Koniec miesiąca, a ja mam jeszcze mnóstwo pieniędzy! Wszystko dzięki budżetowi i żelaznej woli, która trzyma mi kaganiec na pysku. Schody zaczną się w kwietniu bo muszę zrobić przegląd samochodu i zapłacić ubezpieczenie za cały rok. Jeśli nie będę mieć dodatkowego zlecenia, może być problem. A nie chcę naruszać dopiero co wypracowanych oszczędności.
Póki co, dzięki przychodom z dodatkowych zleceń, udało się nam dobić do końca miesiąca z poczuciem spokoju i odłożyć parę ładnych groszy na czarną godzinę. To wielka satysfakcja i wielkie szczęście. Nawet nie mam już poczucia krzywdy, że wszystkiego muszę sobie odmawiać, tylko raczej jestem dumna, że się za to wszystko wzięłam i daję radę opierać się WSZYSTKIM pokusom.
Z mężem też lepiej, również ogląda "mój" kurs i stosuje się do zaleceń. Cieszy mnie to bardzo.
Cały czas zastanawiam się jak to wszystko jeszcze bardziej zoptymalizować. Jeżeli macie jakieś sposoby na oszczędności - dawajcie znać. Ja, póki co, poza oczywiście całkowitym zaprzestaniem czynienia większych zakupów w stylu ciuchy, buty czy kosmetyki, zrezygnowałam zupełnie z jedzenia i kawek "na mieście". Do pracy zabieram ze sobą kanapki lub to co zostało z obiadu poprzedniego dnia. Niczego nie kupuję specjalnie na śniadanie do pracy. W ogóle przestaliśmy jeść poza domem, tzn. w restauracjach. Zrezygnowaliśmy też np. z kupowania gotowego ciasta na pizzę, robimy sami - jest dużo lepsze i wychodzi taniej (polecam przepis na wielkapysznosc.pl - rewelacja).
W kwietniu jedyną ekstrawagancją, poza przeglądem i ubezpieczeniem auta, będzie mysiowa impreza urodzinowa w małpim gaju. Nie miałam serca odmówić, ona tak bardzo się cieszyła, że zaprosi masę koleżanek i kolegów. No i mój wyjazd na szkolenie. 4 dni w Kazimierzu Dolnym!! JUż nie mogę się doczekać!
Oprócz poszukiwania oszczędności w bieżącym życiu, cały czas szukam nowej pracy. Ściągnęłam dzisiaj raport na temat zarobków z pracuj.pl i wychodzi na to, że moje są przeciętne. Nie ukrywam, że trochę mnie to zdołowało. Szukam tej pracy już prawie 3 miesiące i byłam na JEDNEJ rozmowie, z której i tak nic nie wyszło, co też mnie dołuje. Nie jest łatwo. Na razie jestem więc skazana na obecne zajęcie, które doskwiera mi coraz bardziej. Mam wrażenie, że już wszyscy, łącznie z sekretarką, traktują mnie jak ostatnie popychadło. Wiem, że to myślenie jest trochę przesadzone, ale ostatnie wydarzenia naprawdę dały mi sporo do myślenia. Czara się napełnia coraz bardziej, problem w tym, że wszystko wskazuje na to, iż jak w końcu padnie ta decydująca kropla, nie będę miała dokąd pójść :(
środa, 30 marca 2016
poniedziałek, 21 marca 2016
Walka i praca
Coraz dalej brnę w kurs Michała Szafrańskiego, dzisiaj czeka mnie dzień 12. I szczerze mówiąc jestem bardzo mocno zmotywowana. Może nawet trochę za bardzo ;) Wyjdzie na to, że z lekkoducha z luzackim stosunkiem do pieniędzy stanę się ostatnią sknerą. Ale faktem jest, że (przynajmniej na razie) dużo większą satysfakcję mam z tego, że zbudowałam fundusz awaryjny i odłożyłam na fundusz wydatków nieregularnych, niż z "zainwestowania" dodatkowego pieniądza - jak czyniłam onegdaj - w nową parę butów czy ciuch. Jedyne szaleństwo w tym miesiącu to nowa płyta Martyny Jakubowicz - bo z autografem :)
No i dzięki materiałom na blogu Michała napisałam wreszcie "prawdziwy" budżet domowy, taki w Excelu, co to wszystko sam mi przelicza. Sumiennie wpisuję każdziutki wydatek, zbieram paragony, normalnie szał! Teraz muszę jeszcze przekonać męża by dokonał rytualnego przecięcia swoich kart kredytowych. Mam nadzieję, że wiedziony choćby poczuciem winy, dokona tego. A poczucie winy ma z czego wziąć. Ostatnio mieliśmy karczemną awanturę o pieniądze. To one stają się problemem nr 1 w naszym związku. A konkretnie kredyt na to jego cholerne, wymarzone Subaru. Pewnie pisałam już o tym, że efekt wzięcia tego kredytu jest taki, iż to ja ponoszę większą część bieżących wydatków. Gdybym nie miała dodatkowych zleceń w ogóle byśmy popłynęli. Dlatego z jednej strony czuję nóż na gardle, że muszę zarabiać, choćby nie wiem co, a z drugiej, mam poczucie krzywdy, że haruję jak wół, a dla siebie praktycznie nic z tego nie mam. Staram się jednak o tym nie myśleć, nie zagłębiać się w analizowanie przyczyn tego stanu rzeczy. Jest jak jest i trzeba coś z tym zrobić. Dobrze, że zawczasu zadbałam o to by mieć co na siebie włożyć :))) Najpierw więc spłata kart i debetów, a następnie budowanie poduszki finansowej. Do końca roku chciałabym, byśmy spłacili te zasrane karty i debety, by z początkiem 2017 r. nadwyżki finansowe (oby takie były) móc odkładać już tylko na poduszkę finansową.
A oprócz tego walczymy z chorobami. Mysia wychodzi z paskudnego zapalenia krtani, więc Pupu - rzecz jasna - zachorował na zapalenie oskrzeli. Nie ma kto się nimi zająć, kombinujemy jak można. Trochę babcie, trochę my, a dziś np. nie było wyjścia i musiałam zabrać maluchy do pracy, później lekarz, więc wieczorem trzeba było nadrobić to, czego nie zdążyłam w pracy. Oczywiście jak na złość, w pracy, zamiast spokojnie oglądać bajeczki, postanowili sobie zorganizować liczne zabawy polegające głównie na szaleńczym bieganiu i czołganiu się po podłogach, ze wznoszeniem gromkich okrzyków of kors. Słodkie dzieciaczki, naprawdę...
Staram się brzmieć dobrze, ale dwie ostatnie noce były praktycznie nieprzespane bo Pupu tak kaszlał. Czuję się jak zombie. Zresztą ciągle jestem taka zmęczona, że zasypiam już we wszelkich możliwych warunkach. Niebezpiecznie jest mi się kąpać w wannie, bo notorycznie tam zasypiam. Ostatnio zasnęłam z głową na klawiaturze, a kilka dni wcześniej, na urodzinach szwagra. I tak szczerze mówiąc, zastanawiam się czy ze mną jest coś nie w porządku, że mam za duże oczekiwania i ciągle czuję się pokrzywdzona, bo muszę pracować również wieczorami i w weekendy, a przecież jednak większość pracuje i wychowuje dzieci, czy naprawdę jestem zajechana do cna...
No i dzięki materiałom na blogu Michała napisałam wreszcie "prawdziwy" budżet domowy, taki w Excelu, co to wszystko sam mi przelicza. Sumiennie wpisuję każdziutki wydatek, zbieram paragony, normalnie szał! Teraz muszę jeszcze przekonać męża by dokonał rytualnego przecięcia swoich kart kredytowych. Mam nadzieję, że wiedziony choćby poczuciem winy, dokona tego. A poczucie winy ma z czego wziąć. Ostatnio mieliśmy karczemną awanturę o pieniądze. To one stają się problemem nr 1 w naszym związku. A konkretnie kredyt na to jego cholerne, wymarzone Subaru. Pewnie pisałam już o tym, że efekt wzięcia tego kredytu jest taki, iż to ja ponoszę większą część bieżących wydatków. Gdybym nie miała dodatkowych zleceń w ogóle byśmy popłynęli. Dlatego z jednej strony czuję nóż na gardle, że muszę zarabiać, choćby nie wiem co, a z drugiej, mam poczucie krzywdy, że haruję jak wół, a dla siebie praktycznie nic z tego nie mam. Staram się jednak o tym nie myśleć, nie zagłębiać się w analizowanie przyczyn tego stanu rzeczy. Jest jak jest i trzeba coś z tym zrobić. Dobrze, że zawczasu zadbałam o to by mieć co na siebie włożyć :))) Najpierw więc spłata kart i debetów, a następnie budowanie poduszki finansowej. Do końca roku chciałabym, byśmy spłacili te zasrane karty i debety, by z początkiem 2017 r. nadwyżki finansowe (oby takie były) móc odkładać już tylko na poduszkę finansową.
A oprócz tego walczymy z chorobami. Mysia wychodzi z paskudnego zapalenia krtani, więc Pupu - rzecz jasna - zachorował na zapalenie oskrzeli. Nie ma kto się nimi zająć, kombinujemy jak można. Trochę babcie, trochę my, a dziś np. nie było wyjścia i musiałam zabrać maluchy do pracy, później lekarz, więc wieczorem trzeba było nadrobić to, czego nie zdążyłam w pracy. Oczywiście jak na złość, w pracy, zamiast spokojnie oglądać bajeczki, postanowili sobie zorganizować liczne zabawy polegające głównie na szaleńczym bieganiu i czołganiu się po podłogach, ze wznoszeniem gromkich okrzyków of kors. Słodkie dzieciaczki, naprawdę...
Staram się brzmieć dobrze, ale dwie ostatnie noce były praktycznie nieprzespane bo Pupu tak kaszlał. Czuję się jak zombie. Zresztą ciągle jestem taka zmęczona, że zasypiam już we wszelkich możliwych warunkach. Niebezpiecznie jest mi się kąpać w wannie, bo notorycznie tam zasypiam. Ostatnio zasnęłam z głową na klawiaturze, a kilka dni wcześniej, na urodzinach szwagra. I tak szczerze mówiąc, zastanawiam się czy ze mną jest coś nie w porządku, że mam za duże oczekiwania i ciągle czuję się pokrzywdzona, bo muszę pracować również wieczorami i w weekendy, a przecież jednak większość pracuje i wychowuje dzieci, czy naprawdę jestem zajechana do cna...
środa, 2 marca 2016
Praca i finanse - czyli dwie kule u nogi :)
Ostro szukam pracy. Tzn. na tyle ostro, na ile to możliwe w warunkach bardzo kiepskiego rynku. Jest sporo roboty dla aplikantów i absolwentów, dla prawników z uprawnieniami i dużym doświadczeniem niekoniecznie, a jeśli już, to szukają osób o specyficznej specjalizacji i doświadczeniach zawodowych albo ze znajomością niemieckiego, którego ja nie znam ani w ząb.
Wysłałam kilka CV w różne miejsca, przy czym tak z ogłoszenia znalazłam tylko 2. Wczoraj byłam na rozmowie w firmie z branży finansowej. W sumie rozmowa sympatyczna, wrażenie pozytywne, ale raczej nic z tego nie będzie - oni szukają kogoś, kto już działał na rynkach kapitałowych (nie wspomniano o tym w ogłoszeniu), a moje doświadczenie w tych tematach jest nikłe. Oczywiście zapewniłam, że nie mam problemu z tym, żeby się uczyć nowych rzeczy, ale miałam wrażenie, że mój brak konkretnych, oczekiwanych przez nich kompetencji sprawił, że zupełnie stracili zainteresowanie mną. Spodziewałam się pytań w stylu największy sukces, największa porażka, wyzwanie itd., dlaczego chcę zmienić pracę, a żadne z nich nie padło. Tylko o oczekiwania finansowe, które prawdopodobnie wydały się im wygórowane. No nic, zobaczymy, na przełomie marca i kwietnia mają się odezwać.
Natomiast zaczęłam się wahać, mieć poważny dylemat. Bo teraz jest tak, że co miesiąc mam nienajgorszą pensję, przedszkole dla synka tuż przy pracy, bardzo korzystne warunki parkowania samochodu, nie muszę siedzieć 8h w biurze, w razie potrzeby nie ma problemu z pracą zdalną. Jest po prostu wygodnie. I zastanawiam się o co mi tak naprawdę właściwie chodzi. Czy to rzeczywiście jest tak, że zostałam potraktowana nieuczciwie, czy może problem jest we mnie, w mojej głowie? Może naprawdę mam złe nastawienie? Wygórowane oczekiwania? Faktycznie wykazuję za mało zaangażowania i chcę mieć święty spokój? Może w każdej pracy będzie mi źle, bo każda wymaga zaangażowania? Zatem kiedy i co się ze mną stało? Pracuję od 18 lat, bez przerwy, przez ten czas byłam dobrze oceniana przez pracodawców, w obydwu ciążach pracowałam do oporu, po 5-6 miesiącach macierzyńskiego wracałam do pracy, moi szefowie zawsze mogli na mnie liczyć.
Może jestem po prostu zmęczona? Wypalona? Może potrzebuję 2 miesięcy urlopu i wtedy znajdę w sobie nowe pokłady energii? I pomyślę sobie, że fantastycznie jest prowadzić kilkadziesiąt podobnych procesów, których prowadzenie aktualnie wydaje mi się robotą głupiego? Może wtedy z satysfakcją będę rozliczać klientów i analizować zestawienia??
Nieee... nigdy nie będzie mi sprawiać satysfakcji prowadzenie podobnych do siebie procesów i rozliczanie klientów oraz analizowanie zestawień. To nie moja bajka. Wolę się uczyć czegoś nowego. Robić coś... bardziej twórczego. Może w ogóle powinnam się przebranżowić? Tylko na co??
Równolegle ze wzmożeniem związanym z pracą przeżywam wzmożenie związane z finansami. Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie półtora tygodnia miałam na koncie 0 złotych, chociaż moje przychody w lutym były relatywnie wysokie. Nie wiem co się dzieje z kasą, nie wiem gdzie ona się podziewa. Postanowiłam zrobić pierwszy w życiu budżet domowy na miesiąc marzec oraz zarejestrowałam się na kurs "Jak walczyć z długami" prowadzony przez Michała Szafrańskiego (http://jakoszczedzacpieniadze.pl/). Muszę to wreszcie ogarnąć bo jestem coraz bardziej załamana. Jak można nie mieć żadnych oszczędności, mało tego - nie mieć w ogóle pieniędzy pod koniec miesiąca??? Szukałam winy w mężu, który ma lekką rękę do pieniędzy i popełnił parę kosztownych głupot. Ale wina tkwi też we mnie. Mam skłonność do tego, by niskie poczucie własnej wartości rekompensować sobie zakupami. Poza tym do tej pory przyświecała mi zasada, że przecież za tę ciężką pracę coś mi się, do cholery, od życia należy. Nagroda jakaś. Nie mówię tu o szaleńczych wydatkach, rozbijaniu się po SPA i salonach piękności, wydawaniu nie wiadomo ile na ciuchy, ale wiecie jak to jest - grosz do grosza... Nasze dzieci chodzą do płatnych placówek edukacyjnych, ale to traktuję jako inwestycję, a nie fanaberię. No ale skoro zdecydowaliśmy się ponosić koszty tej inwestycji musimy, jak się okazuje, jednak się poświęcić i zrezygnować z pewnych przyjemności.
Smutno mi trochę z tego powodu, bo mam wrażenie, że żyję tylko po to by pracować i spłacać należności. Mam jednak płomyk nadziei, że jak kiedyś spłacę debet i wreszcie coś odłożę, to wtedy będę mogła trochę popuścić paska. Teraz trzeba go mocno, bardzo mocno zacisnąć, bo po sporządzeniu budżetu na marzec okazało się, że saldo wynosi -1.116 złotych. Wydajemy więcej niż zarabiamy. Szacuję, że co najmniej przez rok muszę zapomnieć o jakichkolwiek zakupach na swoją rzecz (poza absolutnie niezbędnymi, przy czym nie mam tu na myśli nowych butów i ubrań ;), wyjazdach wakacyjnych, zwłaszcza zagranicznych. Teraz nas na to nie stać. Najgorsze jest to, że pewnie postawa "sknery" wymusi ograniczenie kontaktów towarzyskich, bo one zawsze wiążą się z wydatkami. Ciekawe czy za rok będziemy jeszcze mieli przyjaciół...
Wysłałam kilka CV w różne miejsca, przy czym tak z ogłoszenia znalazłam tylko 2. Wczoraj byłam na rozmowie w firmie z branży finansowej. W sumie rozmowa sympatyczna, wrażenie pozytywne, ale raczej nic z tego nie będzie - oni szukają kogoś, kto już działał na rynkach kapitałowych (nie wspomniano o tym w ogłoszeniu), a moje doświadczenie w tych tematach jest nikłe. Oczywiście zapewniłam, że nie mam problemu z tym, żeby się uczyć nowych rzeczy, ale miałam wrażenie, że mój brak konkretnych, oczekiwanych przez nich kompetencji sprawił, że zupełnie stracili zainteresowanie mną. Spodziewałam się pytań w stylu największy sukces, największa porażka, wyzwanie itd., dlaczego chcę zmienić pracę, a żadne z nich nie padło. Tylko o oczekiwania finansowe, które prawdopodobnie wydały się im wygórowane. No nic, zobaczymy, na przełomie marca i kwietnia mają się odezwać.
Natomiast zaczęłam się wahać, mieć poważny dylemat. Bo teraz jest tak, że co miesiąc mam nienajgorszą pensję, przedszkole dla synka tuż przy pracy, bardzo korzystne warunki parkowania samochodu, nie muszę siedzieć 8h w biurze, w razie potrzeby nie ma problemu z pracą zdalną. Jest po prostu wygodnie. I zastanawiam się o co mi tak naprawdę właściwie chodzi. Czy to rzeczywiście jest tak, że zostałam potraktowana nieuczciwie, czy może problem jest we mnie, w mojej głowie? Może naprawdę mam złe nastawienie? Wygórowane oczekiwania? Faktycznie wykazuję za mało zaangażowania i chcę mieć święty spokój? Może w każdej pracy będzie mi źle, bo każda wymaga zaangażowania? Zatem kiedy i co się ze mną stało? Pracuję od 18 lat, bez przerwy, przez ten czas byłam dobrze oceniana przez pracodawców, w obydwu ciążach pracowałam do oporu, po 5-6 miesiącach macierzyńskiego wracałam do pracy, moi szefowie zawsze mogli na mnie liczyć.
Może jestem po prostu zmęczona? Wypalona? Może potrzebuję 2 miesięcy urlopu i wtedy znajdę w sobie nowe pokłady energii? I pomyślę sobie, że fantastycznie jest prowadzić kilkadziesiąt podobnych procesów, których prowadzenie aktualnie wydaje mi się robotą głupiego? Może wtedy z satysfakcją będę rozliczać klientów i analizować zestawienia??
Nieee... nigdy nie będzie mi sprawiać satysfakcji prowadzenie podobnych do siebie procesów i rozliczanie klientów oraz analizowanie zestawień. To nie moja bajka. Wolę się uczyć czegoś nowego. Robić coś... bardziej twórczego. Może w ogóle powinnam się przebranżowić? Tylko na co??
Równolegle ze wzmożeniem związanym z pracą przeżywam wzmożenie związane z finansami. Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie półtora tygodnia miałam na koncie 0 złotych, chociaż moje przychody w lutym były relatywnie wysokie. Nie wiem co się dzieje z kasą, nie wiem gdzie ona się podziewa. Postanowiłam zrobić pierwszy w życiu budżet domowy na miesiąc marzec oraz zarejestrowałam się na kurs "Jak walczyć z długami" prowadzony przez Michała Szafrańskiego (http://jakoszczedzacpieniadze.pl/). Muszę to wreszcie ogarnąć bo jestem coraz bardziej załamana. Jak można nie mieć żadnych oszczędności, mało tego - nie mieć w ogóle pieniędzy pod koniec miesiąca??? Szukałam winy w mężu, który ma lekką rękę do pieniędzy i popełnił parę kosztownych głupot. Ale wina tkwi też we mnie. Mam skłonność do tego, by niskie poczucie własnej wartości rekompensować sobie zakupami. Poza tym do tej pory przyświecała mi zasada, że przecież za tę ciężką pracę coś mi się, do cholery, od życia należy. Nagroda jakaś. Nie mówię tu o szaleńczych wydatkach, rozbijaniu się po SPA i salonach piękności, wydawaniu nie wiadomo ile na ciuchy, ale wiecie jak to jest - grosz do grosza... Nasze dzieci chodzą do płatnych placówek edukacyjnych, ale to traktuję jako inwestycję, a nie fanaberię. No ale skoro zdecydowaliśmy się ponosić koszty tej inwestycji musimy, jak się okazuje, jednak się poświęcić i zrezygnować z pewnych przyjemności.
Smutno mi trochę z tego powodu, bo mam wrażenie, że żyję tylko po to by pracować i spłacać należności. Mam jednak płomyk nadziei, że jak kiedyś spłacę debet i wreszcie coś odłożę, to wtedy będę mogła trochę popuścić paska. Teraz trzeba go mocno, bardzo mocno zacisnąć, bo po sporządzeniu budżetu na marzec okazało się, że saldo wynosi -1.116 złotych. Wydajemy więcej niż zarabiamy. Szacuję, że co najmniej przez rok muszę zapomnieć o jakichkolwiek zakupach na swoją rzecz (poza absolutnie niezbędnymi, przy czym nie mam tu na myśli nowych butów i ubrań ;), wyjazdach wakacyjnych, zwłaszcza zagranicznych. Teraz nas na to nie stać. Najgorsze jest to, że pewnie postawa "sknery" wymusi ograniczenie kontaktów towarzyskich, bo one zawsze wiążą się z wydatkami. Ciekawe czy za rok będziemy jeszcze mieli przyjaciół...
środa, 27 stycznia 2016
To by było na tyle jeśli chodzi o moją świetlaną, zawodową karierę
Pisałam w poście z 5 marca 2015 roku o tym, że zostałam w obecnej pracy, gdyż złożono mi propozycję, której się nie odrzuca. Z datą obowiązującą od 2 stycznia 2016. Nie wspominałam o tym, ale gdy przyjaciele przyszli z szampanem by oblewać ten "sukces", byłam powściągliwa, wolałam nie zapeszać, za każdym razem podkreślałam, że nie przywiązuję się do tej propozycji - póki nie stanie się faktem. Jedna z Was skomentowała mój post z 5 marca zeszłego roku, że pewnie
mam wszystko na piśmie, ale oczywiście, że nie mam nic na piśmie.
"Zaufanie jest najważniejsze" - jak powiada mój szef.
Pod koniec zeszłego roku sądziłam, że coś się zacznie dziać w związku z moim zapowiadanym awansem. Ale nic się nie działo. W międzyczasie wielokrotnie dochodziłam do wniosku, że ten awans może być tylko iluzoryczny i wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle - odrobina prestiżu, drobny zastrzyk gotówki, połączony z wymogiem całkowitego poświęcenia się robocie. Miałam wrażenie, że to jednak jest wysoka cena. Poza tym bałam się zepsucia relacji z koleżankami, ale wszyscy znajomi mówili mi, że nie mam się na to oglądać.
Przyszedł styczeń i nadal nic nikt nie wspominał o obiecanym mi awansie, aż do połowy miesiąca, kiedy to przyszedł do mnie mój szef i pod pozorem troski o mnie ("co się z tobą dzieje, masz jakieś problemy? jesteś zupełnie inną osobą niż jeszcze pół roku temu") po prostu zrównał mnie z ziemią. Konkluzja była taka, że wykazuję za mało zaangażowania, ale rzeczy, które mi powiedział, były naprawdę okropne. Strasznie się popłakałam (of kors, gdy już skończyliśmy gadać, bo w trakcie rozmowy nie mogłam pojąć co się właściwie dzieje) i płakałam całą drogę do domu i w domu też. Chciałam się jakoś obronić i następnego dnia zadzwoniłam do niego by umówić się na kolejną rozmowę w 4 oczy, ale nie miał czasu przyjechać do biura i zaproponował byśmy pogadali przez telefon. W sumie dobrze się stało, bo pod koniec tej rozmowy znów miałam łzy w oczach. Wszystkie zarzuty z dupy. Nic merytorycznego. Zastanawiałam się naprawdę głęboko nad tym, że może on faktycznie widzi mój brak motywacji, moje zniechęcenie, może nawet wypalenie zawodowe, ale prawda jest taka, że mimo to pracuję raczej solidnie. Nie zawalam (chyba). Jak się za coś zabieram to staram się naprawdę angażować i drążyć tematy. Czasem, z braku czasu po prostu, nie mam możliwości takiego naprawdę rzetelnego podejścia do niektórych kwestii, ale to naprawdę wynika z braku czasu i sama nad tym boleję, że taka jest gówniana organizacja pracy. Rzeczywiście czasem bywa tak, że nie mogę się zabrać za pracę, trochę się snuję, jestem zniechęcona, ale jak zaczynam czuć nóż na gardle to daję radę. Przedstawione mi zarzuty dotyczyły kwestii trzecio i czwartorzędnych i raczej takich, że nikt by nie przypuszczał, że ktoś na moim stanowisku powinien zaprzątać sobie głowę takimi rzeczami jak czynności techniczne i za nie odpowiadać.
Ostatecznie ustalone zostało, że za trzy miesiące się spotkamy by sfinalizować mój opóźniony awans. Oczywiście o ile "postawię kropkę nad i". Ale ja już mam to gdzieś. Czuję się oszukana. Nawet jeżeli szefostwo stwierdziło, że się nie nadaję, mogli załatwić to bardziej elegancko, bez mieszania mnie z błotem. Podejrzewam, że chodziło wyłącznie o to by zatrzymać mnie w firmie bo było roboty dużo. Mało tego - podejrzewam, że od początku wcale nie chcieli mi dać tego awansu i to miała być taka kara, swego rodzaju prztyczek za to, że miałam pomysł by odejść do konkurencji - wiem, że pachnie to manią prześladowczą i teorią spiskową :)
Pomyślałam też, że to kara za tamtą złamaną w mojej niedoszłej pracy obietnicę.
Niezależnie od wszystkiego, muszę zacząć się porządnie organizować i szykować jaką alternatywę. Raczej nie jestem w stanie pracować tam dłużej.
Pod koniec zeszłego roku sądziłam, że coś się zacznie dziać w związku z moim zapowiadanym awansem. Ale nic się nie działo. W międzyczasie wielokrotnie dochodziłam do wniosku, że ten awans może być tylko iluzoryczny i wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle - odrobina prestiżu, drobny zastrzyk gotówki, połączony z wymogiem całkowitego poświęcenia się robocie. Miałam wrażenie, że to jednak jest wysoka cena. Poza tym bałam się zepsucia relacji z koleżankami, ale wszyscy znajomi mówili mi, że nie mam się na to oglądać.
Przyszedł styczeń i nadal nic nikt nie wspominał o obiecanym mi awansie, aż do połowy miesiąca, kiedy to przyszedł do mnie mój szef i pod pozorem troski o mnie ("co się z tobą dzieje, masz jakieś problemy? jesteś zupełnie inną osobą niż jeszcze pół roku temu") po prostu zrównał mnie z ziemią. Konkluzja była taka, że wykazuję za mało zaangażowania, ale rzeczy, które mi powiedział, były naprawdę okropne. Strasznie się popłakałam (of kors, gdy już skończyliśmy gadać, bo w trakcie rozmowy nie mogłam pojąć co się właściwie dzieje) i płakałam całą drogę do domu i w domu też. Chciałam się jakoś obronić i następnego dnia zadzwoniłam do niego by umówić się na kolejną rozmowę w 4 oczy, ale nie miał czasu przyjechać do biura i zaproponował byśmy pogadali przez telefon. W sumie dobrze się stało, bo pod koniec tej rozmowy znów miałam łzy w oczach. Wszystkie zarzuty z dupy. Nic merytorycznego. Zastanawiałam się naprawdę głęboko nad tym, że może on faktycznie widzi mój brak motywacji, moje zniechęcenie, może nawet wypalenie zawodowe, ale prawda jest taka, że mimo to pracuję raczej solidnie. Nie zawalam (chyba). Jak się za coś zabieram to staram się naprawdę angażować i drążyć tematy. Czasem, z braku czasu po prostu, nie mam możliwości takiego naprawdę rzetelnego podejścia do niektórych kwestii, ale to naprawdę wynika z braku czasu i sama nad tym boleję, że taka jest gówniana organizacja pracy. Rzeczywiście czasem bywa tak, że nie mogę się zabrać za pracę, trochę się snuję, jestem zniechęcona, ale jak zaczynam czuć nóż na gardle to daję radę. Przedstawione mi zarzuty dotyczyły kwestii trzecio i czwartorzędnych i raczej takich, że nikt by nie przypuszczał, że ktoś na moim stanowisku powinien zaprzątać sobie głowę takimi rzeczami jak czynności techniczne i za nie odpowiadać.
Ostatecznie ustalone zostało, że za trzy miesiące się spotkamy by sfinalizować mój opóźniony awans. Oczywiście o ile "postawię kropkę nad i". Ale ja już mam to gdzieś. Czuję się oszukana. Nawet jeżeli szefostwo stwierdziło, że się nie nadaję, mogli załatwić to bardziej elegancko, bez mieszania mnie z błotem. Podejrzewam, że chodziło wyłącznie o to by zatrzymać mnie w firmie bo było roboty dużo. Mało tego - podejrzewam, że od początku wcale nie chcieli mi dać tego awansu i to miała być taka kara, swego rodzaju prztyczek za to, że miałam pomysł by odejść do konkurencji - wiem, że pachnie to manią prześladowczą i teorią spiskową :)
Pomyślałam też, że to kara za tamtą złamaną w mojej niedoszłej pracy obietnicę.
Niezależnie od wszystkiego, muszę zacząć się porządnie organizować i szykować jaką alternatywę. Raczej nie jestem w stanie pracować tam dłużej.
wtorek, 29 grudnia 2015
I po Świętach
Zastanawiam się czy pisanie bloga ma sens, skoro minęło ponad 1,5 miesiąca od ostatniego wpisu. Chyba nie ma, ale może będę to traktować (nadal) jako autoterapię, czy coś...
Nadal biegam :) Mój rekord jeśli chodzi o dystans to 11 km. Jestem wolną biegaczką, prędkość, którą rozwijam, nie powala, ale co tam! Najważniejsze, że sprawia mi to prawdziwą przyjemność, co niestety od czasu do czasu mnie gubi. Właśnie teraz bardzo się zaprawiłam przez bieganie. Coś mi drgało w okolicach oskrzeli, ale mimo to nie mogłam odpuścić przebieżki w Wigilię - pogoda była cudna. No i zrobiłam co prawda niecałe 4 km, ale dość intensywnie. Następnego dnia chrypiałam i zaczęłam kaszleć, lecz mimo to po Świętach, w ramach pokuty po obżarstwie, postanowiłam pójść na energiczny spacer. Nie bieg, tylko spacer właśnie - z uwagi na kiepski stan zdrowia. Lecz gdy już miałam na nogach adidasy...no jakoś same mnie poniosły. 9 km pękło na zmianę chodzenie-bieganie. No i teraz kaszlę jak stary gruźlik, koszmar. A 10 stycznia bieg drużyny dawców szpiku, na który się zapisałam, więc trzeba szybko się doprowadzić do porządku. Tylko jak - siedząc w robocie?
Przez bieganie mocno schudłam. Tzn. w pierwszej kolejności mocno schudłam przez Chodaka, ale mam wrażenie, że bieganie jest jeszcze efektywniejsze. Chodzę teraz w spodniach, które kupowałam po ciążach, w trakcie karmienia, kiedy przedciążowe ciuchy wisiały na mnie jak wory. Jedne aktualne spodnie już musiałam dać do zmniejszenia, drugie czekają w kolejce.
No i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że wszędzie chudnę, tylko łydki mi rosną jak szalone, co jest cholernie słabe, bo akurat zależało mi na ich wyszczupleniu. Zawsze miałam masywne łydki no i teraz mam jeszcze masywniejsze, co doprowadza mnie do prawdziwej rozpaczy. W listopadzie przymierzałam piękne kozaki w Venezii. Były super, takie wciągane, bez suwaka. Z początkiem grudnia pobiegłam szczęśliwa by je kupić, ale... już nie mogłam ich założyć. Wyobrażacie to sobie???
Nie mogę patrzeć na te moje łydki. Powtarzam sobie, że powinnam być szczęśliwa, że mam zdrowe nogi, dzięki którym mogę nie dość, że sprawnie funkcjonować, to jeszcze biegać, ale zaczynam rezygnować ze spódnic, bo te łydki psują cały efekt. Przepiękną widziałam spódnicę w Tatuum, lecz nie kupiłam jej bo doszłam do wniosku, że z takimi łydkami nie ma sensu wywalać kasy na spódnicę.
Nie chce mi się pisać o Świętach, jestem już wykończona moją rodziną, męża rodziną. U nas w miarę ok, ale w naszych rodzinach panuje w sumie rozpierducha. Do tego jeszcze dzieciaki ostatnio mocno chorowały - najpierw Pupu na szkarlatynę (2 tygodnie w domu), później Mysia na zapalenie oskrzeli (3 tygodnie w domu), a Pupu w międzyczasie również na coś zatokowego syfiastego. Oszaleć można.
Pobyłabym sama ze dwa, trzy dni, w jakimś spa najlepiej. Marzenie ściętej głowy. Niech ta zima, chociaż taka ciepła, jednak się wreszcie skończy. Ta ciemność mnie już dobija. Pragnę, potrzebuję więcej światła!
No i męczy mnie myśl o trzecim dziecku. Wiem, że to szalony pomysł, bezsensowny, ale czuję, że zawsze będę żałować, że nie mam trzeciego dziecka.
Nadal biegam :) Mój rekord jeśli chodzi o dystans to 11 km. Jestem wolną biegaczką, prędkość, którą rozwijam, nie powala, ale co tam! Najważniejsze, że sprawia mi to prawdziwą przyjemność, co niestety od czasu do czasu mnie gubi. Właśnie teraz bardzo się zaprawiłam przez bieganie. Coś mi drgało w okolicach oskrzeli, ale mimo to nie mogłam odpuścić przebieżki w Wigilię - pogoda była cudna. No i zrobiłam co prawda niecałe 4 km, ale dość intensywnie. Następnego dnia chrypiałam i zaczęłam kaszleć, lecz mimo to po Świętach, w ramach pokuty po obżarstwie, postanowiłam pójść na energiczny spacer. Nie bieg, tylko spacer właśnie - z uwagi na kiepski stan zdrowia. Lecz gdy już miałam na nogach adidasy...no jakoś same mnie poniosły. 9 km pękło na zmianę chodzenie-bieganie. No i teraz kaszlę jak stary gruźlik, koszmar. A 10 stycznia bieg drużyny dawców szpiku, na który się zapisałam, więc trzeba szybko się doprowadzić do porządku. Tylko jak - siedząc w robocie?
Przez bieganie mocno schudłam. Tzn. w pierwszej kolejności mocno schudłam przez Chodaka, ale mam wrażenie, że bieganie jest jeszcze efektywniejsze. Chodzę teraz w spodniach, które kupowałam po ciążach, w trakcie karmienia, kiedy przedciążowe ciuchy wisiały na mnie jak wory. Jedne aktualne spodnie już musiałam dać do zmniejszenia, drugie czekają w kolejce.
No i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że wszędzie chudnę, tylko łydki mi rosną jak szalone, co jest cholernie słabe, bo akurat zależało mi na ich wyszczupleniu. Zawsze miałam masywne łydki no i teraz mam jeszcze masywniejsze, co doprowadza mnie do prawdziwej rozpaczy. W listopadzie przymierzałam piękne kozaki w Venezii. Były super, takie wciągane, bez suwaka. Z początkiem grudnia pobiegłam szczęśliwa by je kupić, ale... już nie mogłam ich założyć. Wyobrażacie to sobie???
Nie mogę patrzeć na te moje łydki. Powtarzam sobie, że powinnam być szczęśliwa, że mam zdrowe nogi, dzięki którym mogę nie dość, że sprawnie funkcjonować, to jeszcze biegać, ale zaczynam rezygnować ze spódnic, bo te łydki psują cały efekt. Przepiękną widziałam spódnicę w Tatuum, lecz nie kupiłam jej bo doszłam do wniosku, że z takimi łydkami nie ma sensu wywalać kasy na spódnicę.
Nie chce mi się pisać o Świętach, jestem już wykończona moją rodziną, męża rodziną. U nas w miarę ok, ale w naszych rodzinach panuje w sumie rozpierducha. Do tego jeszcze dzieciaki ostatnio mocno chorowały - najpierw Pupu na szkarlatynę (2 tygodnie w domu), później Mysia na zapalenie oskrzeli (3 tygodnie w domu), a Pupu w międzyczasie również na coś zatokowego syfiastego. Oszaleć można.
Pobyłabym sama ze dwa, trzy dni, w jakimś spa najlepiej. Marzenie ściętej głowy. Niech ta zima, chociaż taka ciepła, jednak się wreszcie skończy. Ta ciemność mnie już dobija. Pragnę, potrzebuję więcej światła!
No i męczy mnie myśl o trzecim dziecku. Wiem, że to szalony pomysł, bezsensowny, ale czuję, że zawsze będę żałować, że nie mam trzeciego dziecka.
środa, 4 listopada 2015
Bieganie i inne historie
Jestem, żyję, daję znak :)
Nie pamiętam już czy wspominałam, że brałam udział w Business Run. Ot tak, bez specjalnego przygotowania. Ale po tym biegu, gdy okazało się, że byłam najgorsza w drużynie, jakoś to bieganie zaczęło mnie wciągać. Nie jest łatwo, zwłaszcza na początku. Całe szczęście, że regularnie ćwiczyłam z Chodakiem, to jakoś te 4 km byłam w stanie ogarnąć, niemniej jednak myślałam, że dystans 4 km to dla mnie maksimum i już na zawsze zostanę czterokilometrową joggerką. Ale Myszkin w międzyczasie przebiegł...MARATON!!!!!!!! Zaczął biegać w lutym tego roku, w kwietniu przebiegł półmaraton, a 11 października maraton. Nadal nie mogę w to uwierzyć. No i zadziałało to trochę tak, że nie będzie Myszkin pluł mi w twarz swoim maratonem - żartuję oczywiście. Niemniej jednak to mnie zmotywowało jeszcze bardziej i zaczęłam regularne treningi. W zeszłym tygodniu biegałam trzy razy, we Wszystkich Świętych przebiegłam 7.780m (mój rekord jeśli chodzi o dystans). A tak mnie to wszystko cieszy, że już nie mogę się doczekać piątku. Biegałam dzisiaj rano (od 6.50!) i zaczęłam trening interwałowy - niesamowicie efektywny jeśli chodzi o zwiększenie tempa. Kolejny trening w piątek, a w sobotę i niedzielę chciałabym uderzyć na 10 km.
W pracy trochę nie ogarniam różnych tematów, ale chyba zaczynam się godzić z tym, że w robocie próżno szukać wielkiej satysfakcji. Wolę myśleć o bieganiu i niebieskich migdałach.
Pani od angielskiego u Mysi w szkole napisała w zeszycie uwagę, że Mysia jest dzieckiem wybitnym. Uszczęśliwiło mnie to (od zawsze wiedziałam, że jest geniuszkiem), ale też zestresowało, zwłaszcza po rozmowie z wychowawczynią, która nakreśliła potencjalne zagrożenie fobią szkolną w przypadku gdy w późniejszych klasach zaczną się niepowodzenia i porażki. Bo na razie Mysia z niczym nie ma problemów, nie musimy specjalnie z nią pracować, sprawdzać. Najczęściej jest tak, że komunikuje, że miała zadanie domowe, ale już odrobiła na przerwie albo w pokoju cichej pracy przy świetlicy. Jednocześnie wiem, że muszę się o Mysię zacząć bardziej troszczyć bo ona zaczyna być zazdrosna trochę o Tomka, napomyka czasem, że młodsi mają lepiej, że więcej im wolno itp. No i ma trochę racji, bo Tomek często - jako ten młodszy - jest traktowany bardziej pobłażliwie. Jest to uzasadnione, bo trudno oczekiwać od takiego malucha żeby np. sprzątał z równym zaangażowaniem jak sześciolatka, ale Mysia zaczyna odczuwać jakąś niesprawiedliwość dziejową w związku z tym. A najgorsze jest to, że czuję, że ostatnio nie poświęcam jej odpowiednio dużo czasu. Zresztą ostatnio wieczorami miałam robotę, więc w ogóle nie poświęcałam im czasu.
Ech, wszystko przez prokrastynację, którą najwyraźniej jestem dotknięta. Nie mogę się skoncentrować w pracy, FB, poczta, zakupy on-line, gazeta.pl - to wszystko angażuje moją uwagę. Dopiero gdy mam nóż na gardle potrafię się zebrać do kupy i zacząć coś robić. Efekt jest taki, że wieczorami muszę nadrabiać to, czego nie zrobiłam w czasie przepieprzonym w ciągu dnia :(
Nie pamiętam już czy wspominałam, że brałam udział w Business Run. Ot tak, bez specjalnego przygotowania. Ale po tym biegu, gdy okazało się, że byłam najgorsza w drużynie, jakoś to bieganie zaczęło mnie wciągać. Nie jest łatwo, zwłaszcza na początku. Całe szczęście, że regularnie ćwiczyłam z Chodakiem, to jakoś te 4 km byłam w stanie ogarnąć, niemniej jednak myślałam, że dystans 4 km to dla mnie maksimum i już na zawsze zostanę czterokilometrową joggerką. Ale Myszkin w międzyczasie przebiegł...MARATON!!!!!!!! Zaczął biegać w lutym tego roku, w kwietniu przebiegł półmaraton, a 11 października maraton. Nadal nie mogę w to uwierzyć. No i zadziałało to trochę tak, że nie będzie Myszkin pluł mi w twarz swoim maratonem - żartuję oczywiście. Niemniej jednak to mnie zmotywowało jeszcze bardziej i zaczęłam regularne treningi. W zeszłym tygodniu biegałam trzy razy, we Wszystkich Świętych przebiegłam 7.780m (mój rekord jeśli chodzi o dystans). A tak mnie to wszystko cieszy, że już nie mogę się doczekać piątku. Biegałam dzisiaj rano (od 6.50!) i zaczęłam trening interwałowy - niesamowicie efektywny jeśli chodzi o zwiększenie tempa. Kolejny trening w piątek, a w sobotę i niedzielę chciałabym uderzyć na 10 km.
W pracy trochę nie ogarniam różnych tematów, ale chyba zaczynam się godzić z tym, że w robocie próżno szukać wielkiej satysfakcji. Wolę myśleć o bieganiu i niebieskich migdałach.
Pani od angielskiego u Mysi w szkole napisała w zeszycie uwagę, że Mysia jest dzieckiem wybitnym. Uszczęśliwiło mnie to (od zawsze wiedziałam, że jest geniuszkiem), ale też zestresowało, zwłaszcza po rozmowie z wychowawczynią, która nakreśliła potencjalne zagrożenie fobią szkolną w przypadku gdy w późniejszych klasach zaczną się niepowodzenia i porażki. Bo na razie Mysia z niczym nie ma problemów, nie musimy specjalnie z nią pracować, sprawdzać. Najczęściej jest tak, że komunikuje, że miała zadanie domowe, ale już odrobiła na przerwie albo w pokoju cichej pracy przy świetlicy. Jednocześnie wiem, że muszę się o Mysię zacząć bardziej troszczyć bo ona zaczyna być zazdrosna trochę o Tomka, napomyka czasem, że młodsi mają lepiej, że więcej im wolno itp. No i ma trochę racji, bo Tomek często - jako ten młodszy - jest traktowany bardziej pobłażliwie. Jest to uzasadnione, bo trudno oczekiwać od takiego malucha żeby np. sprzątał z równym zaangażowaniem jak sześciolatka, ale Mysia zaczyna odczuwać jakąś niesprawiedliwość dziejową w związku z tym. A najgorsze jest to, że czuję, że ostatnio nie poświęcam jej odpowiednio dużo czasu. Zresztą ostatnio wieczorami miałam robotę, więc w ogóle nie poświęcałam im czasu.
Ech, wszystko przez prokrastynację, którą najwyraźniej jestem dotknięta. Nie mogę się skoncentrować w pracy, FB, poczta, zakupy on-line, gazeta.pl - to wszystko angażuje moją uwagę. Dopiero gdy mam nóż na gardle potrafię się zebrać do kupy i zacząć coś robić. Efekt jest taki, że wieczorami muszę nadrabiać to, czego nie zrobiłam w czasie przepieprzonym w ciągu dnia :(
środa, 23 września 2015
Jesień, jesień
Codziennie dzień staje się krótszy o 4 minuty... Taka refleksja na początek jesieni :)
Dzisiaj rocznica śmierci mojego Taty - 12 lat. Nigdy nie przestanę z nim tęsknić. Po przedszkolu podjadę z Pupu na cmentarz w ramach małego spaceru. Rzadko tam bywam, dwa, trzy razy do roku w sumie, chociaż nie mam daleko. Mam z tego powodu poczucie winy, ale nie lubię cmentarza i tego całego rytuału, który wiąże się z wizytą tam.
Ze szkołą (i rodzicami :) jakoś się uporządkowaliśmy. Mysia dzień w dzień zachwycona. Zapisała się na dodatkowe zajęcia plastyczne i na Małych Odkrywców. Ja zapisałam ją na tańce. W ramach w-fu chodzi na basen raz w tygodniu. W porównaniu do tego co było w przedszkolu to jest jakiś szał. A najlepsze jest to, że wszystkie te zajęcia odbywają się w czasie gdy Mysia i tak byłaby na świetlicy, więc nie musimy jej nigdzie wozić popołudniami. Pupu źle znosi brak Mysi w przedszkolu. Gdy odprowadzam go do sali pada na podłogę z płaczem. Dzisiaj, w drodze do p-kola, wyraził nadzieję, że nie będzie płakał, ale później przytomnie dodał, że "zobacymy". Udało się bez płaczu chociaż było bardzo blisko.
W pracy na razie dość spokojnie, ale okazało się, że nie pojadę na "staż" do angielskiej kancelarii, z czego wczoraj wynikła trochę nieprzyjemna sytuacja. No, trudno. Może nawet lepiej. Mniej zamieszania w domu. A lekcje angielskiego, które mam raz w tygodniu z przemiłym Anglikiem i tak na pewno bardzo mi się przydadzą.
Przed chwilą przejrzałam sobie "zeszyt finansowy", w którym planowałam wydatki od początku roku. Jak otworzyłam arkusz z zaplanowanymi wydatkami na spłatę długów, oszczędności, konto wakacyjne to pusty śmiech mnie ogarnął. Nic nie udało mi się zrealizować. W planowaniu jestem świetna, we wcielaniu planów (przynajmniej tych finansowych) w życie - beznadziejna. Od października robię nowe otwarcie, kolejna szansa, może się wreszcie ogarnę.
Przepraszam za ten chaos, ale jakaś rozbita jestem. Może przez jesień, a może przez rocznicę Taty.
Dzisiaj rocznica śmierci mojego Taty - 12 lat. Nigdy nie przestanę z nim tęsknić. Po przedszkolu podjadę z Pupu na cmentarz w ramach małego spaceru. Rzadko tam bywam, dwa, trzy razy do roku w sumie, chociaż nie mam daleko. Mam z tego powodu poczucie winy, ale nie lubię cmentarza i tego całego rytuału, który wiąże się z wizytą tam.
Ze szkołą (i rodzicami :) jakoś się uporządkowaliśmy. Mysia dzień w dzień zachwycona. Zapisała się na dodatkowe zajęcia plastyczne i na Małych Odkrywców. Ja zapisałam ją na tańce. W ramach w-fu chodzi na basen raz w tygodniu. W porównaniu do tego co było w przedszkolu to jest jakiś szał. A najlepsze jest to, że wszystkie te zajęcia odbywają się w czasie gdy Mysia i tak byłaby na świetlicy, więc nie musimy jej nigdzie wozić popołudniami. Pupu źle znosi brak Mysi w przedszkolu. Gdy odprowadzam go do sali pada na podłogę z płaczem. Dzisiaj, w drodze do p-kola, wyraził nadzieję, że nie będzie płakał, ale później przytomnie dodał, że "zobacymy". Udało się bez płaczu chociaż było bardzo blisko.
W pracy na razie dość spokojnie, ale okazało się, że nie pojadę na "staż" do angielskiej kancelarii, z czego wczoraj wynikła trochę nieprzyjemna sytuacja. No, trudno. Może nawet lepiej. Mniej zamieszania w domu. A lekcje angielskiego, które mam raz w tygodniu z przemiłym Anglikiem i tak na pewno bardzo mi się przydadzą.
Przed chwilą przejrzałam sobie "zeszyt finansowy", w którym planowałam wydatki od początku roku. Jak otworzyłam arkusz z zaplanowanymi wydatkami na spłatę długów, oszczędności, konto wakacyjne to pusty śmiech mnie ogarnął. Nic nie udało mi się zrealizować. W planowaniu jestem świetna, we wcielaniu planów (przynajmniej tych finansowych) w życie - beznadziejna. Od października robię nowe otwarcie, kolejna szansa, może się wreszcie ogarnę.
Przepraszam za ten chaos, ale jakaś rozbita jestem. Może przez jesień, a może przez rocznicę Taty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)