Trochę tracę kontakt z moim blogiem, bo nie mam czasu na pisanie. Ale wkrótce się to zmieni! Tak przynajmniej podejrzewam.
Natomiast do rzeczy!
Jak pewnie pamiętacie, od stycznia idę "na swoje". Wszystko jest w kompletnym proszku, nie mam strony, nie mam maila, w biurze jeden pokój do pomalowania stoi odłogiem, wszędzie zalegają jakieś gówniane meble do niczego mi niepotrzebne i naprawdę nie wygląda tam, jakby od stycznia miało się to stać mym nowym miejscem pracy. W aktualnej pracy, mniej więcej od drugiej dekady grudnia zaczęłam odczuwać dosyć silne rozluźnienie atmosfery, pracy jakoś mniej i stresu też mniej, a więcej spokoju.
Co więcej, moi szefowie nagle zaczęli wysyłać mi wyraźne sygnały, że szkoda iż tak to się potoczyło. Jeden z nich kilkukrotnie pytał mnie czy nie zmieniłam decyzji i czy jestem pewna, że nie powinnam tu jednak zostać. I że jeżeli czuję się zbyt obciążona pracą mogłam zatrudnić sobie ludzi, którzy by za mnie wszystko robili, a ja bym nimi tylko zarządzała. W trakcie służbowej Wigilii miałam wręcz wrażenie, że chyba zostałam pracownikiem roku nic o tym nie wiedząc. Sądziłam, że się nie nadaję, że jestem beznadziejna, a okazało się, że jestem zajebista i po prostu wymiatam! Oczywiście tak naprawdę wcale tak nie jest. To znaczy pewnie rzeczywiście zastosowałam wobec siebie zbyt surową miarę, ale to co mówił szef, że najlepiej sobie radzę z zarządzaniem zespołem i że zrobiłam furorę wśród klientów, zostało powiedziane chyba z nadmierną ekscytacją i niezbyt obiektywnym oglądem sytuacji. Tak czy inaczej, wszyscy zapowiedzieli się, że czekają na parapetówkę w moim nowym biurze.
Nie wiem co o tym myśleć, dziwnie się czuję. Tak jakbym naprawdę była członkiem tego zespołu, chociaż przez cały okres mojego funkcjonowania tutaj ani przez chwilę nie miałam takiego wrażenia.
W domu atmosfera choinkowo-świąteczna. Mysia przez całą sobotę produkowała kilometry łańcucha, który wczoraj przepięknie przyozdobił nasze drzewko. Pupu co chwilę załamywał się kompletnie, nie mogąc dostać do łapek bombek. Teraz zastanawiamy się jak zabezpieczyć choinkę przed jego eksploracją. Chłopczyś nadal nie chodzi samodzielnie, a ma już prawie półtora roku. Dzisiaj był u neurologa, ale lekarz nie stwierdził niczego niepokojącego. Ot, po prostu ma stracha więc jest ostrożny. Natomiast wspinanie się na wszystko wychodzi mu świetnie, chociaż ryzyko upadku jest w mojej ocenie daleko większe niż przy chodzeniu na nóżkach.
Ja siedzę w pracy, ale jak widzicie, zamiast pracować piszę :). Mam jednak jeszcze sporo do zrobienia, a dziś wychodzę wcześniej, bo muszę zorganizować karpia, kilka prezentów i parę innych rzeczy. Dlatego kończę już życząc Wam z całego serca WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!
poniedziałek, 23 grudnia 2013
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Grudniowo...
Już grudzień, ech jak ten czas szybko leci! Od stycznia mam ruszyć z moją nową firmą, a jestem w lesie kompletnym. Trzeba pomalować jeden pokój w naszym lokalu, zorganizować meble (w tym część kupić), od dwóch tygodni mam napisać teksty na stronę www i zupełnie nie mam na to wszystko czasu. Myszkin ma urodziny w sobotę, więc muszę mu kupić prezent, w tym samym dniu jest kiermasz w p-kolu, zapisałam się na sprzątanie po kiermaszu, więc naprawdę nie wiem kiedy mam się zająć przyszłą robotą. Do sporządzenia biznesplanu nawet jeszcze nie usiadłam, a moja Mama, która udostępnia mi lokal, zażyczyła sobie takiego poglądowego biznesplanu.
Straszne to jest, że w tym codziennym pędzie naprawdę nie mam kiedy zająć się jakimikolwiek dodatkowymi sprawami. Czuję się jak chomik w takim kółeczku, w którym cały czas się kręci. Dodatkowo grudzień napawa mnie lękiem z finansowego punktu widzenia - spłata trzeciej raty zaległości w podatku vat, prezent na Myszkina 40 (40 to w końcu nie w kij dmuchał!) i prezenty dla kilku innych bliskich osób, które w grudniu obchodzą urodziny, no i Gwiazdka! Do obdarowania 10 osób. Później Sylwester, który my organizujemy. Jak to ogarnąć? Co roku robimy sobie listę prezentów, o których marzymy. Obdarowujący ma wówczas ułatwioną sytuację, bo ma z czego wybierać i nie musi kupować na siłę. Z powodu nienajłatwiejszej sytuacji finansowej, zainspirowana również artykułem, który przeczytałam w "Twoim Stylu", zaproponowałam naszej rodzinnej "paczce" by może w gronie dorosłych nie kupować każdy każdemu, tylko zrobić losowanie. Propozycja nie spotkała się z pozytywnym odzewem, a od szwagierki przeczytałam (bo to było mailem), że w gwiazdkowych prezentach chodzi o gest i pamięć, ale jeżeli chcę to oczywiście mogę wywalić wszystkie oszczędności na prezent dla jednej osoby bo przecież nikt się nie obrazi, nie będziemy się wszak rozliczać. Zrobiło mi się tak przykro, że aż łzy stanęły mi w oczach (chociaż byłam w pracy). Przecież zupełnie nie o to mi chodziło! Wiadomo jednak, że jeżeli na prezentowych listach wpisywane są konkretne podarki, to głupio kupować drobiazgi (jako wyraz tej świątecznej pamięci) za przysłowiowe 5 złotych. Była to luźna propozycja, a zostałam odebrana jak jakaś skąpa suka bez serca.
Chciałam też napisać o tym, że ostatnio męczyło mnie silne przeświadczenie, że jestem złą matką. W sensie, że moje własne dzieciaki momentami (ostatnio coraz częściej) okropnie mnie wkurzają i naprawdę marze o tym, żeby chociaż na weekend się ich pozbyć. Odkąd urodził się Mały (czyli 17 miesięcy temu) nie było takiej sytuacji żebym nie miała pod opieką dzieci lub jednego z nich. Jestem spragniona samotności.
Straszne to jest, że w tym codziennym pędzie naprawdę nie mam kiedy zająć się jakimikolwiek dodatkowymi sprawami. Czuję się jak chomik w takim kółeczku, w którym cały czas się kręci. Dodatkowo grudzień napawa mnie lękiem z finansowego punktu widzenia - spłata trzeciej raty zaległości w podatku vat, prezent na Myszkina 40 (40 to w końcu nie w kij dmuchał!) i prezenty dla kilku innych bliskich osób, które w grudniu obchodzą urodziny, no i Gwiazdka! Do obdarowania 10 osób. Później Sylwester, który my organizujemy. Jak to ogarnąć? Co roku robimy sobie listę prezentów, o których marzymy. Obdarowujący ma wówczas ułatwioną sytuację, bo ma z czego wybierać i nie musi kupować na siłę. Z powodu nienajłatwiejszej sytuacji finansowej, zainspirowana również artykułem, który przeczytałam w "Twoim Stylu", zaproponowałam naszej rodzinnej "paczce" by może w gronie dorosłych nie kupować każdy każdemu, tylko zrobić losowanie. Propozycja nie spotkała się z pozytywnym odzewem, a od szwagierki przeczytałam (bo to było mailem), że w gwiazdkowych prezentach chodzi o gest i pamięć, ale jeżeli chcę to oczywiście mogę wywalić wszystkie oszczędności na prezent dla jednej osoby bo przecież nikt się nie obrazi, nie będziemy się wszak rozliczać. Zrobiło mi się tak przykro, że aż łzy stanęły mi w oczach (chociaż byłam w pracy). Przecież zupełnie nie o to mi chodziło! Wiadomo jednak, że jeżeli na prezentowych listach wpisywane są konkretne podarki, to głupio kupować drobiazgi (jako wyraz tej świątecznej pamięci) za przysłowiowe 5 złotych. Była to luźna propozycja, a zostałam odebrana jak jakaś skąpa suka bez serca.
Chciałam też napisać o tym, że ostatnio męczyło mnie silne przeświadczenie, że jestem złą matką. W sensie, że moje własne dzieciaki momentami (ostatnio coraz częściej) okropnie mnie wkurzają i naprawdę marze o tym, żeby chociaż na weekend się ich pozbyć. Odkąd urodził się Mały (czyli 17 miesięcy temu) nie było takiej sytuacji żebym nie miała pod opieką dzieci lub jednego z nich. Jestem spragniona samotności.
środa, 13 listopada 2013
Zawiść
Czy dopada Was czasami zawiść? Mnie dopadła wczoraj. Rozmawiałam z koleżanką, którą naprawdę bardzo, bardzo lubię. Pochwaliła się, że właśnie wybiera się do Aten ze swoimi kumpelami, ot tak, żeby się trochę wyluzować. Dodam, że ona nie pracuje zawodowo. Dzieci ma w przedszkolu, pomaga mężowi przy obsłudze jego strony internetowej i zajmuje się domem. Doskonale wiem, że zajmowanie się domem to nie jest łatwa robota, ale ja... też zajmuję się domem, a oprócz tego bardzo ciężko pracuję. I nie jadę do Aten. Nigdzie nie jadę. A jeszcze jak porzucę stałą współpracę na rzecz bycia wolnym strzelcem to z pewnością czeka nas głęboki finansowy dół. Chciałam, marzyłam, byłam PRZEKONANA, że w tym roku już na bank, na dwa banki, pojedziemy na narty, ale powoli godzę się z tym, że nic z tego nie wyjdzie, tak jak przez ostatnich pięć lat.
Ja nie wiem jak to się dzieje, że ciągle balansujemy w okolicach zera. W sensie, że nie mamy żadnych oszczędności, żyjemy od przysłowiowego 1 do 1, przy czym pod koniec miesiąca zdecydowanie brak swobody finansowej i nie myślę tu o jakichś nie wiadomo jakich zachciankach. Mnóstwo kasy pochłania opieka nad dziećmi, w szczególności niania, ale tego nie przeskoczymy. Nie wiem gdzie szukać oszczędności, bo na siebie nie wydaję już prawie nic. Pewnie musielibyśmy ograniczyć życie towarzyskie, bo wiadomo jak to jest - praktycznie w każdym tygodniu ktoś nas odwiedza, no to trzeba postarać się o jakiś poczęstunek i wino (nie jedno :). Ale z drugiej strony to takie miłe, że mamy tylu znajomych i przyjaciół. Jednak pewnie trzeba będzie trochę przystopować.
A Wy macie jakieś sposoby na oszczędzanie?
Ja nie wiem jak to się dzieje, że ciągle balansujemy w okolicach zera. W sensie, że nie mamy żadnych oszczędności, żyjemy od przysłowiowego 1 do 1, przy czym pod koniec miesiąca zdecydowanie brak swobody finansowej i nie myślę tu o jakichś nie wiadomo jakich zachciankach. Mnóstwo kasy pochłania opieka nad dziećmi, w szczególności niania, ale tego nie przeskoczymy. Nie wiem gdzie szukać oszczędności, bo na siebie nie wydaję już prawie nic. Pewnie musielibyśmy ograniczyć życie towarzyskie, bo wiadomo jak to jest - praktycznie w każdym tygodniu ktoś nas odwiedza, no to trzeba postarać się o jakiś poczęstunek i wino (nie jedno :). Ale z drugiej strony to takie miłe, że mamy tylu znajomych i przyjaciół. Jednak pewnie trzeba będzie trochę przystopować.
A Wy macie jakieś sposoby na oszczędzanie?
środa, 30 października 2013
Różne
Bardzo dawno nie pisałam, naprawdę nie mam w ogóle czasu. Męczy mnie to okropnie, ale sprawy niebawem mają się zmienić - odbyłam rozmowę z moimi szefami i powiedziałam, że zamierzam pójść na swoje. Zapytałam czy widzą możliwość współpracy na zmienionych zasadach i odpowiedzieli, że tak. Rozmowa przebiegła spokojnie, bez focha i nerwów, w naprawdę pozytywnej atmosferze. Byłam z niej zadowolona. Padły deklaracje o możliwości współpracy na zasadzie outsourcingu (że oni będą outsoursować moje usługi), ja będę sobie siedzieć w swoim biurze, pracować na stawce godzinowej i wszystko będzie grało i buczało. Dla mnie takie rozwiązanie jest super, bo miałabym pewność, że nie zostanę całkowicie bez pieniędzy i chociaż na ZUS dam radę uzbierać. Niemniej jednak podchodzę do tych deklaracji z pewną dozą nieufności. Czuję "przez skórę", że o ile dojdzie do takiej współpracy to ona szybko się zakończy, po prostu umrze śmiercią naturalną, zatrudnią kogoś, kto przejmie moje tematy i tyle. Ale fajnie, że tak pokojowo się to wszystko rozegrało. Na moją propozycję bym odeszła wraz z początkiem roku też zareagowali jak najbardziej pozytywnie. Dziwi mnie tylko, że jeszcze nikomu z pozostałych członków zespołu nic nie powiedzieli, chociaz rozmawialiśmy 2 tygodnie temu. Wydaje mi się, że nie powinnam wychodzić w tym zakresie przed szereg i opowiadać o tym zanim oni tego oficjalnie nie ogłoszą.
Oprócz tego zaczęliśmy z Myszkinem terapię małżeńską. Po pierwszym spotkaniu byliśmy obydwoje pozytywnie nastawieni i nawet miałam wrażenie, że się staramy być dla siebie lepsi. Trwało to przez jakiś czas, jednak do kolejnej wizyty, która była wczoraj (3 tygodnie po pierwszej, nasz entuzjazm trochę zdążył opaść. Najgorsze jest to, że kolejna wizyta będzie dopiero za półtora miesiąca bo nasi terapeuci nie mają wcześniej wolnych terminów. Zaczynam powątpiewać w sens terapii, skoro odstępy między wizytami mają być tak długie. Na wczorajszym spotkaniu mówiliśmy o swoich oczekiwaniach - wobec siebie samych, męża/żony, małżeństwa. Pan terapeuta po wysłuchaniu wywodów (nader chaotycznych) Myszkina stwierdził, że z jego wypowiedzi wynika, iż do siebie nie ma on żadnych zastrzeżeń i oczekuje zmian tylko ode mnie. Zamierzam dzisiaj zapytać go co o tym myśli bo wczoraj wracaliśmy stamtąd w okolicach 22 i ja już wówczas byłam na wpół nieprzytomna.
Tydzień temu mieliśmy piątą rocznicę ślubu. Poszliśmy z tej okazji do kina na "Chce się żyć" (który bardzo polecam), a następnie na wino i sushi. Było naprawdę miło.
Szukamy też niani, bo nasza aktualna zaczęła studia i nie jesteśmy w stanie pogodzić jej wcześniejszego wychodzenia z naszą pracą. Przestało to działać. Mamy dwie faworytki, ale chyba zdecydujemy się na młodszą i korzystniejszą finansowo. Sprawia naprawdę fajne wrażenie i nawet nasz Pupu ją zaczepiał, krygował się, popisywał, szybko nawiązał kontakt, co w jego przypadku jest naprawdę ewenementem.
Widzicie więc, że idzie nowe. Wielkimi krokami. Trochę się boję, że nie wyrobimy finansowo, ale co tam! Raz się żyje, trzeba wreszcie spróbować stanąć na własnych nogach.
Oprócz tego zaczęliśmy z Myszkinem terapię małżeńską. Po pierwszym spotkaniu byliśmy obydwoje pozytywnie nastawieni i nawet miałam wrażenie, że się staramy być dla siebie lepsi. Trwało to przez jakiś czas, jednak do kolejnej wizyty, która była wczoraj (3 tygodnie po pierwszej, nasz entuzjazm trochę zdążył opaść. Najgorsze jest to, że kolejna wizyta będzie dopiero za półtora miesiąca bo nasi terapeuci nie mają wcześniej wolnych terminów. Zaczynam powątpiewać w sens terapii, skoro odstępy między wizytami mają być tak długie. Na wczorajszym spotkaniu mówiliśmy o swoich oczekiwaniach - wobec siebie samych, męża/żony, małżeństwa. Pan terapeuta po wysłuchaniu wywodów (nader chaotycznych) Myszkina stwierdził, że z jego wypowiedzi wynika, iż do siebie nie ma on żadnych zastrzeżeń i oczekuje zmian tylko ode mnie. Zamierzam dzisiaj zapytać go co o tym myśli bo wczoraj wracaliśmy stamtąd w okolicach 22 i ja już wówczas byłam na wpół nieprzytomna.
Tydzień temu mieliśmy piątą rocznicę ślubu. Poszliśmy z tej okazji do kina na "Chce się żyć" (który bardzo polecam), a następnie na wino i sushi. Było naprawdę miło.
Szukamy też niani, bo nasza aktualna zaczęła studia i nie jesteśmy w stanie pogodzić jej wcześniejszego wychodzenia z naszą pracą. Przestało to działać. Mamy dwie faworytki, ale chyba zdecydujemy się na młodszą i korzystniejszą finansowo. Sprawia naprawdę fajne wrażenie i nawet nasz Pupu ją zaczepiał, krygował się, popisywał, szybko nawiązał kontakt, co w jego przypadku jest naprawdę ewenementem.
Widzicie więc, że idzie nowe. Wielkimi krokami. Trochę się boję, że nie wyrobimy finansowo, ale co tam! Raz się żyje, trzeba wreszcie spróbować stanąć na własnych nogach.
niedziela, 6 października 2013
Dobrze jest!
Dobrze jest z Pupu!!! Byliśmy na eeg i badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości :))) Malutek był okropnie dzielny i spisał się na medal, jak prawdziwy mały bohater! Ja, co prawda, byłam tego dnia masakrycznie chora, czułam się jak ścierka, ale Pupu dał radę jak nigdy! Duma mnie rozpiera :)
Mniej jestem dumna z siebie i swojego zachowania wobec Mysi. Ostatnio kilka razy strasznie się na nią darłam. Najgorsze jest to, że ona nawet już specjalnie na to nie reaguje, tylko mówi po prostu: "nie krzycz na mnie" - jakby pogodziła się z tym, że mama już taka jest, że wrzeszczy. Czuję, że ją tym krzywdzę i nie umiem, jak przychodzi co do czego, nad sobą zapanować. Muszę się bardziej postarać. Jak będzie trzeba, pójdę do psychologa. Nie chcę przecież krzywdzić własnych dzieci swoimi paranojami.
Dzisiaj też przyszło mi do głowy, iż dość znamienne jest to, że już od dawien dawna nie miałam czegoś takiego, że muszę sobie sprawić nagrodę. Jak wiecie, w przypadku jakichś zawodowych sukcesów, miałam skłonność do tego by się za nie wynagradzać. Skoro nie zasługuję na nagrody (które wszak sama sobie przyznawałam, co raczej wyklucza obiektywizm :) to ze mną dobrze nie jest.
Mniej jestem dumna z siebie i swojego zachowania wobec Mysi. Ostatnio kilka razy strasznie się na nią darłam. Najgorsze jest to, że ona nawet już specjalnie na to nie reaguje, tylko mówi po prostu: "nie krzycz na mnie" - jakby pogodziła się z tym, że mama już taka jest, że wrzeszczy. Czuję, że ją tym krzywdzę i nie umiem, jak przychodzi co do czego, nad sobą zapanować. Muszę się bardziej postarać. Jak będzie trzeba, pójdę do psychologa. Nie chcę przecież krzywdzić własnych dzieci swoimi paranojami.
Dzisiaj też przyszło mi do głowy, iż dość znamienne jest to, że już od dawien dawna nie miałam czegoś takiego, że muszę sobie sprawić nagrodę. Jak wiecie, w przypadku jakichś zawodowych sukcesów, miałam skłonność do tego by się za nie wynagradzać. Skoro nie zasługuję na nagrody (które wszak sama sobie przyznawałam, co raczej wyklucza obiektywizm :) to ze mną dobrze nie jest.
czwartek, 26 września 2013
Czy ktoś wie na czym polega terapia małżeńska? Bo my się wkrótce wybieramy na pierwsze spotkanie i zastanawiam się jak to może wyglądać i czego mam się spodziewać...
Chłopcuś póki co nie miewa żadnych niepokojących objawów, no może poza tym, że jest strasznym nerwusem. Ostatnio zafascynowało go mycie zębów i dostaje dzikiego szału gdy próbuje się mu odebrać szczoteczkę. Te jego napady wściekłości są naprawdę męczące. O byle błahostkę robi taką aferę, że można oszaleć, drze się jak opętany. Nie cierpię tego. Ale gdy wszystko mu pasuje to jest naprawdę super. Coraz fajniej bawią się razem z Mysią, która jest bardzo zaangażowana w zapewnianie Chłopcuszkowi licznych rozrywek. 1 października idziemy na EEG. To będzie wyzwanie, bo na badaniu dziecko musi spać, w związku z tym od samego ranka, do 16 nie może Chłopcu zasnąć. I w samochodzie też! Trzeba będzie go jakoś cały czas poszturchiwać, żeby się nie zdrzemnął, bo jak nie zaśnie na badaniu, to nici z tej całej zabawy.
Chłopcuś póki co nie miewa żadnych niepokojących objawów, no może poza tym, że jest strasznym nerwusem. Ostatnio zafascynowało go mycie zębów i dostaje dzikiego szału gdy próbuje się mu odebrać szczoteczkę. Te jego napady wściekłości są naprawdę męczące. O byle błahostkę robi taką aferę, że można oszaleć, drze się jak opętany. Nie cierpię tego. Ale gdy wszystko mu pasuje to jest naprawdę super. Coraz fajniej bawią się razem z Mysią, która jest bardzo zaangażowana w zapewnianie Chłopcuszkowi licznych rozrywek. 1 października idziemy na EEG. To będzie wyzwanie, bo na badaniu dziecko musi spać, w związku z tym od samego ranka, do 16 nie może Chłopcu zasnąć. I w samochodzie też! Trzeba będzie go jakoś cały czas poszturchiwać, żeby się nie zdrzemnął, bo jak nie zaśnie na badaniu, to nici z tej całej zabawy.
poniedziałek, 16 września 2013
Dostaliśmy skierowanie na EEG, ale tylko w celu ostatecznego wykluczenia padaczki. Lekarz powiedział, że przy padaczce objawy "wyłączenia" występują od kilkunastu do kilkudziesięciu razy dziennie, a u nas to się dzieje sporadycznie. Powiedział, że to może być od ząbkowania, że niektóre dzieci tak reagują na zmiany, które zachodzą w ich buziach ;), ale jako lekarz nie ma na tyle odwagi, żeby zalecić nicnierobienie i dla pewności mamy wykonać EEG. Wygląda więc na to, że na szczęście tym razem moje obawy były wyolbrzymione ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)