Myszkin wysłał mnie wczoraj do spania, a sam został z Chłopcem. Chłopcu obudził się (po wieczornym Nutramigenie) po północy, czyli przespał 3 godziny (i to w łóżeczku!!). Myszkin dał mu wówczas Nutramigen z łyżeczki Medeli (bo butelka została odtrącona). Oczywiście podawanie pokarmu z łyżeczki nie odbywa się cicho i spokojnie. Najpierw Mały się drze i jakoś w międzyczasie zjada zawartość łyżeczki, a jak zaspokoi pierwszy głód to zasypia i trzeba go budzić. Karmienie trwało godzinę. Po tym karmieniu Mały zasnął na kolejne 3 godziny. Ja w tym czasie słodko spałam w innym pokoju (łącznie 5 godzin ciurkiem!!! szał!). Obudziłam się o 4, gdyż zamiast piersi miałam dwa ogromne (jak na mnie :), bolące kamienie. Zagładę laktatora w tym kontekście należy uznać za posunięcie nader nieroztropne, ale te emocje...któż nad nimi zapanuje? Akurat Chłopcu też się obudził, więc poszłam go nakarmić. Zjadł spokojnie i zasnął (a zawsze od 4 zaczynała się jazda bez trzymanki), ja zaś poszłam z powrotem do drugiego pokoju i tak spaliśmy do 6.20, kiedy przyszła kolej na następne karmienie. Zjadł i spaliśmy do po 8.
Dzień na razie przebiega spokojnie. Mamy dzisiaj wizyty u radiologa na usg brzuszka, a później u gastroenterologa.
Mysia wakacjuje się u babci, dlatego nie widzi co się tutaj wyprawia. Wraca w sobotę, a ja do tego czasu muszę się jakoś ogarnąć, bo nie chcę jej krzywdzić wyżywając się na niej i wyładowując stres spowodowany wrzaskami Chłopca.
Swoją drogą czyż to nie ironia losu? Wiemy, że po mm Chłopcu (i ja też) spałby o wiele lepiej, ale nie możemy mu rutynowo podawać, bo on nie chce butelki... Została ostatnia deska ratunku - butelka Habermana. Poszukam na allegro, może znajdę w dobrej cenie.
środa, 29 sierpnia 2012
wtorek, 28 sierpnia 2012
Chyba faktycznie muszę udać się do jakiegoś psychologa, bo jest ze mną coraz gorzej. Mały mi dzisiaj tak dał popalić, że miałam ochotę wyskoczyć przez okno (wiele bym nie wskórała, bo mieszkam na parterze ;). Żeby dać upust emocjom rozbiłam kubek, ale co gorsze, rozwaliłam też laktator. Cisnęłam nim o ziemię bo Chłopcu darł się od kilkudziesięciu minut tak straszliwie, że nie mogłam tego znieść, darł się w leżaczku, w chuście, na rękach, wszędzie. Chciałam go nakarmić (chociaż niedawno był karmiony), ale przypadała kolej sikającej piersi więc potrzebowałam trochę odciągnąć, a laktator (elektryczny) nie chciał zassać. No i skończył na glebie. Najgorsze, że był pożyczony i teraz muszę odkupić. Oczywiście na koniec tej całej awantury poryczałam się okropnie.
Gdzie jest ta legendarna radość macierzyństwa?? Ja czuję się kompletnie udręczona, skrajnie przemęczona brakiem snu i tym, że za każdym razie budzi mnie wykrzywiona od płaczu buzia Chłopca, która to wykrzywiona płaczem buzia towarzyszy mi przez cały dzień. Z lektury forum Niemowlę na gazecie.pl wynika, że po 3, po 5, a nawet po 8 miesiącu wcale nie musi być lepiej. Lepiej pewnie będzie za jakieś dwa lata.
Postanowiliśmy podjąć kolejną próbę butelkową. Myszkin został z Chłopcem po kąpieli na placu boju zaopatrzony w butelkę Nuka, butelkę Lovi i butelkę Medela z końcówką łyżeczki napełnione Nutramigenem. Efekt zmagań był taki, że z Nuka nie wypił Mały nic, z Lovi 30 ml, z łyżeczki Medeli 70 ml. Trochę też wypluł, czyli łącznie jak wypił z 90 to jest dobrze. Nie dostał piersi na noc, tylko zasnął po tym Nutramigenie. Karmienie trwało jakieś półtorej godziny. No i w sumie nie ma się z czego cieszyć, bo przecież nie będę go karmić łyżeczką Medeli w środku nocy, chodziło o to by załapał butelkę, a tak się nie stało. Czyli punkt dla niego. Trzeba przyznać, że jest niezłomny.
Gdzie jest ta legendarna radość macierzyństwa?? Ja czuję się kompletnie udręczona, skrajnie przemęczona brakiem snu i tym, że za każdym razie budzi mnie wykrzywiona od płaczu buzia Chłopca, która to wykrzywiona płaczem buzia towarzyszy mi przez cały dzień. Z lektury forum Niemowlę na gazecie.pl wynika, że po 3, po 5, a nawet po 8 miesiącu wcale nie musi być lepiej. Lepiej pewnie będzie za jakieś dwa lata.
Postanowiliśmy podjąć kolejną próbę butelkową. Myszkin został z Chłopcem po kąpieli na placu boju zaopatrzony w butelkę Nuka, butelkę Lovi i butelkę Medela z końcówką łyżeczki napełnione Nutramigenem. Efekt zmagań był taki, że z Nuka nie wypił Mały nic, z Lovi 30 ml, z łyżeczki Medeli 70 ml. Trochę też wypluł, czyli łącznie jak wypił z 90 to jest dobrze. Nie dostał piersi na noc, tylko zasnął po tym Nutramigenie. Karmienie trwało jakieś półtorej godziny. No i w sumie nie ma się z czego cieszyć, bo przecież nie będę go karmić łyżeczką Medeli w środku nocy, chodziło o to by załapał butelkę, a tak się nie stało. Czyli punkt dla niego. Trzeba przyznać, że jest niezłomny.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Dzień wczorajszy należy zaliczyć do udanych. Chłopcu był spokojny, ładnie jadł, trochę na spacerze dawał czadu, ale nie przesadnie. Wydaje mi się, że chyba rzeczywiście spożywany przeze mnie nabiał pogłębiał chłopcowe dolegliwości i rezygnacja z niego była zasadna. Trochę lepiej idzie nam też z Nutritonem. Podaję go strzykawką do buzi 3 razy dziennie po 10 do 15 ml w postaci papki. Ulewania są mniejsze, ale to jednak chyba głównie zasługa odstawienia mleka, bo wcześniej, nawet po podaniu Nutritonu, potrafił ulać takim gęstym glutem. Czyli dni trochę bardziej optymistyczne. Oprócz tego staram się wprowadzać rutynę - mniej więcej podobne godziny spacerów i drzemek w chuście.
Natomiast noc masakryczna i to nawet nie z uwagi na płacze (płakał raz), tylko dlatego, że budził się co godzinę - półtorej!!! Dostawał pierś, trochę pojadł, powyginał się, poprutał, postękał i szedł dalej spać. Coraz gorzej się dzieje z tym nocnym spaniem. Na początku potrafił przespać nawet 3,5 godziny, a teraz?! Przecież ja się wykończę jak tak dalej pójdzie.
W związku z pogarszającymi się nocami zdecydowaliśmy się spróbować z mlekiem modyfikowanym. Najpierw (przedwczoraj) postanowiliśmy sprawdzić czy przez sen załapie butelkę i udało się, zaczął pić (z Nuka, jeśli kogoś to interesuje :)! Co prawda wypił tylko około 30 ml, ale zawsze coś. Zachęceni tym sukcesem kupiliśmy za prawie 40 złotych puszkę Nutramigenu i wczoraj próbowałam podać mu również przez sen. Operacja ta zakończyła się całkowitą porażką, Mały nie wypił ani łyczka, za to wybudził się kompletnie i płakał jakby właśnie odkrył, że rodzona matka próbowała go otruć. Nie wiem czy chodziło o Nutramigen (który wszak śmierdzi okrutnie) czy może o smoczek (był inny niż dzień wcześniej), w każdym razie odmowa współpracy była nader stanowcza. Fuck!!
A moja mama wydzwania i smęci mi, że Młody powinien spać we własnym łóżeczku. Dwa dni temu okropnie pokłóciłam się z nią przez telefon, bo zaczęła mi opowiadać jakieś cholerne farmazony o naukowcach, którzy twierdzą, że spanie z dzieckiem jest niebezpieczne. Wiem, wiem, zagrożenie przyduszenia itd. Tyle, że ja naprawdę śpię jak królik pod miedzą i wybudza mnie najlżejszy dźwięk. Alko nie piję, papierosów nie palę, prochów żadnych nie biorę. No i przy Małym zastygam w bezruchu. To chyba działa jakaś podświadomość, że mimo snu wiem, że on tam jest i muszę cały czas uważać. A gdybym postanowiła nauczyć go spać w łóżeczku, nie dosyć, że naraziłabym nieszczęśnika na olbrzymi stres (z jakichś przecież powodów kategorycznie odmawia spania samemu w łóżeczku), to jeszcze o spaniu mogłabym całkowicie zapomnieć. Tłumaczę to matce jak krowie na rowie, ale ona nie załapuje i cały czas, z uporem maniaka, nawija mi o tych naukowcach i o tym jak źle postępuję "pozwalając" spać Młodemu razem ze mną. Najbardziej rozwaliła mnie jej porażająca swoją logiką konstatacja, że skoro i tak prawie nie śpię to co to za różnica i przecież mogę ten czas poświęcić na naukę spania w łóżeczku (czyli, inaczej mówiąc, na ostrą walkę z Chłopcem potrzebującym mojej bliskości i bardzo lękającym się pozostania samemu). Normalnie ręce i cycki opadają... Słowo Wam daję - byłabym przeszczęśliwa, gdyby mój Chłopcu spał sam w łóżeczku, jak pragnę zdrowia. Ale on ma niespełna 8 tygodni i najwyraźniej jeszcze nie dojrzał do tego by zostawać sam na dłuższą chwilę, nie mówiąc już o nocy. On nawet w dzień nie chce sam spać, dlatego drzemki organizujemy sobie w chuście. Czyż to nie jest dowód na to, że dla spokojnego snu jestem mu jeszcze niezbędna? Na pewno w końcu dorośnie do tego by spać sam, z Mysią było tak samo. Już takie mam te dzieci, że jak są malutkie to boją się samotności i najchętniej urzędowałyby cały czas na swej mamie. A ich babcia niestety tego nie rozumie i sadzi mi teksty, że go rozpuściłam. Trzęsie mnie jak słyszę takie mądrości. Rozpuściłam dziecko, bo nie chcę żeby płakało, bało się, czuło nieszczęśliwe i opuszczone. Za każdym razem gdy mama zaczyna te swoje morały mam ochotę odparować, że może dzięki mojemu sposobowi wychowywania, uwzględniającemu fundamentalne potrzeby moich dzieci, wyrosną one na radosne, ufne i pewne siebie (w pozytywnym znaczeniu) osoby, a nie na takich smutnych frustratów jak ja i moi bracia.
Natomiast noc masakryczna i to nawet nie z uwagi na płacze (płakał raz), tylko dlatego, że budził się co godzinę - półtorej!!! Dostawał pierś, trochę pojadł, powyginał się, poprutał, postękał i szedł dalej spać. Coraz gorzej się dzieje z tym nocnym spaniem. Na początku potrafił przespać nawet 3,5 godziny, a teraz?! Przecież ja się wykończę jak tak dalej pójdzie.
W związku z pogarszającymi się nocami zdecydowaliśmy się spróbować z mlekiem modyfikowanym. Najpierw (przedwczoraj) postanowiliśmy sprawdzić czy przez sen załapie butelkę i udało się, zaczął pić (z Nuka, jeśli kogoś to interesuje :)! Co prawda wypił tylko około 30 ml, ale zawsze coś. Zachęceni tym sukcesem kupiliśmy za prawie 40 złotych puszkę Nutramigenu i wczoraj próbowałam podać mu również przez sen. Operacja ta zakończyła się całkowitą porażką, Mały nie wypił ani łyczka, za to wybudził się kompletnie i płakał jakby właśnie odkrył, że rodzona matka próbowała go otruć. Nie wiem czy chodziło o Nutramigen (który wszak śmierdzi okrutnie) czy może o smoczek (był inny niż dzień wcześniej), w każdym razie odmowa współpracy była nader stanowcza. Fuck!!
A moja mama wydzwania i smęci mi, że Młody powinien spać we własnym łóżeczku. Dwa dni temu okropnie pokłóciłam się z nią przez telefon, bo zaczęła mi opowiadać jakieś cholerne farmazony o naukowcach, którzy twierdzą, że spanie z dzieckiem jest niebezpieczne. Wiem, wiem, zagrożenie przyduszenia itd. Tyle, że ja naprawdę śpię jak królik pod miedzą i wybudza mnie najlżejszy dźwięk. Alko nie piję, papierosów nie palę, prochów żadnych nie biorę. No i przy Małym zastygam w bezruchu. To chyba działa jakaś podświadomość, że mimo snu wiem, że on tam jest i muszę cały czas uważać. A gdybym postanowiła nauczyć go spać w łóżeczku, nie dosyć, że naraziłabym nieszczęśnika na olbrzymi stres (z jakichś przecież powodów kategorycznie odmawia spania samemu w łóżeczku), to jeszcze o spaniu mogłabym całkowicie zapomnieć. Tłumaczę to matce jak krowie na rowie, ale ona nie załapuje i cały czas, z uporem maniaka, nawija mi o tych naukowcach i o tym jak źle postępuję "pozwalając" spać Młodemu razem ze mną. Najbardziej rozwaliła mnie jej porażająca swoją logiką konstatacja, że skoro i tak prawie nie śpię to co to za różnica i przecież mogę ten czas poświęcić na naukę spania w łóżeczku (czyli, inaczej mówiąc, na ostrą walkę z Chłopcem potrzebującym mojej bliskości i bardzo lękającym się pozostania samemu). Normalnie ręce i cycki opadają... Słowo Wam daję - byłabym przeszczęśliwa, gdyby mój Chłopcu spał sam w łóżeczku, jak pragnę zdrowia. Ale on ma niespełna 8 tygodni i najwyraźniej jeszcze nie dojrzał do tego by zostawać sam na dłuższą chwilę, nie mówiąc już o nocy. On nawet w dzień nie chce sam spać, dlatego drzemki organizujemy sobie w chuście. Czyż to nie jest dowód na to, że dla spokojnego snu jestem mu jeszcze niezbędna? Na pewno w końcu dorośnie do tego by spać sam, z Mysią było tak samo. Już takie mam te dzieci, że jak są malutkie to boją się samotności i najchętniej urzędowałyby cały czas na swej mamie. A ich babcia niestety tego nie rozumie i sadzi mi teksty, że go rozpuściłam. Trzęsie mnie jak słyszę takie mądrości. Rozpuściłam dziecko, bo nie chcę żeby płakało, bało się, czuło nieszczęśliwe i opuszczone. Za każdym razem gdy mama zaczyna te swoje morały mam ochotę odparować, że może dzięki mojemu sposobowi wychowywania, uwzględniającemu fundamentalne potrzeby moich dzieci, wyrosną one na radosne, ufne i pewne siebie (w pozytywnym znaczeniu) osoby, a nie na takich smutnych frustratów jak ja i moi bracia.
sobota, 25 sierpnia 2012
Czy ja tracę zmysły?
Dostałam w nocy ataku histerii. Już po południu poryczałam się gdy Ludzik płakał zwijając się z bólu brzuszka. Mój mąż powiedział mi wówczas, że muszę wziąć się w garść. Jak powiadają w powieściach dla gospodyń domowych - wówczas coś we mnie pękło. Musze się wziąć w garść, muszę odstawić nabiał i inne potencjalne alergeny, muszę budzić się w nocy sto razy i karmić Ludzika, muszę go nosić i usypiać, muszę chodzić na spacery codziennie, muszę nauczyć go spać w łóżeczku (- to moja mama, ale napiszę na ten temat w odrębnym poście). Muszę jeszcze milion innych rzeczy. Nagle wydało mi się, że nikt inny na świecie nie musi tyle co ja. Ja muszę najwięcej i mam tego już serdecznie dość. Myszkin z uwagi na swój kręgosłup w domu nie tylko nie musi, ale wręcz nie może nic. A ja muszę jeszcze utrzymywać w ryzach cały dom, sprzątać, prać, robić zakupy. I nigdzie nie mogę wyjść, żadnej nagrody, żadnej możliwości odstresowania się, zostawienia domu choćby na kilka godzin. Ale wtedy jeszcze jakoś się pozbierałam.
Natomiast w nocy, gdy Ludzik obudził się trzydzieści minut po północy, a o godzinie drugiej nadal płakał, dostałam spazmów, klęłam i wyłam histerycznie szlochając. Ludzik w tym czasie się darł. W takim stanie zastał nas mój mąż.
Mam wrażenie, że jeszcze trochę i zawiozą mnie do wariatkowa. Cały dzień płaczę, boję się o Małego, te jego zachłyśnięcia są przerażające. Jednocześnie jestem fizycznie wykończona, zadeptana, ledwo żyję. Niech już minie następne 3 miesiące.
Natomiast w nocy, gdy Ludzik obudził się trzydzieści minut po północy, a o godzinie drugiej nadal płakał, dostałam spazmów, klęłam i wyłam histerycznie szlochając. Ludzik w tym czasie się darł. W takim stanie zastał nas mój mąż.
Mam wrażenie, że jeszcze trochę i zawiozą mnie do wariatkowa. Cały dzień płaczę, boję się o Małego, te jego zachłyśnięcia są przerażające. Jednocześnie jestem fizycznie wykończona, zadeptana, ledwo żyję. Niech już minie następne 3 miesiące.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Dziewczyny, nie umówiłam się z doradczynią, ponieważ od wczoraj nastąpiła znacząca poprawa w naszych zmaganiach z sikającym cyckiem. Nie wiem jak to się stało, bo wszak jeszcze we wtorek rano było tragicznie, ale jakimś cudem, ni stąd ni zowąd (nie jestem pewna czy tak to się pisze...) laktacja jakby się unormowała, dotyczy to również lewej piersi. Widzę to także po wkładkach laktacyjnych - są prawie zupełnie suche, a nie tak jak wcześniej ciężkie i przeciekające niekiedy już po dwóch godzinach od założenia. Z tym sikającym oczywiście nie jest jeszcze całkiem idealnie, nadal zdarza się, że tryska, ale już znacznie rzadziej i krócej, więc Chłopcu radzi sobie całkiem dobrze. W każdym razie może spokojnie zjeść również z prawej piersi. Normalnie cuda, czy co? Dla pewności nadal zachowuję schemat 2 karmienia z lewej i jedno z prawej, a dodatkowo jeszcze z prawej odciągam mleko pierwszej fazy.
Martwi mnie natomiast co innego - a mianowicie to, że w ciągu dnia jak Chłopcu nie jest w chuście, na leżaczku lub na spacerze, jest bardzo marudny. Wiem, że to przez te cholerne dolegliwości. Noce też mnie niepokoją, bo wcześniej zdarzało się, że spał nawet 3,5 godziny z rzędu, a teraz budzi się punktualnie co dwie godziny, jak z zegarkiem w ręku, a od 4 co godzinę. Płacze, wygina się i pręży, a dzisiejszej nocy dwa razy zakrztusił się ulewką, co przeraziło mnie nie na żarty. Zastanawiam się czy to jednak nie wina nabiału... Skórkę ma bez zarzutu, żadnych objawów alergii, ale może to taka cholera, która daje wyłącznie reakcję ze strony przewodu pokarmowego? Może ten pieprzony nabiał pogarsza chłopcowe dolegliwości? Byłam na diecie bezmlecznej przez ok. miesiąc, ale może zbyt krótko i może nie była wystarczająco restrykcyjna (kilka razy zdarzyło się, że zjadłam ciastka, w których składzie, jak się okazało, była serwatka w proszku)? Chyba zrezygnuję z nabiału całkowicie i uważnie będę śledzić etykiety produktów, może to spowoduje, że wreszcie wyjdziemy na prostą....
Martwi mnie natomiast co innego - a mianowicie to, że w ciągu dnia jak Chłopcu nie jest w chuście, na leżaczku lub na spacerze, jest bardzo marudny. Wiem, że to przez te cholerne dolegliwości. Noce też mnie niepokoją, bo wcześniej zdarzało się, że spał nawet 3,5 godziny z rzędu, a teraz budzi się punktualnie co dwie godziny, jak z zegarkiem w ręku, a od 4 co godzinę. Płacze, wygina się i pręży, a dzisiejszej nocy dwa razy zakrztusił się ulewką, co przeraziło mnie nie na żarty. Zastanawiam się czy to jednak nie wina nabiału... Skórkę ma bez zarzutu, żadnych objawów alergii, ale może to taka cholera, która daje wyłącznie reakcję ze strony przewodu pokarmowego? Może ten pieprzony nabiał pogarsza chłopcowe dolegliwości? Byłam na diecie bezmlecznej przez ok. miesiąc, ale może zbyt krótko i może nie była wystarczająco restrykcyjna (kilka razy zdarzyło się, że zjadłam ciastka, w których składzie, jak się okazało, była serwatka w proszku)? Chyba zrezygnuję z nabiału całkowicie i uważnie będę śledzić etykiety produktów, może to spowoduje, że wreszcie wyjdziemy na prostą....
wtorek, 21 sierpnia 2012
Ostatnia deska ratunku
Na czwartek umówiłam się z inną doradczynią laktacyjną - taką z papierami międzynarodowego konsultanta laktacyjnego. Zobaczymy co z tego wyniknie. Próbowałam jakoś wysondować czy w ogóle jest sens, czy pani powie mi coś nowego niż to, co już sama wiem (a wiem sporo) na temat możliwych rozwiązań naszego problemu - czyli sikającej mlekiem prawej piersi. Niestety pani kategorycznie oświadczyła, że musi zobaczyć co się dzieje na własne oczy. W związku z tym mogę już przygotowywać kolejną stówkę. Traktuję tę panią jak ostatnią deskę ratunku, łudzę się nadzieją, że może jak ona - fachura - przyjdzie i się nami zajmie to w cudowny sposób naprawi tę cholerną prawą pierś, a karmienia przestaną być dla mnie nieustającą gehenną. Oczywiście rozum i doświadczenie podpowiadają, że wizyta konsultantki fachury i tak gówno da i nadal będę się użerać z pieprzonym sikającym cycem, ale nie zaznałabym spokoju ducha gdybym nie wyczerpała wszystkich możliwych sposobów udzielenia pomocy sobie i synkowi. Żadne ze stosowanych przeze mnie dotychczas rozwiązań nie przynosi skutku i Chłopcu przy niemal każdym karmieniu z prawej piersi urządza awantury, je i tak niewiele, a przez to, że łyka mnóstwo powietrza w efekcie często zwraca większość tego co zjadł. No i boli go brzuszek. Z lewą piersią nie ma takich jazd.
W następną środę wybieramy się natomiast do radiologa na usg brzuszka w kierunku refluksu. Pani doktor już w rozmowie telefonicznej delikatnie zasugerowała, że skoro Chłopcu pięknie przybiera na wadze nie ma się czym martwić i badanie nie byłoby pewnie konieczne, ale wolę żeby spojrzała co tam jest w środku, w tym małym człowieczku. Usg nie jest przecież inwazyjne, a będziemy wiedzieli na ile ten domniemany refluks może stanowić w przyszłości problem.
W następną środę wybieramy się natomiast do radiologa na usg brzuszka w kierunku refluksu. Pani doktor już w rozmowie telefonicznej delikatnie zasugerowała, że skoro Chłopcu pięknie przybiera na wadze nie ma się czym martwić i badanie nie byłoby pewnie konieczne, ale wolę żeby spojrzała co tam jest w środku, w tym małym człowieczku. Usg nie jest przecież inwazyjne, a będziemy wiedzieli na ile ten domniemany refluks może stanowić w przyszłości problem.
niedziela, 19 sierpnia 2012
Rutyna i plan dnia
Ech, nie wiem jak mam się zabrać za wprowadzanie jakiejś rutyny w życiu Ludzika. Na razie kąpiel jest jedynym stałym i niezmiennym elementem dnia. Martwi mnie jednak, że Ludzik zdecydowanie za mało śpi. Noc trwa od 21 do 6-7 rano i przerywana jest co najmniej czterema pobudkami. W dzień zaś Chłopcu dłużej pośpi (tzn. około godzinę do półtorej) tylko na spacerze albo jak jest w chuście. Jeśli (tak jak dzisiaj) nie wybierzemy się na spacer i nie założę chusty Mały przydrzemie wyłącznie na leżaczku i to nie dłużej niż pół godziny. W łóżeczku już w ogóle nie chce spać. Odłożony natychmiast się wybudza, natomiast wcześniej bywało, że spał nawet godzinę w łóżeczku, a nieraz zdarzało się, że zasnął samodzielnie. Nie wiem co robić, bo takie spanie w leżaczku jest nieokej, a poza tym boję się, że się przyzwyczai i później będziemy mieć poważny kłopot. Z drugiej strony zależy mi by pospał chociaż trochę, gdyż brak odpowiedniej ilości snu powoduje, co oczywiste, rozdrażnienie i złe samopoczucie, a gdyby nie te drzemki w leżaczku spania w ogóle by nie było. Nocne usypianie też jest jakąś kompletną masakrą. Mały usypia przy piersi, ale żeby przy niej usnął najpierw muszę pohuśtać go w foteliku samochodowym przy dźwiękach suszarki nagranych na komórkę. To w sumie chore.
Mysia pojechała na wakacje do babci na tydzień i rozważam poważne zabranie się za Ludzika, tzn. za wprowadzenie mu rutyny i zaplanowanego dnia. Nie wiem tylko czy nie jest na to jeszcze zbyt mały. No i jak przekonać go do spania w łóżeczku??? Przeszkodą w jakimś sensownym usypianiu mogą okazać się jego bóle brzuszka, bo to one powodują, że Mały nie jest w stanie spokojnie zasnąć przy piersi tylko uprzednio muszę uspokajać go huśtaniem w foteliku samochodowym.
Ludzik ma aktualnie 6,5 tygodnia. Tracy Hogg twierdziła, że na naukę samodzielności nigdy nie jest za wcześniej, ale w przypadku Mysi nie udało mi się wcielić w życie jej wskazówek. Natomiast po lekturze zapisków na starym blogu stwierdzam, że z Mysią wszystko było dużo prostsze, chociaż i ona cierpiała na kłopoty z brzuszkiem i to również od samego początku. Pamiętam jak się dziwiłam, że ludzie usypiają dzieci w wózkach i fotelikach samochodowych oraz posługują się suszarkami celem spacyfikowania niemowlęcia, bo u nas szczytem ekstrawagancji było spanie razem w łóżku i od czasu do czasu usypianie na rękach. Wydawało mi się wtedy, że jestem taka zajebista bo radzę sobie z dzieckiem po ludzku, tzn. bez tego typu nadzwyczajnych środków. Te wszystkie sposoby przerabiamy teraz z Chłopcem. Jak Mysia była malutka nie wiedziałam po prostu, że dzieciak może naprawdę tak dać w kość, iż słaniający się ze zmęczenia rodzice chwycą się wszystkiego co sprawi, że dziecko wreszcie odpłynie do krainy Morfeusza. Aktualnie już to doskonale wiem.
Wracając zaś do wizyty doradczyni laktacyjnej stwierdzam, że nie jestem z niej zadowolona i że były to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo to nie jest tak, że Ludzik denerwuje się z powodu moich napięć. On się denerwuje z powodu bólów brzucha, czego jestem pewna, gdyż słyszę jak mu się w brzuszku przelewa i on właśnie w tych momentach płacze. Gdy w brzuszku jest spokój on też jest spokojny, chociaż ja przy każdym karmieniu jestem zestresowana bo nie wiem jak ono będzie ostatecznie przebiegać. I nie jest tak, że jego refluks jest jakimś wymysłem, bo przecież widzę, że pokarm mu się cofa, co powoduje olbrzymi dyskomfort; ulewania również są faktem. Chyba po prostu musi minąć jakiś czas by jego układ trawienny dojrzał. Dlatego tekst o tym, że dobrze może być już teraz, jeśli tylko pozbędę się napięć, jest zwyczajnym truizmem, bo nie wierzę, że moje napięcia powodują jego refluks. Jestem cholernie na siebie wkurzona, że wydałam ponad stówę na wysłuchanie metafizycznych bajek o pozbyciu się napięć i wyciszających masażach, które działają tylko gdy Chłopcu jest i tak spokojny, a jak jest niespokojny to tylko go jeszcze bardziej wkurzają.
Jejku... już tyle kasy poszło w błoto - na wszystkie możliwe rodzaje smoczków, których on nie akceptuje, cztery różne butelki i dwa rodzaje mleka modyfikowanego, których on nie akceptuje, lekarstwa antykolkowe, których on nie akceptuje. Wszystko to na próżno, a łącznie pewnie kilkaset złotych na to wydaliśmy.
Z pozytywów - byłam wczoraj z Myszkinem w mieście, w knajpie :))) Co prawda tylko dwie godziny, ale zawsze to wyjście do ludzi! Z dziećmi została teściowa. Jak wróciliśmy Chłopcu był całkowicie wybudzony i ryczał, musiałam go uspokoić huśtaniem w foteliku i dopiero wtedy zasnął, ale i tak było warto. A dzisiaj.... TAK!!! Uśmiechnął się do mnie tak naprawdę szeroko!!! I to kilka razy pod rząd. Oczywiście musiałam go bardzo zachęcać, ale uśmiechy były.
Mysia pojechała na wakacje do babci na tydzień i rozważam poważne zabranie się za Ludzika, tzn. za wprowadzenie mu rutyny i zaplanowanego dnia. Nie wiem tylko czy nie jest na to jeszcze zbyt mały. No i jak przekonać go do spania w łóżeczku??? Przeszkodą w jakimś sensownym usypianiu mogą okazać się jego bóle brzuszka, bo to one powodują, że Mały nie jest w stanie spokojnie zasnąć przy piersi tylko uprzednio muszę uspokajać go huśtaniem w foteliku samochodowym.
Ludzik ma aktualnie 6,5 tygodnia. Tracy Hogg twierdziła, że na naukę samodzielności nigdy nie jest za wcześniej, ale w przypadku Mysi nie udało mi się wcielić w życie jej wskazówek. Natomiast po lekturze zapisków na starym blogu stwierdzam, że z Mysią wszystko było dużo prostsze, chociaż i ona cierpiała na kłopoty z brzuszkiem i to również od samego początku. Pamiętam jak się dziwiłam, że ludzie usypiają dzieci w wózkach i fotelikach samochodowych oraz posługują się suszarkami celem spacyfikowania niemowlęcia, bo u nas szczytem ekstrawagancji było spanie razem w łóżku i od czasu do czasu usypianie na rękach. Wydawało mi się wtedy, że jestem taka zajebista bo radzę sobie z dzieckiem po ludzku, tzn. bez tego typu nadzwyczajnych środków. Te wszystkie sposoby przerabiamy teraz z Chłopcem. Jak Mysia była malutka nie wiedziałam po prostu, że dzieciak może naprawdę tak dać w kość, iż słaniający się ze zmęczenia rodzice chwycą się wszystkiego co sprawi, że dziecko wreszcie odpłynie do krainy Morfeusza. Aktualnie już to doskonale wiem.
Wracając zaś do wizyty doradczyni laktacyjnej stwierdzam, że nie jestem z niej zadowolona i że były to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo to nie jest tak, że Ludzik denerwuje się z powodu moich napięć. On się denerwuje z powodu bólów brzucha, czego jestem pewna, gdyż słyszę jak mu się w brzuszku przelewa i on właśnie w tych momentach płacze. Gdy w brzuszku jest spokój on też jest spokojny, chociaż ja przy każdym karmieniu jestem zestresowana bo nie wiem jak ono będzie ostatecznie przebiegać. I nie jest tak, że jego refluks jest jakimś wymysłem, bo przecież widzę, że pokarm mu się cofa, co powoduje olbrzymi dyskomfort; ulewania również są faktem. Chyba po prostu musi minąć jakiś czas by jego układ trawienny dojrzał. Dlatego tekst o tym, że dobrze może być już teraz, jeśli tylko pozbędę się napięć, jest zwyczajnym truizmem, bo nie wierzę, że moje napięcia powodują jego refluks. Jestem cholernie na siebie wkurzona, że wydałam ponad stówę na wysłuchanie metafizycznych bajek o pozbyciu się napięć i wyciszających masażach, które działają tylko gdy Chłopcu jest i tak spokojny, a jak jest niespokojny to tylko go jeszcze bardziej wkurzają.
Jejku... już tyle kasy poszło w błoto - na wszystkie możliwe rodzaje smoczków, których on nie akceptuje, cztery różne butelki i dwa rodzaje mleka modyfikowanego, których on nie akceptuje, lekarstwa antykolkowe, których on nie akceptuje. Wszystko to na próżno, a łącznie pewnie kilkaset złotych na to wydaliśmy.
Z pozytywów - byłam wczoraj z Myszkinem w mieście, w knajpie :))) Co prawda tylko dwie godziny, ale zawsze to wyjście do ludzi! Z dziećmi została teściowa. Jak wróciliśmy Chłopcu był całkowicie wybudzony i ryczał, musiałam go uspokoić huśtaniem w foteliku i dopiero wtedy zasnął, ale i tak było warto. A dzisiaj.... TAK!!! Uśmiechnął się do mnie tak naprawdę szeroko!!! I to kilka razy pod rząd. Oczywiście musiałam go bardzo zachęcać, ale uśmiechy były.
Subskrybuj:
Posty (Atom)