Podpisałam dzisiaj 4 umowy na biurka! I jeszcze 2 są już dogadane! Umowy podpisałam na 3 miesiące. Co prawda musiałam mocno, bardzo mocno zejść z ceny no i organizacyjnie też powstanie tutaj sporo zamieszania, ale wreszcie coś się zadzieje. Wystarczy akurat na koszty utrzymania biura przez 3 miesiące :))
Bardzo się cieszę, ale mam też poważnego stresa jak to będzie. W razie problemów to przecież tylko 3 miesiące...
Strona dla kancelarii graficznie już gotowa, teraz tylko informatyk musi ją "wrzucić" do netu i trzeba będzie zacząć się promować z drugim projektem.
Wiem, że to zabrzmi patetycznie, ale... zaczynam czuć, że zmieniam swoje życie. Miesiąc temu zaczęłam też chodzić na fitness, tzn. na siłownię. Chciałam 3 razy w tygodniu, ale jednak ciężko jest wykroić 3 razy w tygodniu po 1,5 godziny czasu, wiec na razie chodzę 2, ale konsekwentnie. Myszkina również nakłoniłam i on dzisiaj idzie drugi raz. Zabawne...teraz oglądając wieczorem film popijamy kefir zamiast wina :)
A to co dzieje się z Chłopcusiem po prostu przechodzi ludzkie pojęcie. On jest niemożliwy, gada jak najęty i dobrze wie w jaką strunę uderzyć, żeby osiągnąć cel. Ostatnio znowu zaczął wybudzać się w nocy, ale zamiast płakać tak bez sensu, szlocha wołając "Mamunia!". Rano oznajmia, że chce "lebka demem" albo "lebka telkiem". Gdy nauczy się czegoś nowego (wczoraj zaczął próbować "kozłować" piłkę) woła do mnie "didit? umiem!" ("didit" to znaczy "widzisz"). Nieustająca pociecha!
Och, oby tak dalej, niech jeszcze kancelaria się rozkręci, chociaż troszeczkę. I wtedy będzie super dobrze!
wtorek, 25 marca 2014
poniedziałek, 17 marca 2014
Górki i dołki
O ile ktoś jeszcze w ogóle czyta tego bloga, niech wie, że jestem, żyję, ale często przeżywam załamania związane z tym, że biznes nie chce ruszyć z kopyta. Jeśli chodzi o coworking to od dwóch tygodni jest reklama na googlu, miałam też reklamę na FB, są wyświetlenia, są kliknięcia, ale nie ma klientów. O, przepraszam - znalazł się jeden, zarobiłam 60 złotych netto. Były też dwa zapytania ofertowe - w jednym przypadku pan się nie zdecydował, a w drugim inny pan nie odpowiedział. Dziś jednak zadzwonił trzeci pan i powiedział, że interesuje go coworking na full dla siedmiu osób. To by oznaczało, że miałabym pełne "obłożenie". To by oznaczało koniec problemów z kulejącym biznesem. To by oznaczało sukces! Trzymajcie kciuki, przesyłajcie dobrą energię, módlcie się, czarujcie, uprawiajcie voo-doo, pomóżcie tak, jak możecie!
Kancelaryjnie na razie też zupełnie słabo, nadal nie mam strony, chociaż projekt graficzny jest już prawie na ukończeniu. Robię drobne zlecenia od czasu do czasu, ale nie damy rady utrzymywać rodziny przy takich dochodach. Musimy sprzedać moje auto, żeby spłacić kredyt, złożyłam wniosek o przyjęcie Chłopcuszka do żłobka by nie ponosić kosztów niani - jest 123 na liście oczekujących. Grejt!
Ostatnio siedzieliśmy wszyscy razem u dzieciaków w pokoju, oglądaliśmy flagi państw świata i odpowiadaliśmy na pytania Mysi do których krajów możemy pojechać. Kilka dni później, w pociągu do Warszawy przypomniałam sobie tę scenę i po momencie rozczulenia, przyszedł moment zmrożenia. Zdałam sobie sprawę, że ciągle się nam wydaje, że jeszcze wszystko przed nami, że zdążymy osiągnąć finansowy spokój, pokazać dzieciom świat i sami zobaczyć kilka nowych miejsc. Tymczasem nie mamy żadnych powodów by tak myśleć. Następnie opadły mnie wyrzuty sumienia, że swoją (pochopną) decyzją wyrządziłam krzywdę własnej rodzinie i ta cała sytuacja to efekt czystego egoizmu i mojego myślenia wyłącznie o sobie. Trzeba było siedzieć w starej robocie, kasować pieniądze za markowaną pracę, a nie szukać zawodowego spełnienia, a później popłakiwać, że nie daję rady. Poczułam się beznadziejnie. Dzisiaj znów się tak poczułam. Czuję się tak coraz częściej.
Kancelaryjnie na razie też zupełnie słabo, nadal nie mam strony, chociaż projekt graficzny jest już prawie na ukończeniu. Robię drobne zlecenia od czasu do czasu, ale nie damy rady utrzymywać rodziny przy takich dochodach. Musimy sprzedać moje auto, żeby spłacić kredyt, złożyłam wniosek o przyjęcie Chłopcuszka do żłobka by nie ponosić kosztów niani - jest 123 na liście oczekujących. Grejt!
Ostatnio siedzieliśmy wszyscy razem u dzieciaków w pokoju, oglądaliśmy flagi państw świata i odpowiadaliśmy na pytania Mysi do których krajów możemy pojechać. Kilka dni później, w pociągu do Warszawy przypomniałam sobie tę scenę i po momencie rozczulenia, przyszedł moment zmrożenia. Zdałam sobie sprawę, że ciągle się nam wydaje, że jeszcze wszystko przed nami, że zdążymy osiągnąć finansowy spokój, pokazać dzieciom świat i sami zobaczyć kilka nowych miejsc. Tymczasem nie mamy żadnych powodów by tak myśleć. Następnie opadły mnie wyrzuty sumienia, że swoją (pochopną) decyzją wyrządziłam krzywdę własnej rodzinie i ta cała sytuacja to efekt czystego egoizmu i mojego myślenia wyłącznie o sobie. Trzeba było siedzieć w starej robocie, kasować pieniądze za markowaną pracę, a nie szukać zawodowego spełnienia, a później popłakiwać, że nie daję rady. Poczułam się beznadziejnie. Dzisiaj znów się tak poczułam. Czuję się tak coraz częściej.
wtorek, 25 lutego 2014
Siedzę sama w pięknie odmalowanym biurze i ryczę. Ryczę, bo nic się nie dzieje. Nie mam zleceń, nie mam klientów i nie mam najemców. Mam za to długi. Mam też samochód w naprawie i nie mogę go sprzedać. Jak go naprawią, będę musiała negocjować z bankiem żeby zgodził się na sprzedaż (bo samochód w kredycie), więc jestem na łasce i niełasce banku. Zaczyna mnie to wszystko przerastać.
Miało być super, miało się udać, a nic się nie udaje. Wydawało mi się, że jestem twarda, że przez to pół roku jakoś damy radę. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale wierzyłam w to, że zaciśniemy pasa i jakoś dopniemy. Ale nie dopina się. Teraz jest czas płacenia podatków za okres prosperity. Podatki wysokie, pieniędzy brak, bo to co miałam poodkładane musiałam przeznaczyć na bieżące funkcjonowanie. Ze zgrozą myślę o jutrzejszym spotkaniu na lunchu z koleżanką. Lunch oczywiście w restauracji, a ja naprawdę nie mam na to pieniędzy, ale ciężko jest się przyznać przed znajomymi, że każdy wydatek, który nie jest niezbędny, jest dla mnie stresujący. Próbuję udawać, że to tylko przejściowe trudności i generalnie nie jest tak źle. Może odwołam ten głupi lunch i spróbuję ją zaprosić do siebie?
Boże...co mi strzeliło do głowy z tym wszystkim, z tym własnym biznesem? Zaczynam myśleć, że trzeba było słuchać mamy, bo ona ciągle mi tłukła, żebym nie postępowała pochopnie, żebym znalazła jakieś źródło dochodu zanim pójdę całkiem na własne. A ja sądziłam, że ględzi i że wszystko jakoś się poukłada, bo wszak zawsze się układało. Teraz okazuje się, że miała rację, a ja jestem nieodpowiedzialną kretynką.
Miało być super, miało się udać, a nic się nie udaje. Wydawało mi się, że jestem twarda, że przez to pół roku jakoś damy radę. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale wierzyłam w to, że zaciśniemy pasa i jakoś dopniemy. Ale nie dopina się. Teraz jest czas płacenia podatków za okres prosperity. Podatki wysokie, pieniędzy brak, bo to co miałam poodkładane musiałam przeznaczyć na bieżące funkcjonowanie. Ze zgrozą myślę o jutrzejszym spotkaniu na lunchu z koleżanką. Lunch oczywiście w restauracji, a ja naprawdę nie mam na to pieniędzy, ale ciężko jest się przyznać przed znajomymi, że każdy wydatek, który nie jest niezbędny, jest dla mnie stresujący. Próbuję udawać, że to tylko przejściowe trudności i generalnie nie jest tak źle. Może odwołam ten głupi lunch i spróbuję ją zaprosić do siebie?
Boże...co mi strzeliło do głowy z tym wszystkim, z tym własnym biznesem? Zaczynam myśleć, że trzeba było słuchać mamy, bo ona ciągle mi tłukła, żebym nie postępowała pochopnie, żebym znalazła jakieś źródło dochodu zanim pójdę całkiem na własne. A ja sądziłam, że ględzi i że wszystko jakoś się poukłada, bo wszak zawsze się układało. Teraz okazuje się, że miała rację, a ja jestem nieodpowiedzialną kretynką.
piątek, 21 lutego 2014
Choroby i walentynkowe atrakcje w spa
Chłopcu wychodzi z zapalenia oskrzeli, Mysia wychodzi z zapalenia czegoś - dokładnie nie wiadomo co to było, ale objawiało się duszącym kaszlem i katarem, a ja wychodzę z zapalenia zatok. Czyli idzie ku lepszemu!
Dodatkowo pochwalę się, że wygrałam w Walentynki konkurs radiowy i jedziemy z Myszkinem do spa "Dolina Charlotty" na 3 dni! Dokończyłam krótki wierszyk i radiowcom z Jedynki się spodobał :))) Jest to pierwsza rzecz jaką kiedykolwiek wygrałam, nie licząc pirackiej kasety Guns'n'Roses wygranej w konkursie organizowanym w roku 1993 przez osiedlowe radio nadające bez koncesji, a także walkmana firmy Kamasonic (to nie błąd!) wygranego za młodu w konkursie pianistycznym. Ależ się cieszę!! Pojedziemy na 3 dni do ślicznego miejsca, gdzie będą nas masować, a mi dodatkowo robić różne cuda z twarzą i będziemy mogli się poczuć jak bogacze i zapomnieć na chwilę o problemach finansowych. A problemy te stają się coraz poważniejsze. Musiałam pożyczyć 1.500 złotych od brata bo nie starczyło mi na kredyt samochodowy. Będziemy musieli zrezygnować z niani i sprzedać mój samochód. Szkoda niani, bo jest naprawdę fajna i bardzo pomocna, ale nie stać nas na nią. Dzisiaj będę składać wniosek o przyjęcie Małego do żłobka. Mam nadzieję, że nie odbije się to jakąś traumą na jego delikatnych nerwach ;)
Dodatkowo pochwalę się, że wygrałam w Walentynki konkurs radiowy i jedziemy z Myszkinem do spa "Dolina Charlotty" na 3 dni! Dokończyłam krótki wierszyk i radiowcom z Jedynki się spodobał :))) Jest to pierwsza rzecz jaką kiedykolwiek wygrałam, nie licząc pirackiej kasety Guns'n'Roses wygranej w konkursie organizowanym w roku 1993 przez osiedlowe radio nadające bez koncesji, a także walkmana firmy Kamasonic (to nie błąd!) wygranego za młodu w konkursie pianistycznym. Ależ się cieszę!! Pojedziemy na 3 dni do ślicznego miejsca, gdzie będą nas masować, a mi dodatkowo robić różne cuda z twarzą i będziemy mogli się poczuć jak bogacze i zapomnieć na chwilę o problemach finansowych. A problemy te stają się coraz poważniejsze. Musiałam pożyczyć 1.500 złotych od brata bo nie starczyło mi na kredyt samochodowy. Będziemy musieli zrezygnować z niani i sprzedać mój samochód. Szkoda niani, bo jest naprawdę fajna i bardzo pomocna, ale nie stać nas na nią. Dzisiaj będę składać wniosek o przyjęcie Małego do żłobka. Mam nadzieję, że nie odbije się to jakąś traumą na jego delikatnych nerwach ;)
Słowniczek
klakla - czekolada, pleply - plecki, nóje - nónie (czyli nóżki), laly - rączki, loda - woda, mlemlo - mleko, lebek - chlebek, borak - taboret, pjapja - płatki śniadaniowe, tot - sok, tapa - czapa, tetel - sweter, kuta - cukierki, biebam - biegam, cita - czytać, bleta - tablet
Jak widzicie - bez problemu można się dogadać z półtoraroczniakiem :)
Jak widzicie - bez problemu można się dogadać z półtoraroczniakiem :)
środa, 12 lutego 2014
Gadałam z mamą i ustaliłyśmy, że ona wynajmie mi za kilka stów miesięcznie 2 pokoje w biurze tak, żeby miała jakiś wkład ode mnie do kosztów jego prowadzenia. W ten sposób ja, za stosunkowo niewielkie pieniądze, uzyskam tytuł prawny do tego by prowadzić działalność coworkingową i zawierać umowy z coworkerami, a ona nie będzie musiała ponosić w pojedynkę opłat za lokal. Jak coworking się rozkręci, to będziemy stopniowo renegocjować umowę w ten sposób, żeby mama mogła osiągnąć oczekiwany przez nią przychód z tego lokalu. Mam z nią jednak ustalać wszelkie zmiany wprowadzane w tych wynajętych pokojach, a co do reszty to daje mi wolną rękę (chociaż w praktyce pewnie będzie się do wtrącać). Napięcie jednak opadło i atmosfera jest już dużo lepsza. Przy okazji zwierzyłam się jej ze swoich kłopotów z pozyskiwaniem zleceń, a ona oczywiście zaraz kazała mi szukać pracy, ale powiedziałam jej wyraźnie, że daję sobie pół roku bo nie po to zrezygnowałam z pracy dla kogoś, żeby po miesiącu takiej pracy poszukiwać. Bycie sobie żeglarzem, sterem i okrętem tak ogólnie jest naprawdę strasznie fajne.
A teraz o moich Maluszkach - rzeczywiście niewiele czasu ostatnio im poświęcałam na blogu. Mysia w marcu skończy 5 lat, od kilku miesięcy potrafi dość sprawnie czytać - na razie krótkie frazy, tytuły bajek, czy hasła reklamowe. Dłuższej treści nie jest w stanie sama "łyknąć" bo, jak mówi, tak koncentruje się na składaniu liter w wyrazy, że nie byłaby w stanie ogarnąć umysłem dłuższej treści. Jest gorącą fanką kucyków My Little Pony, w szczególności Rainbow Dash.
Chłopcu natomiast nabawił się zapalenia oskrzeli. Prawdopodobnie gdy poszliśmy na szczepienie MMR - lekarka bezpośrednio przed nami skończyła przyjmować chore dzieci, minęliśmy się w drzwiach z chłopcem kaszlącym tak strasznie, że niemal płuca wypluwał. Beznadziejny jest ten system. Gdy ja byłam dzieckiem przychodnie w naszej okolicy budowano w ten sposób, że dla dzieci chorych była jedna część, a druga dla zdrowych. A teraz do 16 przyjmowane są dzieci chore, a po 16 zdrowe. No i Chłopcu w poniedziałek był zdrowy, został zaszczepiony, a w sobotę zaczynał pokasływać. Myślałam, że to niegroźna infekcja, typowe przeziębienie, ale w poniedziałek dostał takiego kaszlu i tak strasznie go zatkało, że wczoraj rano poleciałam do lekarza. Rzecz jasna wjechał antybiotyk, ale już po 2 dawkach jest dużo, dużo lepiej. A oprócz tego Chłopczyś nadal jest straszliwym nerwusem, w ciągu sekundy popada w absolutną wściekłość, ale poza tymi momentami jest wcieleniem słodkości. Na szczęście trochę przystopował z waleniem głową w podłogę gdy jest zły - chyba zorientował się, że naprawdę może zadać sobie konkretnego bólu w ten sposób. No i nadal jest mamisynkiem, zwłaszcza teraz, gdy gorzej się czuł.
A jak on gada!!!!! Wszystko powtarza. Na pytanie "kto ty jesteś" odpowie "gapa" :) Odmienia wyrazy przez osoby, tj. np. gdy weźmie zabawkę Mysi skomentuje "Jaji" (bo tak nazywa Mysię - "Jaja"). Mówi kot, piep (pies), pip (pić), ciocia Paula, am (jeść), a-a-a (spać), ała (boli), baja, buty, auto, koń, biały, anioł, papu (paputki), papąp (pająk), kaka (kaszka), balom (balon), kuta (cukierek), ciastko, jajo, mole (mokre), goko (gorące), dzik, dzielny, bapa (babcia), alo (telefon), tiktak (zegar) i mnóstwo innych. Jest niesamowity!
Dobra, kończę, bo będę przenosić stoły. Zapomniałam napisać, że Myszkin bardzo mocno mi pomaga w zorganizowaniu się ze wszystkim. Pomalował dwa pokoje w biurze, na co musiał poświęcić całe dwa weekendy, bo przecież trzeba było okleić wszystko folią, poprzestawiać meble itp., wkrótce wybiera się do Warszawy odebrać stół konferencyjny no i w ogóle bardzo mnie wspiera w tym moim, pożal się Boże, biznesie. W weekend ma zrobić zdjęcia na stronę www, naprawdę mnóstwo czasu w to angażuje. A ja, głupia, nie umiem się nawet odwdzięczyć, bo mam jakąś blokadę wbudowaną, która sprawia, że nie potrafię być czuła i fajna.
A teraz o moich Maluszkach - rzeczywiście niewiele czasu ostatnio im poświęcałam na blogu. Mysia w marcu skończy 5 lat, od kilku miesięcy potrafi dość sprawnie czytać - na razie krótkie frazy, tytuły bajek, czy hasła reklamowe. Dłuższej treści nie jest w stanie sama "łyknąć" bo, jak mówi, tak koncentruje się na składaniu liter w wyrazy, że nie byłaby w stanie ogarnąć umysłem dłuższej treści. Jest gorącą fanką kucyków My Little Pony, w szczególności Rainbow Dash.
Chłopcu natomiast nabawił się zapalenia oskrzeli. Prawdopodobnie gdy poszliśmy na szczepienie MMR - lekarka bezpośrednio przed nami skończyła przyjmować chore dzieci, minęliśmy się w drzwiach z chłopcem kaszlącym tak strasznie, że niemal płuca wypluwał. Beznadziejny jest ten system. Gdy ja byłam dzieckiem przychodnie w naszej okolicy budowano w ten sposób, że dla dzieci chorych była jedna część, a druga dla zdrowych. A teraz do 16 przyjmowane są dzieci chore, a po 16 zdrowe. No i Chłopcu w poniedziałek był zdrowy, został zaszczepiony, a w sobotę zaczynał pokasływać. Myślałam, że to niegroźna infekcja, typowe przeziębienie, ale w poniedziałek dostał takiego kaszlu i tak strasznie go zatkało, że wczoraj rano poleciałam do lekarza. Rzecz jasna wjechał antybiotyk, ale już po 2 dawkach jest dużo, dużo lepiej. A oprócz tego Chłopczyś nadal jest straszliwym nerwusem, w ciągu sekundy popada w absolutną wściekłość, ale poza tymi momentami jest wcieleniem słodkości. Na szczęście trochę przystopował z waleniem głową w podłogę gdy jest zły - chyba zorientował się, że naprawdę może zadać sobie konkretnego bólu w ten sposób. No i nadal jest mamisynkiem, zwłaszcza teraz, gdy gorzej się czuł.
A jak on gada!!!!! Wszystko powtarza. Na pytanie "kto ty jesteś" odpowie "gapa" :) Odmienia wyrazy przez osoby, tj. np. gdy weźmie zabawkę Mysi skomentuje "Jaji" (bo tak nazywa Mysię - "Jaja"). Mówi kot, piep (pies), pip (pić), ciocia Paula, am (jeść), a-a-a (spać), ała (boli), baja, buty, auto, koń, biały, anioł, papu (paputki), papąp (pająk), kaka (kaszka), balom (balon), kuta (cukierek), ciastko, jajo, mole (mokre), goko (gorące), dzik, dzielny, bapa (babcia), alo (telefon), tiktak (zegar) i mnóstwo innych. Jest niesamowity!
Dobra, kończę, bo będę przenosić stoły. Zapomniałam napisać, że Myszkin bardzo mocno mi pomaga w zorganizowaniu się ze wszystkim. Pomalował dwa pokoje w biurze, na co musiał poświęcić całe dwa weekendy, bo przecież trzeba było okleić wszystko folią, poprzestawiać meble itp., wkrótce wybiera się do Warszawy odebrać stół konferencyjny no i w ogóle bardzo mnie wspiera w tym moim, pożal się Boże, biznesie. W weekend ma zrobić zdjęcia na stronę www, naprawdę mnóstwo czasu w to angażuje. A ja, głupia, nie umiem się nawet odwdzięczyć, bo mam jakąś blokadę wbudowaną, która sprawia, że nie potrafię być czuła i fajna.
niedziela, 9 lutego 2014
Ciemno wszę dzie, głucho wszędzie, co to będzie??
Tak mniej więcej aktualnie postrzegam swoją sytuację zawodową. Oczywiście macie rację - współpracę z byłym pracodawcą powinnam traktować jako dodatek do swojej podstawowej działalności. Jednak w pierwszych miesiącach biznesu zaczynanego praktycznie od zera, siłą rzeczy to oni są moim strategicznym klientem. I to klientem, który nie przyniesie takich przychodów, na jakie liczyłam. To znaczy styczeń był okej, ale większość godzin wypracowałam w pierwszych jego tygodniach, kiedy na moje miejsce nie było jeszcze nowej osoby. Teraz jest i wiem, że dla mnie raczej tam pracy nie będzie. Dodatkowo zainwestowałam sporą dla mnie kwotę w komputer, którego tam używałam. Postanowiłam go odkupić, bo skoro współpraca miała być długofalowa, wygodniej mi było odkupić kompa, na którym mam wszystkie swoje dane i pocztę, zamiast przenosić to wszystko na mojego zajechanego hpka, który w dodatku nie posiada niezbędnego mi Office'a. Okazuje się jednak, że to chyba była zła decyzja. Teraz kupę pieniędzy muszę zapłacić za komputer, z którego dane pewnie za miesiąc, dwa, będą mi psu na budę.
Jutro mam rozmowę z mamą na temat coworkingu. Już czuję stres. Nie chce mi się z nią gadać, bo te rozmowy do niczego nie prowadzą. To znaczy do niczego konstruktywnego. Ciągle tłuczenie w kółko tego samego. Sporo myślę o tej niefajnej sytuacji z mamą i wnioski mam następujące - ona rzeczywiście chce mi pomóc, ale jednocześnie, nie zatrudniając już nikogo i mieszkając sama, nie ma kim porządzić, a najwyraźniej ma taką potrzebę. Dlatego ciągle mnie osacza swoimi zaczepkami. Przyzwyczajona do bycia szefem ma typową dla tego stanu przypadłość, tj. przeświadczenie o własnej wszechwiedzy i niedostatecznych kompetencjach intelektualnych innych osób, w szczególności moich. Pewnie wkurza ją to, że sprawa z coworkingiem się przedłuża, tzn., że mamy już prawie połowę lutego, a lokal nie przynosi żadnych dochodów, tylko generuje koszty. Ale ja naprawdę nie miałam jak wcześniej tego ogarnąć. Myszkin robił remont sam, bo nie mieliśmy środków na wynajęcie ekipy, dlatego trwało to bardzo długo, bo mógł się tym zajmować tylko w weekendy. Mama nie wierzy w powodzenie tego przedsięwzięcia. Ciągle wspomina o sprzedaży tego mieszkania. A ja, słysząc to i widząc jak beznadziejnie układa się ta nasza "współpraca", zaczynam mieć ochotę pieprznąć to wszystko w cholerę.
Ale jak pomyślę o tym, że znów miałabym pracować dla kogoś to odczuwam wręcz panikę. Muszę dać radę sama!
Jutro mam rozmowę z mamą na temat coworkingu. Już czuję stres. Nie chce mi się z nią gadać, bo te rozmowy do niczego nie prowadzą. To znaczy do niczego konstruktywnego. Ciągle tłuczenie w kółko tego samego. Sporo myślę o tej niefajnej sytuacji z mamą i wnioski mam następujące - ona rzeczywiście chce mi pomóc, ale jednocześnie, nie zatrudniając już nikogo i mieszkając sama, nie ma kim porządzić, a najwyraźniej ma taką potrzebę. Dlatego ciągle mnie osacza swoimi zaczepkami. Przyzwyczajona do bycia szefem ma typową dla tego stanu przypadłość, tj. przeświadczenie o własnej wszechwiedzy i niedostatecznych kompetencjach intelektualnych innych osób, w szczególności moich. Pewnie wkurza ją to, że sprawa z coworkingiem się przedłuża, tzn., że mamy już prawie połowę lutego, a lokal nie przynosi żadnych dochodów, tylko generuje koszty. Ale ja naprawdę nie miałam jak wcześniej tego ogarnąć. Myszkin robił remont sam, bo nie mieliśmy środków na wynajęcie ekipy, dlatego trwało to bardzo długo, bo mógł się tym zajmować tylko w weekendy. Mama nie wierzy w powodzenie tego przedsięwzięcia. Ciągle wspomina o sprzedaży tego mieszkania. A ja, słysząc to i widząc jak beznadziejnie układa się ta nasza "współpraca", zaczynam mieć ochotę pieprznąć to wszystko w cholerę.
Ale jak pomyślę o tym, że znów miałabym pracować dla kogoś to odczuwam wręcz panikę. Muszę dać radę sama!
Subskrybuj:
Posty (Atom)