu mogę chodzić i normalnie funkcjonować, zmieniłam zdanie, bo czuję, że jeszcze jest dla mnie robota na takim dystansie, zwłaszcza, że w ramach przygotowań do tego maratonu wykonałam zaledwie 70% zaplanowanych treningów. Czuję, że utrzymanie dyscypliny żywieniowo-higienicznożyciowej i treningowej wyniesie mnie na wyższy poziom. We wtorek pojechałam do pracy rowerem i wtaszczyłam się na 3 piętro po schodach, zatem można uznać, że z maratonu wyszłam bez szwanku
11 listopada startuję w biegu niepodległości na 10 km i już nie mogę doczekać się treningu w sobotę.
Ostatecznie do mety dobiegłam po 4 godzinach i 55 minutach. Spodziewałam się ogromnego wzruszenia, dumy, wielkich emocji, ale nic takiego nie nastąpiło.Okropnie bolały mnie nogi i po odebraniu medalu i zwróceniu chipa chciałam jak najszybciej jechać do domu.
No ale od początku.
Jak już pewnie wspominałam, w okresie około miesiąca przed maratonem ostro się spięłam pod względem treningowym i higieny życia, tj. faktycznie biegałam 3 razy w tygodniu oraz porzuciłam wszelkie używki (oprócz kawy). W tygodniu poprzedzającym maraton jadłam dużo makaronu i dbałam o dobry sen. Opłaciło się. Byłam wypoczęta. W dzień maratonu obudziłam się już o 5, bo z emocji nie mogłam dłużej spać. Wszystko miałam przygotowane dzień wcześniej, więc przez 1,5 godziny, dla zabicia czasu i uspokojenia psychiki, czytałam "Grę o tron". Później zabrałam się za śniadanie i tutaj nastąpił pierwszy zły znak - otóż okazało się, że nie ma płatków owsianych, które zawsze jadam przed biegami, a także pieczywa, które jadam przed biegami gdy zdarzy się, że nie ma płatków owsianych. Zostałam skazana na Cinni Minis, których NIGDY nie kupujemy, a co do których akurat kilka dni wcześniej M. uległ dzieciom. Nie wiedziałam czego się spodziewać po Cinni Minis, a nie należy eksperymentować przy takich przedsięwzięciach jak maraton. Wszystko powinno być znane i sprawdzone. Śniadanie nie było i to wpędziło mnie w stres, który trochę opadł gdy udało mi się (wybaczcie!) sfinalizować wypróżnienie. Jest to ważny aspekt startu w zawodach, bo bieg z pełnymi kiszkami nie jest ani przyjemny ani łatwy.
Z domu wyszłam godzinę przed startem. Spotkałam w tramwaju znajomego, który też brał udział w maratonie, więc sobie pogawędziliśmy co pozytywnie na mnie wpłynęło. Następnie ogarnęłam toaletę, pokręciłam się w strefie startu, znalazłam swój sektor no i zaczęła się rozgrzewka. Niestety po rozgrzewce okazało się, że nie możemy wystartować, bo są jakieś problemy techniczne na trasie i policja nie chce jej odebrać. Staliśmy więc jak kołki - 7.500 ludzi - czekając aż wreszcie będzie można pobiec.
Ustawiłam się za pacemakerami na 4:45. Zaraz po starcie wypadł mi jeden żel, na szczęście w domu miałam zapasowy więc napisałam do M. żeby mi go zabrał. Pierwsze 15 km było na luzie, na 10 km spotkałam kibicującego mi kolegę, później w okolicach 14 czy 15 km zauważyłam znajomą i moje dzieci z M., więc wyściskałam ich, odebrałam żel i poleciałam dalej. Po pokonaniu połowy zaczęły się schody. Już nie biegło się łatwo, ale na kilometrze chyba 23 znów przyuważyłam moich, co podniosło mnie na duchu. Do 25 km jakoś się kulałam. Później zaczął dokuczać mi ból w kostkach tak nieznośny, że kawałek musiałam przejść. Pacemakerzy zniknęli mi z oczu, postanowiłam jednak, że do 30 km jakoś muszę dać radę, a od 30 km to już w sumie z górki ;) Nawet jak przejdę pozostałych 12 km to zmieszczę się w limicie. Bałam się, że w okolicach 30 km złapie mnie kryzys, do tej pory najdłuższy dystans jaki pokonałam to było właśnie 30 km i omal wówczas nie zdechłam. Tym razem nie było tak źle, pewnie dlatego, że na każdym punkcie żywieniowym się dopajałam wodą i izotonikiem. Miałam też trzy żele, które zjadłam na 10, 20 i 30 km. W okolicach 32 lub 33 km kibicowała moja mama, co też mnie bardzo ucieszyło, przebiegła ze mną kawałek i poleciała na metę. W okolicach 34 km, przy stacji z licznymi kibicami, ogarnęło mnie to wzruszenie, którego oczekiwałam na mecie. Musiałam opanować emocje i łzy cisnące się do oczu, bo ciągle jeszcze przede mną było ponad 8 km, a nogi bolały już bardzo. Przed 35 km spotkałam kumpla, z którym trenowałam przez ostatni miesiąc, więc znów uzyskałam trochę wsparcia i dobre słowo. Na 37 minęłam improwizowaną ścianę maratońską - mnie nie dopadła - na szczęście. Na 38 km znów napotkałam moich, znów wyściskałam i była siła na pozostałe 4 km. Usłyszałam też w głowie głos Ewy Chodakowskiej mówiącej "zapomnij o bólu". W okolicach 40 km minęłam karetkę zbierającą jednego z uczestników (być może to ten, który później zmarł w szpitalu, a może ktoś inny). Od 40 km czułam już spore zniecierpliwienie - kiedy wreszcie ta meta i dlaczego ul. Grunwaldzka tak niemiłosiernie się ciągnie. Ostatnich kilkaset metrów dostałam poweru, chciałam wbiec na metę godnie i z werwą. Poza tymi czynnikami dołączyły do mnie jeszcze moje dzieci - trzymając je za ręce przekroczyłam linię mety.
Po powrocie do domu zrobiłam zimną kąpiel nogom, później ciepłą całemu ciału, nawpychałam się pizzy i wypiłam pół piwa, a następnie porozciągałam się, wykonałam masaż specjalnym rollerem i doszłam do wniosku, że nie jest źle, więc pojechaliśmy odwiedzić moją teściową w szpitalu. Po kilku minutach siedzenia w samochodzie doszłam do wniosku, że jednak nie jest dobrze, no ale jakoś musiałam wytrzymać. Powiedziałam M., że to był pierwszy i ostatni maraton, że to jednak za ciężki dla mnie dystans i będę biegać maksymalnie półmaratony.
Ale już w poniedziałek, gdy okazało się, że bez większego problemu mogę chodzić i normalnie funkcjonować, zmieniłam zdanie, bo czuję, że jeszcze jest dla mnie robota na takim dystansie, zwłaszcza, że w ramach przygotowań do tego maratonu wykonałam zaledwie 70% zaplanowanych treningów. Czuję, że utrzymanie dyscypliny żywieniowo-higienicznożyciowej i treningowej wyniesie mnie na wyższy poziom. We wtorek pojechałam do pracy rowerem i wtaszczyłam się na 3 piętro po schodach, zatem można uznać, że z maratonu wyszłam bez szwanku
11 listopada startuję w biegu niepodległości na 10 km i już nie mogę doczekać się treningu w sobotę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)